czwartek, 12 lutego 2026

Na początku było spojrzenie - Rozdział trzeci

 

Rozdział 3. Zrozumieć


Alicja...


Woda w mojej wannie dawno zdążyła ostygnąć, nie zostało już też zbyt wiele piany, ale wciąż nie umiałam zmusić się, żeby wstać, powycierać różową, pomarszczoną skórę i udać się wreszcie na spoczynek. Zresztą już wiedziałam, że i tak dziś łatwo nie zasnę... Cholerny Aleks, zbyt przystojny, żeby istnieć! Nawet z rozbitym nosem… Cholerny jego syn, zbyt słodki, by go nie pokochać od pierwszego spojrzenia. I jeszcze to głupie serce, które w jednej sekundzie zdążyło zapomnieć nad czym razem pracowaliśmy od roku! Jedno spojrzenie w szare oczy mojego eks i wszystkie zabliźnione rany otworzyły się na oścież. Krwawiły tak samo, jak tamtej nocy sprzed dwunastu miesięcy, gdy wyszeptał "to koniec".

Wszystko zaczęło wracać. Wspomnienie każdej wspólnej chwili, każdego dotyku i pocałunku. Miałam przed oczami każdy, cudownie długi spacer i każdą wspólną kawę o świcie. Nieważne, gdzie spędzaliśmy noc - u niego czy u mnie, to Aleks był tym, który okrywał mnie szczelnie kołdrą i szeptał "pośpij jeszcze, zrobię nam coś do picia". Uśmiechałam się zawsze tak bardzo szczęśliwa, tak bardzo zaopiekowana.

Aleks był typowym kawoszem, podczas gdy ja za kawą nie przepadałam. To nie miało żadnego znaczenia - szybko doszliśmy do porozumienia. Gdy byliśmy u niego, raczył mnie cudowną, świeżą kawą z dodatkami, które nabył specjalnie dla mnie. Gdy noc spędzaliśmy u mnie, zawsze parzył herbatę. Szeptał, że sprowadzam go na złą drogę, bo nic mu nie smakuje lepiej niż herbata w moim towarzystwie. Szczerze polubiłam wczesne poranki w jego męskim mieszkaniu i napoje kawowe, które dla mnie wymyślał.

Mieszkanie Aleksa było spore z dużą ilością surowej cegły i własnoręcznie wykonanych przez niego mebli. Zagadnęłam go kiedyś o to. Mówiłam, że nie ma w jego domu ani odrobiny kobiecej ręki. Śmiał się, że przede mną nigdy by nie pomyślał, że będzie chciał, aby jakaś kobieta maczała palce w wystroju jego samotni. Teraz zaś, twierdził, że wręcz czeka aż to ja właśnie zacznę się u niego rządzić. "Ty już się całkiem nieźle rządzisz u mnie" - odparłam ze śmiechem, wspominając, że poznaliśmy się, gdy wykonywał moją kuchnię.

Tej kuchni nie było już w moim domu. To było pierwsze, czego się pozbyłam, lecząc rany po nagłym odejściu Aleksa. Wykonawca nowej sto razy się upewniał, czy naprawdę chcę zdemontować tak świetnie wykonane meble. Tak, wtedy byłam tego pewna. Dziś, gdy po roku znów zobaczyłam straconą miłość, czułam się jednak tak, jakbym popełniła błąd usuwając jego pracę z mojej kuchni. Jakbym zdradziła... Tylko, że nie miałam powodu, żeby tak się czuć. To w końcu on zostawił mnie a nie na odwrót.

Nie wytłumaczył się w kawiarni, nie wyjaśniał. "Nie zmienię przeszłości" – to jedyna odpowiedź, jaką od niego uzyskałam a później odpłynął we własne myśli, jakby nie było go tak naprawdę ze mną w tamtej chwili. Nie umówiliśmy się na inne miejsce ani czas. Nie złożyliśmy sobie żadnych obietnic. Żadne z nas nie zapewniło drugiego, że miło było się zobaczyć po roku. I wiedziałam, dlaczego. Bo nie było miło. Rozdzierający ból w klatce piersiowej powrócił. Poczucie bezsensu? Również. Wróciły też żal i gniew a wszystko to na raz i jakby ze zdwojoną siłą. A to było tak bardzo nie fair.

Zza niedomkniętych drzwi łazienki doszedł do mnie uporczywy dźwięk dzwonka. Początkowo postanowiłam go zignorować, w końcu było już późno a ja nikogo się nie spodziewałam, lecz w tym momencie uświadomiłam mnie, że ten dźwięk o godzinie dwudziestej trzeciej zdecydowanie powinien mnie zainteresować. A co jeżeli to jakieś służby ratunkowe? Może był pożar lub któremuś z moich rodziców coś się stało? Wyskoczyłam z wanny jak oparzona, szczelnie owinęłam się ręcznikiem, a następnie prawie pobiegłam do drzwi. Lecz, gdy zerknęłam przez wizjer, sama nie wiedziałam, czy śmiać się, płakać czy może pobiec po jakiś ciężki przedmiot, by zdzielić intruza, którym okazał się nie kto inny, lecz obiekt moich myśli.


- Co ty tu robisz w środku nocy?! - otworzyłam z impetem.

- Cześć, Alu - dłonie ukrył głęboko w kieszeniach i na moment taktownie odwrócił wzrok - To niezbyt bezpieczne otwierać drzwi w takim.... stroju, nie uważasz?


Miał słuszność, wiedziałam to zanim nawet spojrzałam w dół, by zobaczyć wodę kąpiącą z mojego ciała i niezbyt zakrywający cokolwiek ręcznik, ale zamiast cofnąć się i natychmiast się ubrać, poczułam jak rośnie we mnie przekora.


- To raczej nie jest już twoje zmartwienie. Czego chcesz?

- Mogę wejść?


Nie mógł, nie powinien był, a jednak skinęłam głową i przepuściłam go w drzwiach, które momentalnie zamknęłam.


- Dlaczego nie jesteś z synem? Znów zostawiłeś go gdzieś samego? - skrzyżowałam ręce na piersiach - I czego chcesz ode mnie?

- Spokojnie, mój syn jest pod opieką babci. Zresztą o tej porze i tak już śpi. A co tu robię? Przyszedłem zrobić to, co powinienem był zrobić rok temu.

- Czyli co?

- Wytłumaczyć się.

- Nie potrzebuję twojego wytłumaczenia - syknęłam - Potrzebuję tylko kilku faktów na temat tego, co się stało, żeby móc odzyskać spokój.


Weszłam do łazienki, zrzuciłam ręcznik i zmieniłam go na szlafrok, który od razu porządnie związałam a następnie udałam się do kuchni po wodę. Starałam się nie myśleć, nie wybiegać w przyszłość. Nalałam sobie pełną szklankę i wypiłam ją duszkiem, gdy zaś odwróciłam się chcąc wrócić do przedpokoju, zobaczyłam zszokowanego Aleksa błądzącego wzrokiem po pomieszczeniu.


