środa, 2 września 2026

Jego wysokość warzywo, czyli czuję się, jakby ktoś mnie przeniósł do alternatywnej rzeczywistości

 

Tematu mam trochę już dość, gdyż atakuje mnie ze wszystkich stron. I jak zwykle w takiej sytuacji zastanawiam się, jak to się dzieje, że w tak ekspresowym tempie przybywa w naszym pięknym kraju ekspertów na dany temat - tym razem na temat zbiorowego żywienia dzieci. Nowe wytyczne dla stołówek przedszkolnych i szkolnych, które obowiązują od 1 września 2026, znalazły nagle tak wielu przeciwników, zwłaszcza wśród internetowych celebrantów, że zaczęłam zastanawiać się, czy nie przeniesiono mnie do alternatywnej rzeczywistości. 

Odkąd pamiętam żywienie w przedszkolu i szkole było czymś po prostu złym i trzeba było to przetrwać i nagle, choć do tej pory nikt się na temat szkolnych obiadów nie wypowiadał - cyk i mamy cyrk na kółkach. Nikomu się nie podoba, że RAZ w tygodniu posiłek dla dzieci musi być oparty na warzywach i roślinach strączkowych. Kurcze, całe życie na biologi, środowisku, warsztatach z pielęgniarką szkolną, na dyskusjach z nauczycielami uczono mnie, że najzdrowsze jedzenie na świecie to owoce i warzywa. A tu proszę cała masa samozwańczych internetowych guru bije na alarm, bo raz w tygodniu uczniowie w szkole dostaną posiłek oparty na warzywach. Minister Edukacji, rząd (nie chodzi tu o poglądy polityczne) a nawet dietetyków czy organizacje prozdrowotne nazywa się piewcami "chorej ideologii" a użytkownicy mediów społecznościowych w licznych komentarzach lamentują, że przez dbanie o planetę będą cierpiały dzieci. Ba! Co mądrzejsi powołują się nawet na piramidę zdrowego żywienia, której niestety chyba nawet nie widzieli na oczy, gdyż Piramida Zdrowego Żywienia i Aktywności Fizycznej zakłada, że mięso powinno się jeść nie częściej niż 2-3 razy w tygodniu...

Podam Wam, Kochani Czytelnicy, przykład mojego szkolnego, tygodniowego menu z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Moja szkoła miała prężnie działającą stołówkę, intendentkę, kilka kucharek i pomocy kuchennych. Mimo to poza jednym posiłkiem, jedzenie nie nadawało się tam do spożycia. Rodzice nie znali menu, wywieszano je dopiero rano danego dnia i to na stołówce, do której rodzicom uczniów wchodzić nie było wolno. Oto przykładowe menu z tamtego czasu:

Poniedziałek: Rozgotowane, pływające w kałuży wody (gdyż panie z kuchni nie miały czasu, aby dobrze odsączyć...) leniwe kluski, które - jak pewnie powszechnie wiadomo - są wg mnie mało udaną wersją kopytek tylko z dodatkiem białego sera. Do leniwych podawano suchą i gorzkawą surówkę z marchewki, która na lata zniechęciła mnie do tego warzywa. Czyli? Obiad był wege...

Wtorek: Żołądki drobiowe.... szare i śmierdzące na kilometr, nieokreślona surówka oraz ziemniaki tłuczone, które z jakiegoś powodu konsystencją i kolorem przypominały beton a w dodatku były podawane zawsze zupełnie zimne. Okej, nie wege...

Środa: Tu bywało różnie. Żylasta "sztukamięs" w jakimś nieokreślonym sosie lub jakieś dziwne szare pulpety a do tego kasza. Najczęściej gryczana palona. Nikt tego nie jadł, ale znów. Nie wege.

Czwartek wyglądał podobnie do środy tylko zamiast kaszy znów były szare, zimne ziemniaki i jakaś surówka. Nie wege.

