Tematu mam trochę już dość, gdyż atakuje mnie ze wszystkich stron. I jak zwykle w takiej sytuacji zastanawiam się, jak to się dzieje, że w tak ekspresowym tempie przybywa w naszym pięknym kraju ekspertów na dany temat - tym razem na temat zbiorowego żywienia dzieci. Nowe wytyczne dla stołówek przedszkolnych i szkolnych, które obowiązują od 1 września 2026, znalazły nagle tak wielu przeciwników, zwłaszcza wśród internetowych celebrantów, że zaczęłam zastanawiać się, czy nie przeniesiono mnie do alternatywnej rzeczywistości.
Odkąd pamiętam żywienie w przedszkolu i szkole było czymś po prostu złym i trzeba było to przetrwać i nagle, choć do tej pory nikt się na temat szkolnych obiadów nie wypowiadał - cyk i mamy cyrk na kółkach. Nikomu się nie podoba, że RAZ w tygodniu posiłek dla dzieci musi być oparty na warzywach i roślinach strączkowych. Kurcze, całe życie na biologi, środowisku, warsztatach z pielęgniarką szkolną, na dyskusjach z nauczycielami uczono mnie, że najzdrowsze jedzenie na świecie to owoce i warzywa. A tu proszę cała masa samozwańczych internetowych guru bije na alarm, bo raz w tygodniu uczniowie w szkole dostaną posiłek oparty na warzywach. Minister Edukacji, rząd (nie chodzi tu o poglądy polityczne) a nawet dietetyków czy organizacje prozdrowotne nazywa się piewcami "chorej ideologii" a użytkownicy mediów społecznościowych w licznych komentarzach lamentują, że przez dbanie o planetę będą cierpiały dzieci. Ba! Co mądrzejsi powołują się nawet na piramidę zdrowego żywienia, której niestety chyba nawet nie widzieli na oczy, gdyż Piramida Zdrowego Żywienia i Aktywności Fizycznej zakłada, że mięso powinno się jeść nie częściej niż 2-3 razy w tygodniu...
Podam Wam, Kochani Czytelnicy, przykład mojego szkolnego, tygodniowego menu z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Moja szkoła miała prężnie działającą stołówkę, intendentkę, kilka kucharek i pomocy kuchennych. Mimo to poza jednym posiłkiem, jedzenie nie nadawało się tam do spożycia. Rodzice nie znali menu, wywieszano je dopiero rano danego dnia i to na stołówce, do której rodzicom uczniów wchodzić nie było wolno. Oto przykładowe menu z tamtego czasu:
Poniedziałek: Rozgotowane, pływające w kałuży wody (gdyż panie z kuchni nie miały czasu, aby dobrze odsączyć...) leniwe kluski, które - jak pewnie powszechnie wiadomo - są wg mnie mało udaną wersją kopytek tylko z dodatkiem białego sera. Do leniwych podawano suchą i gorzkawą surówkę z marchewki, która na lata zniechęciła mnie do tego warzywa. Czyli? Obiad był wege...
Wtorek: Żołądki drobiowe.... szare i śmierdzące na kilometr, nieokreślona surówka oraz ziemniaki tłuczone, które z jakiegoś powodu konsystencją i kolorem przypominały beton a w dodatku były podawane zawsze zupełnie zimne. Okej, nie wege...
Środa: Tu bywało różnie. Żylasta "sztukamięs" w jakimś nieokreślonym sosie lub jakieś dziwne szare pulpety a do tego kasza. Najczęściej gryczana palona. Nikt tego nie jadł, ale znów. Nie wege.
Czwartek wyglądał podobnie do środy tylko zamiast kaszy znów były szare, zimne ziemniaki i jakaś surówka. Nie wege.
Piątek. O! Na piątek wszyscy czekali, ponieważ - poza tymi dniami, gdy wypadała ryba z kiszoną kapustą, obiady były zjadliwe lub nawet dobre. Był makaron posypany białym serem (można sobie było posłodzić po wierzchu), naleśniki, niestety niezbyt udane z zimnym serem w jakichś grudkach lub... uwaga, uwaga! Pierogi ruskie. Bywały zwykle raz w miesiącu i to był jedyny, podkreślam JEDYNY obiad, który wszyscy jedli. UWAGA! DRUGI POSIŁEK WEGE!
Każdego dnia było też pierwsze danie, czyli jakaś zupa. Zwykle ta zupa była przez panie z kuchni szumnie zatytułowane, ale tak naprawdę wszystkie wyglądały podobnie, nie pachniały dobrze i raczej nikt ich nie jadł. Za to powodzeniem cieszył się suchy chleb, który do zupy podawano. Właściwie większość dzieci jadła na obiad wyłącznie ten suchy chleb...
Okej, dawne czasy, prawda? To już nie tak, że w stołówkach dalej podają dzieciom jakieś pomyje, prawda? I w ogóle, co ja porównuję połowę lat "90 do czasów obecnych. Więc... proszę bardzo. Wiosna roku 2025. Odbywam dwumiesięczne praktyki w nowoczesnej szkole podstawowej w ramach przygotowania pedagogicznego. Pewnego dnia pod koniec lekcji zgłasza się uczeń i mówi tak do mojej opiekunki "Przepraszam, czy mogłaby nas Pani wypuścić kilka minut przed dzwonkiem?" Moja opiekunka praktyk "A dlaczego?" Chłopiec "Bo dziś jest wreszcie ZJADLIWY obiad" "O, a jaki?" - pyta moja opiekunka i słyszymy chórek dzieci "Pierogi ruskie!". Nie, kochani. Nie krzyczeli "Schabowy z kapustą!" ani nawet "Nuggetsy z frytkami". Podobnie, jak za moich czasów, śpieszyli się, bo ZJADLIWYM obiadem były - UWAGA, UWAGA! - wegetariańskie pierogi.
A teraz o tym, dlaczego to piszę. W zeszłym roku na prośbę rodziców z przedszkola, w którym jestem Przewodniczącą Rady Rodziców poszłam do dyrekcji, aby zgłosić uwagi do żywienia. Otrzymałam odpowiedź, która dała mi dużo do myślenia "Korzystamy z cateringu, w którym za zbilansowaną dietę we wszystkich wariantach* odpowiadają dietetycy z wyższym wykształceniem. Naprawdę nie będziemy ingerować w menu tylko dlatego, że niektórym rodzicom ta zbilansowana dieta nie odpowiada." Można się z tym zgadzać, można się nie zgadzać, ale fakt jest jeden. Tradycyjna piramida zdrowia (dla tych którzy teraz głośno o niej krzyczą) zakłada ograniczenie mięsa i jego pochodnych do 2-3 razy w tygodniu. Ponadto za wyżywienie w szkole odpowiadają wykształceni w tym kierunku ludzie. Owszem, jak wszędzie zdarzają się błędy, bywają wręcz patologie, ale lament nad jednym warzywnym posiłkiem w tygodniu to jest już po prostu obłęd.
Ściskam i pozdrawiam
Sil
*w przedszkolu, które znam wariantów diety do wyboru jest kilka
![]() |
| fot. Sil |































