- Co tu się stało, Alu?

- To co powinno było się stać – ponownie skrzyżowałam przedramiona – Ty zniszczyłeś mnie, ja zniszczyłam twoją kuchnię. Uczciwe, czyż nie?


Przytaknął i odwrócił wzrok, zdążyłam jednak zobaczyć, jak szklą mu się oczy. To nie było fair. Zachowywał się teraz tak, jakbym zrobiła mu jakąś przykrość, choć to on rzucił mnie bez słowa wyjaśnienia. Ja usunęłam tylko cholerne meble!


- Wróćmy do przedpokoju – zaproponował a następnie odwrócił się i wyszedł. Z daleka zobaczyłam jak przysiadł ciężko na ławeczce obok drzwi frontowych, więc podeszłam i w milczeniu stanęłam naprzeciwko. Czekałam, minęła dłuższa chwila, zanim zaczął wreszcie mówić.


- Sylwia, matka mojego syna to była kobieta, o której kiedyś coś ci wspominałem. Pamiętasz? Pytałaś raz, czy byłam wcześniej w poważnym związku.

- Pamiętam, mówiłeś, że w zasadzie byłeś w czymś takim, ale twoja dziewczyna bardziej ci imponowała niż ją kochałeś.

- Tak było. To właśnie Sylwia. Fascynowała mnie, bo była zadbana, pewna siebie, przebojowa. Miała swoją kancelarię prawną. Praca była dla niej najważniejsza i w tamtym czasie moja dla mnie również. To nas łączyło. Spotykaliśmy się regularnie, ale niezbyt często, jednak Sylwia dawała mi znać, że myśli powoli, aby się ze mną związać na poważnie. Mówiła o wspólnej przyszłości, wspólnym mieszkaniu. Nie byłem pewien, czy chcę coś zmienić w naszej relacji, więc niewiele komentowałem te jej sugestie. Któregoś razu powiedziała mi, że oczekuje czegoś specjalnego z okazji świąt. Długo chodziłem po sklepach, zastanawiałem się, co ja właściwie robię, a jednocześnie szukałem tego "czegoś specjalnego". Ostatecznie zdecydowałem się na naszyjnik, drogi i przesadnie wystawny. Gdy Sylwia zobaczyła prezent, wpadła w szał. Rzuciła nim we mnie krzycząc "Miałam na myśli pierścionek z brylantem, niedomyślny idioto!". To wtedy zrozumiałem, że ten związek nie ma przyszłości. Powiedziałem jej to i odszedłem. Przez jakiś czas się nie odzywała a ja czułem się wolny i szczęśliwy. Miesiąc później zadzwoniła do mnie. Powiedziała, że dobrze mi radzi postarać się ją odzyskać, inaczej będę żałował do końca życia. Zaśmiałem się, po czym odłożyłem słuchawkę. Sądziłem, że to ostateczny koniec. Niedługo później poznałem ciebie... Nasze spotkanie było dla mnie jak grom z jasnego nieba. Wreszcie zrozumiałem, co to znaczy kogoś pokochać. Uszczęśliwiałaś mnie każdym oddechem, każdym uśmiechem. Bardzo chciałem wkrótce założyć z tobą rodzinę, mieć dzieci...


Aleks przerwał na chwilę i ukrył twarz w dłoniach, ja zaś poczułam zimny dreszcz na plecach. Nagle coś sobie uświadomiłam. Nigdy nie rozmawialiśmy o planach na przyszłość, więc Aleks nie zdawał sobie sprawy, że ja być może nigdy dzieci nie będę mogła mieć. Teraz to już nie było istotne, ale jak mogłam przeoczyć fakt, że nigdy mu nie powiedziałam o przebytej chorobie... "Ma pani dwadzieścia pięć procent szans na zajście w ciążę, to wbrew pozorom całkiem niezły wynik" - mówił dr Burzański, jednak wiedziałam swoje. Skoro miałam dwadzieścia pięć procent szans, że będę mogła mieć dzieci, oznaczało to, że na siedemdziesiąt pięć procent nigdy w ciążę nie zajdę.


- W każdym razie - Aleks spojrzał na mnie, wyrywając mnie z ponurych myśli, a następnie dokończył swoją opowieść - Tego dnia, gdy się rozstaliśmy... To właśnie tamtego dnia rano do mojego biura wpadła Sylwia. Byłem akurat na spotkaniu ze starszą projektantką luksusowych wnętrz, z którą od lat współpracuje moja firma. Sylwia postawiła na moim biurku torbę do przewijania i podała mi małego chłopca. Powiedziała, że zemstą za porzucenie jej miało być to, iż nigdy nie dowiem się, że mam syna. Ale co to za zemsta, o której nawet bym się nie dowiedział? Więc wymyśliła inną. Nim pozbierałem szczękę z podłogi, do mojego gabinetu weszło kilku mężczyzn niosących rzeczy dziecka, łącznie z łóżeczkiem. Sylwia oświadczyła, że niniejszym stałem się samotnym ojcem, po czym wyszła.

- Co takiego?

- To co usłyszałaś. Sylwia zostawiła mi syna, a ja przez kilka godzin próbowałem obudzić się z abstrakcyjnego snu. Ale to nie był sen, Alu. Pierwsza pomogła mi ta projektantka, o której wspomniałem. Pokazała mi jak trzymać dziecko, jak przewinąć i nakarmić a następnie życzyła mi powodzenia i obiecała, że odezwie się za kilka dni, jak już ogarnę temat chłopca. Anulowałem wszystkie spotkania i wezwałem na pomoc matkę. Nie wiedziałem co robić. Moja mama… - Aleks przełknął ślinę i na chwilę odwrócił wzrok – Mama prosiła, żebym zawołał ciebie na pomoc, ale ja czułem się głupio. Powiedziałem, że nie mogę cię tym obarczać. Że muszę zwrócić ci wolność. Strasznie się pokłóciliśmy. W życiu nie słyszałem, żeby moja mama kogoś wyzywała czy przeklinała. To był chyba jej pierwszy raz.

- Nie mogę powiedzieć, że się z nią nie zgadzam! Dlaczego, do cholery, zamiast zadzwonić i powiedzieć, co się stało, zerwałeś ze mną?

- Nie wiem, Alu – szepnął – Byłem w szoku, w dołku. Niczego nie rozumiałem i tak strasznie się bałem.

- Przeszlibyśmy przez to! Kochaliśmy się! Nie zostawiłabym cię! - łzy wściekłości zaczęły drążyć bruzdy na moich policzkach, nie mogłam tego wszystkiego znieść – Za to ty bez zastanowienia zostawiłeś mnie nawet mi niczego nie wyjaśniając!