Piątek. O! Na piątek wszyscy czekali, ponieważ - poza tymi dniami, gdy wypadała ryba z kiszoną kapustą, obiady były zjadliwe lub nawet dobre. Był makaron posypany białym serem (można sobie było posłodzić po wierzchu), naleśniki, niestety niezbyt udane z zimnym serem w jakichś grudkach lub... uwaga, uwaga! Pierogi ruskie. Bywały zwykle raz w miesiącu i to był jedyny, podkreślam JEDYNY obiad, który wszyscy jedli.  UWAGA! DRUGI POSIŁEK WEGE!

Każdego dnia było też pierwsze danie, czyli jakaś zupa. Zwykle ta zupa była przez panie z kuchni szumnie zatytułowane, ale tak naprawdę wszystkie wyglądały podobnie, nie pachniały dobrze i raczej nikt ich nie jadł. Za to powodzeniem cieszył się suchy chleb, który do zupy podawano. Właściwie większość dzieci jadła na obiad wyłącznie ten suchy chleb...

Okej, dawne czasy, prawda? To już nie tak, że w stołówkach dalej podają dzieciom jakieś pomyje, prawda? I w ogóle, co ja porównuję połowę lat "90 do czasów obecnych. Więc... proszę bardzo. Wiosna roku 2025. Odbywam dwumiesięczne praktyki w nowoczesnej szkole podstawowej w ramach przygotowania pedagogicznego. Pewnego dnia pod koniec lekcji zgłasza się uczeń i mówi tak do mojej opiekunki "Przepraszam, czy mogłaby nas Pani wypuścić kilka minut przed dzwonkiem?" Moja opiekunka praktyk "A dlaczego?" Chłopiec "Bo dziś jest wreszcie ZJADLIWY obiad" "O, a jaki?" - pyta moja opiekunka i słyszymy chórek dzieci "Pierogi ruskie!". Nie, kochani. Nie krzyczeli "Schabowy z kapustą!" ani nawet "Nuggetsy z frytkami". Podobnie, jak za moich czasów, śpieszyli się, bo ZJADLIWYM obiadem były - UWAGA, UWAGA! - wegetariańskie pierogi. 

A teraz o tym, dlaczego to piszę. W zeszłym roku na prośbę rodziców z przedszkola, w którym jestem Przewodniczącą Rady Rodziców poszłam do dyrekcji, aby zgłosić uwagi do żywienia. Otrzymałam odpowiedź, która dała mi dużo do myślenia "Korzystamy z cateringu, w którym za zbilansowaną dietę we wszystkich wariantach* odpowiadają dietetycy z wyższym wykształceniem. Naprawdę nie będziemy ingerować w menu tylko dlatego, że niektórym rodzicom ta zbilansowana dieta nie odpowiada."  Można się z tym zgadzać, można się nie zgadzać, ale fakt jest jeden. Tradycyjna piramida zdrowia (dla tych którzy teraz głośno o niej krzyczą) zakłada ograniczenie mięsa i jego pochodnych do 2-3 razy w tygodniu. Ponadto za wyżywienie w szkole odpowiadają wykształceni w tym kierunku ludzie. Owszem, jak wszędzie zdarzają się błędy, bywają wręcz patologie, ale lament nad jednym warzywnym posiłkiem w tygodniu to jest już po prostu obłęd.

Ściskam i pozdrawiam

Sil


*w przedszkolu, które znam wariantów diety do wyboru jest kilka


fot. Sil




wtorek, 1 września 2026

Wrzesień, trochę nieba, trochę przemyśleń...

 

Do kalendarzowej jesieni zostało jeszcze kilka tygodni, jednak już dziś zaczyna się ta meteorologiczna. Nie mam nic przeciwko, lubię jesień - ta wczesna jest jakby łagodniejszą częścią lata, ta późna, nieco nostalgiczna, składania do przemyśleń, zachęca do pracy twórczej. 

W tym roku wrzesień jest dla mnie szczególnie ważny, niesie za sobą zmiany w życiu całej mojej rodziny. Czekałam na niego z niecierpliwością i mam nadzieję, że wszystkie transformacje przebiegną pomyślnie.

