Kiedy dwa lata temu mój syn, będący uczniem drugiej klasy szkoły podstawowej przyniósł jeden z pierwszych sprawdzianów z przeczytanej lektury, naszły mnie dwie refleksje. Po pierwsze co niby ma dać ten sprawdzian? Po drugie jak można zaczynać pytanie do ośmioletniego dziecka: "Jak myślisz, co oznacza sformułowanie..."
Pewnie nie trudno zorientować się czytając niniejszego bloga, że jestem osobą, która lubi czytać ;). Nawet bardzo lubi. I nie zaczęło się to wczoraj ani nawet te kilka lat temu, gdy powstawał blog read2sleep.pl. Zaczęło się to w szkole podstawowej. Nie było lektury, której bym nie przeczytała i chętnie sięgałam również po inne książki niż te obowiązkowe. I wiecie co? Przez osiem klas podstawówki ani razu nie miałam czegoś takiego jak sprawdzian z lektury. Z jednym wyjątkiem, gdy podczas omawiania "Zemsty" w klasie siódmej moim kolegom i koleżankom z klasy jakoś wyjątkowo nie chciało się pracować. Polonistka powiedziała "Nie chcecie rozmawiać? Dobrze, to napiszecie". Sprawdzianów z lektur nie miałam w podstawówce ani wcześniej, ani później a mimo to wszyscy lub prawie wszyscy lektury w mojej klasie czytali.
W klasie mojego syna czyta garstka. Nie pomagają sprawdziany, które wg mnie są kuriozalne. Gdy syn przyniósł tamten nieszczęsny sprawdzian z lektury "Asiunia", zaczęłam zastanawiać się, czy to z tej samej książki co czytał i on, i ja, bo sama nie znałam odpowiedzi na jakieś 30 % pytań. Po co uczniowi przerabiającemu lekturę wiedzieć np. co wpadło pod lodówkę bohaterce "Piaskowego Wilka" (akurat to teraz mi przyszło do głowy... :P)? I wracając do tamtego pierwszego sprawdzianu, co ma uczeń odpowiedzieć na pytanie "Jak myślisz"? A jeśli myśli inaczej niż było w książce? To czy ktoś mu wyjaśnił, że pani nauczycielka chciała urozmaicić formę pytań a nie dowiedzieć się, co naprawdę myśli? Bo za swoją "myśl" dostał zero punktów...
Gdy byłam na swoich pierwszych testach w poradni psychologiczno-pedagogicznej w czasach, gdy jeszcze nikt nie wiedział, o co w tym chodzi, pani psycholog w pewnym momencie powiedziała "Teraz będę ci zadawać pytania a ty musisz odpowiedzieć, jakbyś się zachowała w takiej sytuacji". Trzynastoletnia ja spojrzałam na nią i pytam "Ale na pewno mam powiedzieć, jakbym się zachowała, czy może jak powinnam się zachować, bo to nie to samo." Psycholog podniosła głowę znad testów, przyjrzała mi się i mówi "Nigdy nie myślałam o tym, gdy zadawałam te pytania. Masz rację, to nie to samo. Powinnaś odpowiedzieć, jak należy się zachować a nie jak byś się zachowała". Gdybym nie zadała tego pytania, pewnie połowę odpowiedzi miałabym źle. Myślałam wówczas, jak wiele dzieci odpowiedziało błędnie, bo starało się odpowiadać wg własnych doświadczeń.
Sprawdzian z lektury "Asiunia" nie był jedynym sprawdzianem, w którym znalazłam pytanie "Jak myślisz, co oznacza..." i nie jedynym, gdy okazywało się, że to, co myśli uczeń nie ma znaczenia, chyba że akurat zgadza się z oficjalną interpretacją/oficjalną odpowiedzią. I pytam, po co udawać, że jednak kogoś obchodzi, co myślimy? Chcesz znać oficjalną odpowiedź, drogi nauczycielu? Zadaj pytanie "Co oznacza" a nie "Co myślisz, że oznacza". To nie jest to samo. Albo! Jeszcze jeden cud pytań ze sprawdzianów "Napisz swoje skojarzenia z..." Litości! Nie mówię tu o tolerowaniu złośliwych, uczniowskich żartów. Ale! Są też uczniowie kreatywni, którzy naprawdę skojarzeń będą mieć więcej lub będą to skojarzenia inne, niż wyobraża sobie autor zadania...
Będąc w liceum usłyszałam raz pytanie "Jak myślisz" i gdy odpowiedziałam, co myślę na temat, dostałam odpowiedź "Nie, to nie o to chodzi". Tylko, ja celowo powiedziałam, co myślę. Bo ja myślałam inaczej niż twierdziła polonistka, że powinnam. Chodziło o "Dance makabr" i pytanie "Jak myślisz, dlaczego ludzie boją się śmierci?" Odpowiedziałam, ciesząc się, że mogę rozwinąć wypowiedź, ale szybko się okazało, że moja przemyślenia nie mieściły się w bryku, którego używała polonistka "Nie" - odpowiedziała więc - "Chodzi o to, że ludzie są grzeszni". Próbowałam jeszcze bronić swojej wypowiedzi używając argumentów, ale polonistki absolutnie to nie obchodziło. Nie chciała wiedzieć "co myślę", chciała odpowiedzi na pytanie zgodnie z tym, co ktoś jej kiedyś powiedział, że jest właściwe.
Pytania "Jak myślisz" nie pojawiają się tylko na lekcjach języka polskiego, nie pojawiają się tylko w szkole. Czasem są po prostu elementem dyskusji i wtedy mają sens. Ale czasem wprowadzają w błąd, gdy dziecko nie może przewidzieć, że tak naprawdę nie chodzi o to, "jak myśli", ale czy zna oficjalną odpowiedź. Nikt tego nie wyjaśnia, bo uczeń "ma wiedzieć", nauczyciel "ma sprawdzać". Dobrze, niech weryfikuje, czego nauczył, ale niech wówczas nie pyta o przemyślenia, bo to nie to samo.
Ściskam i pozdrawiam
Sil






































