- Wybacz mi! Nie byłem sobą.

- A później? Nigdy się nie otrząsnąłeś? Mogłeś wrócić później, wyjaśnić.

- Alu…


Sięgnął, by obetrzeć moje łzy, lecz odtrąciłam jego rękę. Wstał i opuścił dłonie wzdłuż ciała. Przez łzy widziałam jego zbolałą, bezradną twarz.


- Idź już sobie, Aleks. Jak mówiłeś dziś w kawiarni, nie zmienisz przeszłości – gwałtownie wytarłam twarz dłońmi – Potrzebowałam zrozumieć i już rozumiem. Możesz już wracać do życia, w którym mnie nie chciałeś.

- Gdybym mógł coś zrobić… - zaczął, ale przyłożyłam dłonie do uszu.

- Idź już sobie – powtórzyłam – Na dziś mi wystarczy!


Skinął głową, posłał mi ostatnie spojrzenie, po czym sięgnął po klamkę od drzwi. Odszedł. Ponowie zniknął z mojego życia. I naprawdę nie wiedziałam, co teraz...



środa, 11 lutego 2026

Na początku było spojrzenie - Rozdział drugi

 

Rozdział 2. Krew i szok


Aleks…


Krew przestała lecieć i udało mi się jako tako umyć twarz oraz zaprać koszulkę. Całe szczęście była czarna, bo inaczej wyglądałbym dość makabrycznie. Właściwie to makabryczniej… Nawet z zapraną koszulką i ogarniętym nosem mogłem obecnie śmiało straszyć dzieci w Halloween, bo twarz miałem spuchniętą i czerwoną jak burak. Na szczęście kilka ruchów palcami po skrzydełkach nosa pozwalało mi podejrzewać, że chyba obeszło się bez złamania. Nos bolał jednak jak jasna cholera i nie mogłem wyjść z podziwu, że zrobił mi to nie kto inny tylko mój własny dwuletni syn. Dobrze przynajmniej, że wziąłem akurat kilka dni wolnego, więc nie zobaczy mnie nikt z firmy. Miałem również nadzieję, że nie zobaczy mnie żaden znajomy ani krewny. A najlepiej, gdyby teraz nie widział mnie nikt. Chciałem już wracać do dziecka, bo choć przypiąłem go w pustej kawiarni, w specjalnym krzesełku a baristka obiecała na niego zerkać, to jednak wiedziałem, że nie jest to najlepsze miejsce, aby zostawić takiego malca bez opieki. Już naciskałem klamkę od drzwi do toalety, gdy rozdzwonił się mój telefon. Świetnie, dzwoniła moja matka.


- Mamo, nie mogę teraz – jęknąłem do słuchawki zamiast powitania.

- Aleks, mieliście być w domu! Stoję pod drzwiami, ale nikt mi nie otwiera.


Szlag, zapomniałem, że miała dziś wpaść z jakimiś rzeczami dla Krzysia.


- Przepraszam, zapomniałem. Jesteśmy w parku.

- Którym parku? Może podjadę do was?

- Daj spokój! Możesz podejść do tej kawiarni ulicę dalej i tam zaczekać. Zadzwonię, jak tylko wrócimy.

- A czemu tak dziwnie mówisz? Masz katar?

- Mamo, później pogadamy. Pa!

- Czekam więc. Pa!


Wziąłem głęboki wdech i nacisnąłem gwałtownie klamkę, aby wydostać się wreszcie z łazienki. Stosunki z matką miałem dość napięte już od roku, od dnia, gdy powiedziałem jej, że zamiast oświadczyć się kobiecie mojego życia, postanowiłem samotnie wychować syna. Mama nie rozumiała mojej postawy. Również zszokowała ją informacja o wnuku, ale nie wiedziała, czemu po prostu nie wtajemniczę Alicji w sytuację, w której się znalazłem, a zamiast tego zrezygnuję ze związku z nią. Szczerze? Sam dziś już nie byłem pewien, dlaczego wówczas podjąłem taką decyzję. Wiedziałem jednak, że tego nie da się naprawić. Odszedłem nagle, bez słowa wyjaśnienia. Z dziurą w sercu i bez nadziei. A teraz ona pewnie już jest szczęśliwa z kimś innym. A nawet jeśli nie, pewnie i tak nie chciałaby mnie znać po tym wszystkim. Z ciężkim sercem spróbowałem przywołać na twarz pogodną minę, lecz gdy tylko spojrzałem w kierunku mojego syna, aż zrobiło mi się słabo. „Nie, niemożliwe” – szumiało mi w uszach, gdy prawie pobiegłem w stronę Krzysia łowiąc słowa kobiety, która stała obok niego.


- Ale dlaczego tata zostawił cię samego w kawiarni, żeby umyć nos – pytała zszokowana.

- Tata tego szkraba musiał umyć nos po tym, jak niniejszy maluch z całej siły uderzył go huśtawką i twarz taty zalała się krwią. - odpowiedziałem za syna - Dzień dobry, Alicjo. Jesteś absolutnie ostatnią osobą, którą spodziewałem się zobaczyć gawędzącą z moim dzieckiem.


I naprawdę była a sądząc po jej wyrazie twarzy, ja wywołałem u niej podobny szok. Była blada, wyglądała jakby miała zemdleć. Po prostu zastygła.


- Może usiądziesz z nami – zaproponowałem po dłuższej chwili milczenia.

- Masz syna, Aleks? Ile ma? Dwa? Trzy lata?

- Dwa.

- Pięknie mówi…

- Dziękuję.

- Aleks… Czy ty… byłeś z kimś, kiedy my… - oczy jej się szkliły, jednak jej twarz powoli nabierała kolorów.

- Nie, nie byłem – odparłem dobitnie – Nigdy bym tego nie zrobił.

- Więc jak? - pokręciła głową, a następnie faktycznie usiadła, mocno ściskając swój kubek z herbatą.

- To był syn mojej byłej. A teraz jest mój – odparłem tylko.

- To przez niego odszedłeś?

- Ala, proszę. Nie przy Krzysiu – zacisnąłem pięść na oparciu wysokiego krzesełka.


Spojrzałem też na mojego chłopca, aby upewnić się, że wszystko u niego w porządku. Na szczęście nie wyglądał na zmartwionego czy przestraszonego. Po prostu wodził wzrokiem między mną a Alicją i tyle.


- Aleks – zawołała mnie nagle, a jej wzrok żądał wyjaśnień, choć to nie był czas a ani miejsce.

- Nie zmienię przeszłości – szepnąłem tylko.

- Wiem – odszepnęła - Ale chciałabym zrozumieć, co sprawiło, że w jednej chwili wszystko zniszczyłeś. Mam prawo wiedzieć.