W ubiegłym miesiącu na read2sleep.pl pojawiło się naprawdę dużo odsłon. Dziękuję wszystkim za liczne odwiedziny i zapraszam ponownie. W sierpniu królowały posty z fotorelacjami, we wrześniu prawdopodobnie będą królować refleksje i komentarze do najróżniejszych przeczytanych przeze mnie artykułów. Zamieniłam bowiem książki na krótsze formy tekstów. Zdradzę, że na początek skomentuję dość ostro obecne nowości w zbiorowym żywieniu dzieci, a dokładniej ostro skomentuję wszechobecny lament. O polityce pisać nie będę.


Kochani, ostatnie kilka miesięcy roku 2026 to będzie dla mnie szaleństwo organizacyjne. Mam jednak zamiar więcej publikować na blogu. W mediach społecznościowych jeszcze nie teraz, ale pod koniec roku również będę próbowała rozwijać strony Silentii jako autorki, więc docelowo zapraszam.

Tymczasem życzę wszystkim przepięknych, ostatnich tego roku letnich tygodni i wspaniałego początku jesieni. Niech będzie złota, urocza i ciepła.


Ściskam i pozdrawiam

Sil


fot. Sil




poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Na zakończenie lata - leje

 

Ostatni dzień sierpnia zaczął się dość nietypowo. O 7 rano spodziewałam się rześkiego poranku, jak przez ostatni tydzień, gdy jednak wyszłam na zewnątrz w cienkim płaszczu, okazało się, że panuje taka duchota, iż przeklęłam robienie założeń, zamiast sprawdzenie na termometrze zaokiennym, ile właściwie jest stopni. Nie było już czasu wracać, więc gotowałam się przez całą drogę i dwugodzinne załatwianie najróżniejszych spraw. Gdy wróciłam do domu, rozbolała mnie głowa, poczułam się senna, a jednak nie mogłam usiąść ani na sekundę, gdyż "sprawy do załatwienia" miałam nie tylko poza domem, ale również w nim. I tak dobrnęłam prawie do południa. Gdy zaś wreszcie spojrzałam za okno, zobaczyłam brunatne chmury i deszcz. Leje. Ostatni dzień wakacji i leje. Trochę nie fair, pani pogodo, że odbierasz dzieciakom ostatni pogodny dzień, podczas gdy jutro zaczyna się szkoła, nie sądzisz? ;)

Ok, trochę żartuję. Deszcz jest ważny i potrzebny i doceniam, że jest. 

Przed nami jeszcze cztery miesiące roku 2026. Trudno mi w to uwierzyć, gdyż jeszcze pamiętam (i z pewnych przyczyn zapamiętam do końca życia... ;)), jak dopiero co witałam Nowy Rok. Miałam wiele nadziei i jeszcze więcej planów. Nie wszystkie się ziściły, nie wszystkie się powiodły, ale jeszcze czas, by ruszyć dalej. Jeszcze mam chwilę, by nie musieć pisać żal postów podobnych do tego, który zafundowałam Wam na otwarcie roku 2026 na read2sleep.pl 

Trzymajcie kciuki, Drodzy Czytelnicy. Za spełnione nadzieje i za zrealizowane plany. Swoje własne i tej, która pisze te słowa ;).

Ściskam i pozdrawiam

Sil


fot. Silentia


niedziela, 30 sierpnia 2026

Trochę lasu na zakończenie wakacji

 

W ostatni weekend wakacji przedstawiam krótkie zakończenie sezonu fotorelacji. Nie twierdzę, że nie będą się pojawiać tutaj krótkie posty z amatorskimi zdjęciami mojego autorstwa aż do następnego lata, będzie ich jednak zdecydowanie mniej na tle innych postów. Zapraszam do obejrzenia kilku fotografii z mojej okolicy. 


Ściskam i pozdrawiam

Sil












fot. Silentia


sobota, 29 sierpnia 2026

Przemoc nie ma płci

 

Przemoc nie ma płci. Jeśli sprawcą jest mężczyzna zasługuje na karę i wstyd. Jeżeli sprawczynią jest kobieta - ona również zasługuje na karę i wstyd. Niezależnie od tego, czy dopuszcza się przemocy wobec kobiety czy mężczyzny. Feminizm to walka o równość praw, nie o to, żeby kobietom było wolno więcej.