Miała prawo i ja miałem prawo się wytłumaczyć, lecz naprawdę nie mogłem robić tego teraz. Nie przy moim synu. Przez chwilę milczałem, rozważając swoje opcje, Alicja zaś wstała z miejsca uznawszy najwyraźniej, że już nie doczeka się odpowiedzi. Wymieniliśmy jeszcze kilka słów, których jednak już po sekundzie nie byłem w stanie sobie przypomnieć. Zamiast tego nadstawiłem uszu, gdy podeszła, aby pożegnać się z Krzysiem.


- Do zobaczenia, szkrabie – uśmiechnęła się do niego – Miło było cię poznać.


Zaśmiał się i energicznie pomachał jej rączką, ale Alicja nie odezwała się więcej. Podniosła papierowy kubek ze stolika, po czym odwróciła się i noga za nogą powlokła się w kierunku wyjścia. Ja zaś ciężko usiadłem na miejscu naprzeciwko syna próbując ze wszystkich sił zrozumieć, co się właśnie wydarzyło.




wtorek, 10 lutego 2026

Na początku było spojrzenie - Rozdział pierwszy

 

Trzy miesiące później…


Rozdział 1. Nowy początek


Alicja…


Nie znosiłam zapachów szpitali i dlatego, gdybym tylko mogła, umawiałabym się z moim lekarzem daleko od jego stałego miejsca pracy. Problem w tym, że doktor Burzański był naprawdę wyjątkowym lekarzem. Nie prowadził swojej prywatnej praktyki lekarskiej, poświęcając cały swój czas pacjentom oraz studentom, których z niezwykłym wręcz zaangażowaniem szkolił już prawie trzydzieści lat. Był wspaniałym, przystojnym mężczyzną w średnim wieku. Uwielbiali go wszyscy od współpracowników przez studentów aż po pacjentki takie jak ja. Tak, nadal go uwielbiałam nawet pomimo faktu, że od kilku miesięcy byłam święcie przekonana, że każdy mężczyzna to świnia. Jednak trzeba było sobie jasno powiedzieć - jeśli istniał na świecie jakiś wyjątek potwierdzający regułę, był nim właśnie doktor Burzański.


- O, jest pani, pani Alu – pomachał do mnie zza uchylonych drzwi gabinetu, gdy tylko podniosłam się z niewygodnego, plastikowego krzesełka poczekalni w przyszpitalnej przychodni.

- Dzień dobry, doktorze! - uprzejmie siknęłam głową.


Weszliśmy do środka i doktor powoli zamknął za nami drzwi.


- Siadaj, siadaj, Alunia – uśmiechnął się do mnie tym wyjątkowym uśmiechem, który zawsze kojarzył mi się z takim kierowanym do córek a nie pacjentek. Doktor nie ukrywał, że wszystkie swoje pacjentki tak właśnie traktował, jak córki – Jak tam? Jakieś dolegliwości? Coś nowego? Badania zrobione?

- Zrobione, doktorze – przesunęłam do niego kilka kartek naprędce wyjętych z teczki – Chyba wszystko w porządku.

- Zaraz zobaczymy – odebrał moje wyniki i powoli zaczął je analizować – Świetnie, doskonale. Faktycznie, wszystko dobrze. Nawet cytologia rewelacyjna. Brawo, młoda damo.

- Dziękuję, ale to chyba pańska zasługa.

- Bzdura, żaden lekarz nie wyleczy, jeśli pacjent nie chce być zdrowy. Jest naprawdę dobrze, a to oznacza, że dbasz o siebie i tak ma być. To ostatnia krytyczna kontrola. Teraz spokojnie możemy się zobaczyć dopiero za dwa czy nawet za trzy lata, córciu.

- Naprawdę? Nie muszę już przychodzić co pół roku?

- Naprawdę. Wszystko wygojone, wyniki wzorowe. Teraz możesz przyjść jedynie, aby mnie odwiedzić, ale wolałbym, żebyś bez potrzeby nie kręciła się po szpitalu. I tak wiem, że tego nie znosisz.

- Szpitala nie, ale pana uwielbiam, doktorze, i może tak być, że się stęsknię nieco szybciej – roześmiałam się, a następnie westchnęłam, bo niestety, miałam na myśli dokładnie to, co powiedziałam. Aż zakręciła mi się łezka w oku.

- No, no, kiciuś. Nie trzeba się tak wzruszać! Ja też będę tęsknił, więc powiedzmy, że na kontrolę zapraszam już za dwa lata. Co ty na to? - puścił mi oczko.

- Dobrze, doktorze, postaram się wytrzymać.


Wstałam, aby się pożegnać i doktor również. Uścisnął mnie krótko a następnie niemal wypchnął za drzwi.


- Pani Alu – krzyknął za mną, gdy już odeszłam kilka kroków w głąb korytarza – Proszę dbać o siebie! Tak samo albo i lepiej.

- Obiecuję – pomachałam mu.


I już mnie nie było. Już kierowałam kroki gdzieś indziej, do pobliskiego parku, którego unikałam z jednego tylko powodu, przez Aleksa, którego wspomnienie wciąż napawało mnie żalem. Ale dziś mijał rok odkąd bez większego wyjaśnienia rzucił mnie pod moim własnym biurem. Rok! Jak to zleciało? Już nie płakałam za nim po nocach, nie czułam tej głębokiej boleści, która przez pierwsze tygodnie co noc od nowa łamała mi serce. Teraz byłam zła, naprawdę zła i z tej złości w końcu udało mi się podnieść. Zmieniłam pracę, aby nie musieć łączyć jej z naszym bezsensownym rozstaniem. Zmieniłam kuchnię, którą wybudował dla mnie własnoręcznie a dziś rano powzięłam kolejną decyzję. Koniec z unikaniem miejsc, które kojarzyły mi się z nim. Będę chodzić do ulubionej galerii handlowej, w której razem robiliśmy zakupy. Pójdę do ulubionej parkowej kawiarni po moją ulubioną herbatę różaną i do mojego parku miejskiego, w którym spacerowaliśmy trzymając się za ręce. Aleksa już nie ma, jestem sama, ale to nie oznacza, że nie mam prawa do wszystkich swoich ukochanych miejsc. Jest pełnia wiosny, jest maj. Zamierzam znów cieszyć się życiem i nie myśleć o tym, że nie jesteśmy już razem i to dłużej niż ze sobą byliśmy. Ani o tym, że spodziewałam się z nim zestarzeć, że serce podopowiadało mi, że to ten jedyny. Głupie! Wiedziałam, że miłość jest przereklamowana.

Przyspieszyłam kroku i już po chwili zostawiłam za sobą obszerny teren szpitala uniwersyteckiego, do którego następnym razem będzie mi dane zajrzeć dopiero za dwa lata. Miła niespodzianka i powód do świętowania. A najlepszym miejscem do świętowania jakie przyszło mi teraz do głowy, była kameralna kawiarnia przy pobliskim parku.

Choć pogoda była dziś wyjątkowo piękna, o tej porze dnia w tej części miasta nie było zbyt wielu ludzi. Para emerytów siedziała na pierwszej ławeczce, jaką ustawiono w okolicy, a dalej właściwie nie widziałam nikogo. Tym lepiej. Była dziesiąta rano i pierwszy raz od pół roku byłam o tej porze poza biurem. Początkowo planowałam wrócić do pracy po wizycie u lekarza, ale nowa szefowa zachęciła mnie do wzięcia dnia wolnego. Nie spierałam się. Była dobrą szefową i zawsze dla swoich pracowników chciała jak najlepiej, dlatego też przyjęłam jej propozycję bez wahania. A teraz, dzięki jej wyrozumiałości, mogłam cieszyć się wiosennym dniem w otoczeniu przyrody. Kwiaty i drzewa były w pełnym rozkwicie, zieleń była tak soczysta, że aż chciało się żyć a błękitne niebo sprawiało, że czułam się lekka i szczęśliwa. Przez dłuższą chwilę manewrowałam więc pomiędzy alejkami a następnie poszłam prosto do uroczego budynku kawiarni, w której serwowano najlepszą herbatę z płatkami róży, jaką w życiu piłam. Pchnęłam przeszklone drzwi i już za moment czułam aromatyczny zapach, za którym zdążyłam się stęsknić przez ostatnie kilkanaście miesięcy.

Tak, jak się spodziewałam, w kawiarni było zupełnie pusto, moją herbatę dostałam więc błyskawicznie. Podziękowałam baristce uśmiechem i z papierowym kubkiem w dłoni, udałam się na swoje dawniej ulubione miejsce. Ale tu czekała mnie niespodzianka. Przy stoliku, który zwykle zajmowałam, siedział i wesoło majtał nogami w wysokim krzesełku około dwuletni chłopiec. Rozejrzałam się pilnie po okolicy, ale nigdzie nie namierzyłam jego rodziców. Tylko baristka zerkała w jego stronę od czasu do czasu. Czy to możliwe, że był tu sam?


- Ceść! - zamachał do mnie z szerokim uśmiechem, jakby to właśnie na mnie czekał.

- Cześć, maluchu – odparłam zdziwiona – A gdzie masz rodziców?

- Tata zaraz wlóci, miał tyci wypadek – odpowiedział płynnie maluszek. Może był jednak trochę starszy niż wydawało mi się na początku, skoro tak pięknie mówił? Owszem, troszkę seplenił, ale byłam w stanie wszystko zrozumieć. I mówił pełnymi zdaniami!

- Cieszę się, że tata zaraz wróci, ale i tak postoję tu obok ciebie dopóki go nie ma, w porządku?

- Pewnie! Jak mas na imię?

- Jestem Alicja – uśmiechnęłam się – A ty?

- Ksyś! Znam to! - ucieszył się.

- Co znasz, słoneczko?

- Alicja, znam to.

- To dość popularne imię – odpowiedziałam, choć w sumie jedyną Alicję oprócz siebie, którą znałam była ta z Krainy Czarów…

- Nie, nie! Tata casem tak mówi! Casem nagle mówi „Alicja!” Ale to chyba coś złego, bo później jest smutny.

- Ojej, już myślałam, że tak ma na imię twoja mama.

- Nie, mama to Sylwia, ale nie lubię jej! - zdenerwował się mały, a ja mało nie udławiłam się herbatą. Nigdy w życiu nie słyszałam, żeby tak małe dziecko mówiło, że nie lubi mamy. Chociaż z drugiej strony, nie znałam zbyt wielu dzieci. Może to jakiś etap czy coś takiego.

- Rozumiem – odpowiedziałam tylko, bo co innego mogłam odpowiedzieć a następnie odruchowo spojrzałam na zegarek i nagle poczułam niepokój – Długo nie ma twojego taty, wiesz dokąd poszedł?

- Do łazienki, umyć nos.

- Umyć nos? - wybałuszyłam na niego oczy a wtedy malec wybuchnął śmiechem.

- Tak i mas wielkie ocy!

- Ale dlaczego tata zostawił cię samego w kawiarni, żeby umyć nos – nie mogłam uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszałam i już zaczęłam się zastanawiać, czy aby nie będę zaraz musiała wezwać do parkowej kawiarni policji, gdy nagle ktoś podbiegł do naszego stolika.


Od niechcenie spojrzałam przez ramię, żeby zobaczyć, co się dzieje i zamarłam.


- Tata tego szkraba musiał umyć nos po tym, jak niniejszy maluch z całej siły uderzył go huśtawką i twarz taty zalała się krwią… - usłyszałam głos, który jeszcze do niedawna nawiedzał mnie w snach – Dzień dobry, Alicjo. Jesteś absolutnie ostatnią osobą, którą spodziewałem się zobaczyć gawędzącą z moim synem.


poniedziałek, 9 lutego 2026

Na początku było spojrzenie - Prolog, czyli zaczynamy miniopowieść walentynkową


Kochani!

Tak, jak obiecałam, od dziś przez kolejne sześć dni będę wrzucać kolejne fragmenty mojej mikropowieści "Na początku było spojrzenie". Prosta historia drugiej szansy przed Wami.

Ściskam i pozdrawiam

Silentia


Na początku było spojrzenie

Silentia


Prolog


    Na początku było spojrzenie, pół uśmiechu i kilka niezgrabnie wymienionych żartów pomiędzy elementami mojej nowej kuchni, którą Aleks przyszedł zmontować za swojego pracownika. Pracownik się rozchorował w ostatniej chwili, a silne poczucie etyki zawodowej Aleksa sprawiło, że choć był szefem, zakasał rękawy i sam zabrał się za wkrętarkę, młotek i poziomicę. Posyłaliśmy sobie więc te spojrzenia, a ja czułam suchość w ustach i zbyt silne uderzenia serca, gdy tylko odwrócił się na chwilę znad swojej pracy. Kuchnia nabierała kształtów, szlachetnych kształtów pod jego utalentowanymi dłońmi. Uśmiechałam się coraz częściej, coraz częściej szukałam jego spojrzenia… A gdy tylko ostatnia śrubka została dokręcona, lawina powstrzymywanych uczuć spłynęła na nas dwoje, zalewając nas od stóp po czubek głowy nieoczekiwaną namiętnością. Już nie pamiętam, kto pierwszy podbiegł, by wbić się namiętnie w usta tego drugiego… Pamiętam tylko dni, tygodnie i miesiące pełne miłosnych uniesień, wyrwanych z ciasnych grafików spotkań. A później rosnącą w sercu nadzieję.