Ściskam i pozdrawiam

Silentia



fot. Silentia


piątek, 28 sierpnia 2026

Wisienka na torcie, czyli Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie

 

Najlepsze zostawiłam na koniec, jako taką wisienkę na torcie ;).

Właściwie to, że Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie (ul. Jana Pawła II 39) stało się moim ulubionym, wakacyjnym wydarzeniem zaskoczyło nawet mnie. Nie jestem wielką fanką samolotów i poszłam zwiedzać to konkretne muzeum z zupełnie innego powodu niż osobiste zainteresowania, a jednak była to naprawdę świetna przygoda, pomimo niesprzyjającej pogody. 

Największą zaletą Muzeum Lotnictwa Polskiego było bogactwo eksponatów i wystaw - najmniejszą brak możliwości zjedzenia czegoś ciepłego na miejscu. Dlaczego akurat to? Ponieważ muzeum było tak bogate, że człowiek naprawdę był w stanie spędzić w nim wiele godzin, zmęczyć się i zgłodnieć. Tymczasem do dyspozycji były tylko automaty z niezbyt pożywnymi przekąskami plus rower z kawą, którym i tak nie byłam zainteresowana, ponieważ nie pijam kawy ;).

W Muzeum Lotnictwa Polskiego znajduje się ponadto sklepik z pamiątkami, w którym - o dziwo - ceny wydawały mi się przyzwoite. Jest też spora strefa wypoczynkowa, więc można na chwilę usiąść i odsapnąć.

Zwiedzanie we wtorki jest bezpłatne, więc za bilety nie zapłaciłam nic. Po prostu można było wejść i korzystać.

Sanitariaty przyzwoite. Bez luksusów, ale nie tak biedne, jak gdzieniegdzie.

Wystawy interesujące, fajnie podzielone tematycznie, bogate w eksponaty.

Zapraszam do obejrzenia krótkiej fotorelacji.


Ściskam i pozdrawiam

Silentia

































fot. Silentia



czwartek, 27 sierpnia 2026

Zbrojownia na Wawelu

 

To, co pierwsze (oprócz niesamowitego tłumu...) rzuciło mi się w oczy podczas tegorocznej wizyty na Wawelu, to wielki plakat reklamujący wystawę "Zbrojownia". Druga rzecz, która mnie poraziła to... ceny biletów. Nawet nie chce mi się pisać, ile trzeba byłoby zapłacić za zwiedzanie całego miejsca. Każdy poszczególny element też do tanich nie należał. Jednak zdecydowaliśmy się, żeby zobaczyć tylko Zbrojownię i nie żałuję, pomimo że było drogo a turystów tyle, że ledwo co dało się dopchać do wystaw. 

W Zbrojowni, która znajduje się przy wejściu F na dziedzińcu Zamku, ochrona sprawdza wielkość torebki/plecaka. Jeżeli uzna, że rzecz jest zbyt duża - odsyła. Można zostawić plecak/torbę w depozycie po drugiej stronie dziedzińca, jednak i tak uważam, że trochę była to przesada. Nikt z osób, z którymi byłam nie miał wielkiego bagażu przy sobie a i tak jedna osoba została odesłana. Zrobiło to niemałe zamieszanie i niepotrzebnie opóźniło naszą wycieczkę o 15 minut.

Sama wystawa jest ciekawa i ładnie utrzymana, choć nie przypominała zbrojowni, w których bywałam dotychczas. Właściwie była to bardziej wystawa muzealna - szyby, gabloty. W zamkach, w których bywałam wcześniej, zbrojownie miały imitować te, które istniały w czasach świetności danego obiektu. 

Poniżej kilka przykładowych zdjęć.


Ściskam i pozdrawiam

Sil



















fot. Silentia


Najpopularniejsze posty :)