    Skończyło się nagle. Urwało wręcz. Jednego dnia pospiesznie żegnał mnie namiętnie w pachnącej pościeli, a już następnego wieczoru pod moim własnym biurem, blady i zmęczony mówił, że przyszedł się pożegnać. Chyba tylko szok, w którym się znalazłam sprawił, że nie zemdlałam. Że nie zaczęłam krzyczeć ani ryczeć, jakby właśnie żywcem wyrywano mi z piersi serce. Słuchałam, ale nie wierzyłam, nie rozumiałam. A on? Powtarzał, że zawsze będzie mnie kochać na zmianę z „żegnaj i wybacz mi”.

    Minęło dziewięć miesięcy i nadal nie rozumiem, co się wówczas wydarzyło. Dziewięć długich miesięcy, w których działałam jakby na autopilocie. I dopiero teraz powoli zaczęłam zdawać sobie sprawę z jednego. Aleks zniknął z mojego życia na dobre...


czwartek, 5 lutego 2026

Luty, czyli... a może już wystarczy tej zimy?

 

    Warto wspomnieć na samym początku niniejszego posta, że nie jestem fanką zimy. Lubię niemal każdą porę roku, ale akurat zimę lubię tylko w jednym wariancie - krótkim. Ostatnie lata przyzwyczaiły mnie, że choć w styczniu czy lutym zdarza się śnieg czy mróz, trwa on w moim regionie najwyżej parę dni. Tymczasem przedłużająca się stricte zimowa aura sprawia, że odechciewa mi się wszystkiego i, zamiast realizować najróżniejsze plany, zajmuję się wycieraniem nosków, podawaniem syropków i czuwaniem w nocy nad młodymi człowiekami z gorączką. Mnie też jakby bardziej łamało w kościach...

    Na luty, na read2sleep.pl, nie przygotowałam zbyt wiele, ale mam coś bardzo konkretnego. W przyszłym tygodniu zamieszczę na niniejszym blogu moje "walentynkowe" opowiadanie. "Na początku było spojrzenie" liczy zaledwie pięć rozdziałów plus prolog. Będę je publikować przez kolejne sześć dni. Jest to prosta historia "drugiej szansy", ale mam nadzieję, że dobrze będzie się Wam ją czytało. 

    Czy coś jeszcze się tu pojawi w bieżącym miesiącu? Pewnie tak, ale to zależy od wielu czynników. Nie będzie wyjątkowo mikroopowiadania, ponieważ będzie takie nieco dłuższe. Myślałam o zamieszczeniu jeszcze jednej recenzji prostej gry, jednak obawiam się iść w tym kierunku, aby read2sleep.pl nie przemienił się w play2sleep.pl... Mam jednak kilka przemyśleń i refleksji związanych z doniesieniami prasowymi na temat polskiej edukacji. Czytałam też wiele interesujących artykułów na inne tematy. Może coś z tego zainspiruje mnie do napisania posta? Zobaczymy.


Ściskam i pozdrawiam

Sil



wtorek, 27 stycznia 2026

Raz, raz życie

 

raz słońce się skryło
gdzieś tam ponad nami
raz światło tańczyło
na niebie, nad dachami

przed i raz po świecie
obudził się człowiek
było sobie raz życie
spod przymkniętych powiek

raz w ciszy, raz w zgiełku
płacz podzielił nas równo
raz przyszło przebaczenie
raz mu było zbyt trudno

z głębin myśli westchnienie
ponad wszystko, co było
raz zaczęło się życie
raz się życie skończyło

Silentia


fot. Sil


piątek, 23 stycznia 2026

Takie małe AB BA, czyli wiersz "Co jest najważniejsze?"

 

Zapomniałam, co w życiu jest najważniejsze
spoglądając w gwiazdy, myślałam, że one,
wiele rzeczy nigdy nie zostanie stworzone
zastąpione tym, co brzydkie lub tym, co piękniejsze

Zrozumienie, że nie wiemy nic na zawsze
że nie wiemy na pewno, czego sami chcemy
zbyt trudne do pojęcia, więc nadal biegniemy
z papieru budując zbroje złudnie coraz twardsze

Znalazłam spokój i znów go zagubiłam
nie pilnując tego, co jest ponad wszystko
do zagrożeń często podchodząc za blisko
Spojrzałam za siebie i znowu zwątpiłam

Sil


wtorek, 20 stycznia 2026

Możliwe, że to pierwszy i ostatni raz, czyli chciałam dziś opowiedzieć o pewnej grze

 

    Czasem lubię zaskakiwać i dlatego dziś opowiem o czymś, czego na pewno nie spodziewaliście się na blogu read2sleep.pl. Dziś opowiem o grze Disney Frozen Free Fall od Jam City, Inc.

    Kto pamięta film animowany Frozen (w Polsce znany jako "Kraina Lodu")? Ja pamiętam doskonale, gdyż była to ulubiona bajka mojej siostrzenicy i oglądałam Frozen dziesiątki razy, w tym jednego dnia trzy razy pod rząd.... Tak, da się ;). Frozen, luźno inspirowane baśnią Andersena - "Królowa Śniegu" oraz nieco za bardzo, jak na mój gust, zbliżone do rosyjskiej produkcji z 2012 roku - również pod tytułem "Królowa Śniegu", opowiada o przygodach dwóch sióstr - księżniczek. Obdarzona niezwykłą mocą Elza, za namową trolli, do których jej rodzice zwracają się po pomoc, po wypadku z udziałem jej młodszej siostry - Anny, jest odizolowana od świata. Rodzice ukrywają następczynię tronu, aby nauczyła się panować nad swoją zdolnością tworzenia lodu. Niestety, wychodzi to średnio i Elza nie robi postępów. Wkrótce też, z przyczyn losowych, traci wsparcie matki i ojca. Gdy Elza i Anna są nastolatkami, ich rodzice giną w wypadku na morzu. Przez kilka lat państwo pogrążone jest w żałobie, aż do momentu, gdy Elza jest już gotowa, aby objąć rządy. Podczas balu po koronacji Elzy na królową, młodej władczyni puszczają jednak nerwy a jej gniew i strach zamienia całą okolicę w krainę lodu. Elza ucieka, zaś jej młodsza siostra, która czuje się winna sytuacji, wyrusza, aby odszukać królową i sprowadzić ją do domu. 

    Tak w dużym uproszczeniu zaczyna się fabuła Frozen/Krainy Lodu i tego właśnie się spodziewałam, gdy któregoś razu mąż zainstalował dla mnie grę na swojej konsoli. Nie jestem fanką gier ani konsol, ale mój mąż próbował mnie przekonać, że jestem, tylko jeszcze nie znalazłam odpowiedniej dla siebie gry. Spróbowałam więc Frozen Free Fall i... muszę przyznać, że całkiem mi się spodobała. Nie była to gra fabularna/strategiczna, a polegała jedynie na czymś w rodzaju układania klocków z utrudnieniami. Przez jakiś czas zdarzało mi się zagrać, a później przestałam, bo jednak nie miałam na to czasu. Nie sądziłam też, że gra jest mi do czegokolwiek potrzebna. Na pewno nie do szczęścia. ;) Przez lata nie tęskniłam i nawet zapomniałam, że coś takiego istniało.

    Ale... parę tygodni temu pomyślałam, że potrzebuję czegoś do zajęcia kilku minut, gdy czekam np. na autobus czy na dziecko, gdy kończy "swoje dziecięce sprawy". Miałam wówczas dość przeglądania "prasy", bo ciągle trafiałam na wszechobecne cierpienie - dzieci, zwierząt, świata. Zaczynanie powieści, gdy ma się 5-10 minut mijało się z celem, podobnie jak czytanie materiałów związanych ze studiami. I wtedy przypomniałam sobie o istnieniu gry Frozen Free Fall. Postanowiłam sprawdzić, czy jest wersja na telefon i faktycznie, była. Ściągnęłam, zainstalowałam i zagrałam po raz pierwszy, a później drugi i kolejny. I to jeden z trzech powodów, dla których ostatecznie gry nie polecę ;). Jest zbyt wciągająca, pomimo swojej prostoty :D.

    Choć Frozen Free Fall posiada sklep z "życiami"/gadżetami do gry - dla mnie jest on zbędny. W akurat tę grę można spokojnie grać nie wydając na nią wprost ani złotówki. Oczywiście, można sobie "dokupić" życie oglądając reklamę, ale nawet to na upartego jest zbędne, bo życia odnawiają się i po 30 minutach mamy kolejne życie do wykorzystania. Naprawdę można się obyć tak bez wydawania pieniędzy, jak i bez oglądania reklam, a gra nadal będzie dobrze grywalna.

    Disney Frozen Free Fall jest do pewnego momentu relaksująca, choć wcale nie taka łatwa, więc czasem mogą puścić nerwy. Jednak jeśli nie jest się zapalonym graczem, a grę tę potraktuje się po prostu jako "czekadełko", nie spędza ona snu z powiek. Oczywiście każdy kolejny poziom trudniejszy jest od poprzedniego, ale zdarzają się też "przerywniki" w postaci łatwiejszych leweli (wybaczcie spolszczenie). Może się więc zdarzyć, że po serii irytująco trudnych poziomów, traficie na taki, który praktycznie zagra się sam.

    We Frozen Free Fall istnieją również dodatkowe atrakcje, jak choćby dodatkowe zadania z mini grami, które można traktować jako odpoczynek od planszy głównej. Również same plansze można wybierać zmieniając sobie "mapy". Można brać udział w wyzwaniach, które nagradzane są zwykle całkiem sowicie. Można też budować miasteczko nawiązujące do kraju Elzy i Anny z filmu animowanego, o którym wspomniałam wcześniej. Grając, bez żadnego wysiłku zdobywa się walutę, którą można wydawać na elementy architektury miasteczka. Jest to całkiem miły przerywnik.

    A jednak napisałam, że są trzy powody, dla których gry nie polecę. Pierwszy już znacie, jest to gra zbyt wciągająca ;) i może skraść nam więcej czasu, niż chcemy poświęcić. Drugim powodem jest fakt, że mam wrażenie, iż nieustanne rozbłyski w grze nie są zbyt zdrowe dla oczu. Ja akurat mam wrodzoną wadę wzroku, jednak zauważyłam, że jeśli włączę Frozen Free Fall, moje oczy bolą znacznie szybciej niż przy normalnym korzystaniu ze smartfonu - czytaniu maili, książek czy wiadomości. A jaki jest trzeci powód tego, iż gry Frozen nie będę polecać dalej? Cóż, bardzo szybko zużywa baterię. 

    Dla porządku napiszę jeszcze kilka ogromnych plusów Disnej Frozen Free Fall. Przede wszystkim - nie ma reklam, które przerywają grę! Nie jest też to gra, która nieustannie wyciąga pieniądze od użytkownika. Frozen Free Fall jest ponadto bardzo różnorodne i na pewno nie jest nudne. Postaci z gry mają swoje osobowości, każda ma również swoje własne "pomagacze" dla gracza. I jeszcze miły bonusik - codziennie przy pierwszym logowaniu danego dnia otrzymuje się jakiś prezent przydatny w grze. 

    Poniżej przedstawiam kilka zrzutów z gry, jakbyście byli ciekawi, jak to mniej więcej wygląda. Disney Frozen Free Fall można bezpłatnie pobrać ze sklepu Google.


Ściskam i pozdrawiam

Sil





Zrzuty z Dsisney Frozen Free Fall



poniedziałek, 19 stycznia 2026

Cześć, jestem Silentia

 

    Cześć, jestem Silentia. Często podpisuję się jako Sil, bo tak jest krócej, ale i jakoś tak prościej. Jestem poetką i pierwszą książką, którą wydałam w życiu był właśnie tomik poezji. To było w 2018 roku i jeszcze wówczas nie używałam w "prawdziwym świecie" pseudonimu "Silentia".   
    Swoją przygodę z twórczością w Internecie również zaczęłam od stronki z moimi wierszami. Było to dawno, dawno temu w odległej galaktyce ;). To jednak nie wiersze przyniosły mi popularność w sieci, lecz opowiadania typu fan fiction, które oficjalnie zaczęłam pisać około 2009 roku. Sława moich fanowskich opowiadań zaczęła się równie gwałtownie jak się skończyła, po czym na całe lata zapomniałam o blogowaniu. Wróciłam około 2021 roku z blogiem RiF (romans i fantastyka), gdzie również zaczęłam publikować fan fiction. Miałam nawet pierwszych czytelników, ale... nie miałam czasu ;). A później powstał oczywiście read2sleep.pl, czyli blog, na którym obecnie najłatwiej mnie spotkać. Ale tu fan fiction nie ma już zbyt wiele, za to znajdziecie różne opinie o książkach, artykułach, sporo wierszy, troszkę moich mikro opowiadań, jak również refleksje i, moje ulubione - fotorelacje z krótkich podróży. 

    Moje kolejne dwie książki, wydane również pod prawdziwym nazwiskiem, były książkami dla dzieci. Pierwsza  z nich (2022) miała postać wierszyków i ilustrowana była prostymi rysunkami mojego pięcioletniego wówczas synka. Druga (2023), zawierała krótkie opowiadanka dla dzieci. Nie byłam zadowolona z żadnego z tych wydań i dlatego niewiele osób dowiedziało się o ich istnieniu. Z perspektywy czasu zastanawiam się, czy dobrze się stało, iż dowiedział się ktokolwiek. Chociaż - tu mała niespodzianka, dzieci, które otrzymały książeczkę z opowiadaniami, przyjęły ją bardzo ciepło. Entuzjastycznie wręcz. To sprawia, że czasem zastanawiam się, czy nie wrócić do pisania prostych historii dla najmłodszych. Mam to na liście "TO DO" (z ang. "do zrobienia").

    W roku 2025, po wielu latach zmagań, przemyśleń i wątpliwości, wydałam wreszcie powieść obyczajową.  "Tylko jeden dzień" został przyjęty dobrze przez tych kilku szczęśliwców, którym udało się go zdobyć, bo książce od samego początku towarzyszył straszny pech. To była pierwsza książka, o której pomyślałam, że chciałabym ją wydać dla szerszego grona i niestety - los mi nie sprzyjał. Cały 2025 rok, czyli rok premiery, książka chowała się przed potencjalnymi czytelnikami.

    Pisałam, że jestem poetką. Dlaczego nie pisarką? Proste, bo poezję "piszę"  od urodzenia. Od kiedy tylko pamiętam, układałam wierszyki, rymowanki itp. Dopiero później zaczęłam układać dłuższe historie, jakby... "bajki" a pierwszy twór odrobinę przypominający powieść napisałam odręcznie mając mniej więcej lat trzynaście. Pamiętam to nieszczęsne coś, co w dziewięćdziesięciu procentach składało się z dialogów. Absolutnie nie mogłam wówczas zrozumieć, po co komu opisy? Ale! Przyznam szczerze, gdy czytywałam w tamtym czasie książki, również uważałam, że najfajniejszą ich częścią są po prostu rozmowy bohaterów. 

    Pewnie zastanawiacie się czasem, ile Sil ma lat. Hmm... w zasadzie to zależy. Metryka jest bezlitosna, ale duchem czuję się nieraz wciąż małą dziewczynką - niczym Alicja w Krainie Czarów. Zagubiona w świecie, którego nie mogę do końca rozgryźć, staram się być dojrzałą mamą, kiedy trzeba i niesforną marzycielką, gdy nikt nie widzi.

    Pewnie nie muszę wyjaśniać, jakie mam hobby. Pisanie! Ale to nie wszystko, bo jeszcze czytanie, śpiewanie (obecnie tylko karaoke na telewizorze, gdy pozostali domownicy znajdą się poza zasięgiem wzroku... i słuchu), odkrywanie zamkowych ruin i przyrody, uwiecznianie tego wszystkiego na fotografiach i, rzadziej, malowanie farbami akrylowymi. Uwielbiam malować obrazy, chociaż nie posiadam ani odrobiny talentu w tym względzie. Lubię być również gospodynią domową, choć przyznam, że z wiekiem akurat ta rola nieco mnie przytłacza... Lubię gotować i piec ciasta. I jeszcze jedno! Lubię spacery od progu mojego domu aż do nieskończoności.

   Lubię też być mamą, ale to nie jest temat a la hobby. Moje dzieci to moje największe wyzwanie i największa duma.

    Kocham zwierzęta, wszystkie, choć mam tylko kota. Zawsze miałam kota.

    Jestem wegetarianką. Nie fanatyczną i nie próbuję nikogo nawracać, pouczać ani przekonywać do swoich racji. Mogę zjeść przy jednym stole z osobami, które wybiorą mięso. Wegetarianizm to mój wybór i nie zamierzam dokonywać wyborów za innych.

    Jestem samotniczką. Lubię spędzać czas sama ze sobą. To wówczas tworzę moje historie, jednak przyznam szczerze, że inspirują mnie głównie sytuacje z życia wzięte. Czasem zasłyszane słowo, czasem urwana scenka, którą dojrzę gdzieś w biegu np. w autobusie. Wystarczy impuls i w mojej głowie rodzi się pomysł na powieść. Pomysły skrzętnie zapisuję, ale niekoniecznie realizuję, bo - nie wiem, czy zauważyliście - doba nie jest z gumy.

    Najpiękniejsze wiersze układam w nocnej ciszy lub w otoczeniu przyrody, podczas samotnych spacerów. 

    Jestem pełna sprzeczności i nie zawsze jestem w stanie zająć stanowisko w jakiejś sprawie. Czasem mój pogląd na dany temat w pierwszym odruchu wydaje się oczywisty, ale zaraz pojawia się tysiąc pytań i mętlik, który sprawia, że mogę powiedzieć wyłącznie NIE WIEM.

    Oto ja :)

Ściskam i pozdrawiam

Sil


fot. Sil/przeróbka aplikacja Voila


    

    

piątek, 16 stycznia 2026

Wiersz na spokój

 

no i czemu krzyczysz, że zupa nie taka?
że pada ciągle i szaro lub, że słońce razi
czemu znów ze złości - raz krasny, raz blady
przeszukujesz w pamięci, kto i kiedy zdradzi?

nie ma nic ponad spokój, ponad myśl leniwą
zamarznięte kałuże też szukają wytchnienia
niezależnie od tego, co dziś jest najważniejsze
kilka sekund, zostaną złe i dobre wspomnienia


Silentia


czwartek, 15 stycznia 2026

Eviva l'arte! - wiersz, który uwielbiałam w późnym dzieciństwie, a o którym przypomnieli mi Zalewski z Sanah


    Kazimierz Przerwa-Tetmajer (1865-1940) był tak barwną postacią, iż krzywdzącym byłoby dla niego nazwanie go jedynie polskim poetą. Choć był jednym z najznakomitszych i najbardziej rozpoznawalnych postaci wśród twórców poezji Młodej Polski, był również znanym wówczas dziennikarzem oraz czynnym działaczem, zaangażowanym w sprawy kraju podczas I Wojny Światowej i w odradzającym się państwie po niej. Ale o tym raczej nie dowiecie się w szkole, pomimo faktu, że utwory Tetmajera są częścią obowiązkowej edukacji polonistycznej szkół średnich w Polsce. Czy nasi rodacy wiedzą więc, kim jest Tetmajer? Myślę, że tak i, że wielu z nich powiedziałoby "jakimś poetą". Ale! Po pierwsze nie "jakimś" a "wyjątkowo utalentowanym", a po drugie - nie tylko poetą. Z przyczyn technicznych, ja skupię się dziś na poezji Kazimierza Przerwy-Tetmajera, która od lat jest niezwykle bliska mojemu sercu. 

    W tym momencie chciałabym jednak przypomnieć, że krótka analiza wiersza "Eviva l'arte" nie jest oficjalną interpretacją utworu. Podobnie jak we wszystkich moich psotach, na read2sleep.pl przedstawiam jedynie swoją, subiektywną opinię na dany temat.

    Wiersz "Eviva l'arte!" Kazimierza Przerwy-Tetmajera zachwycił mnie na języku polskim w szkole średniej i zachwycał niezmiennie przez wiele, wiele lat. Gdy ktoś zapytał mnie o ulubionego, polskiego poetę odpowiadałam "Oczywiście Tetmajer!" Ale później życie zawróciło mnie z drogi czytania poezji (nie pisania!) i na wiele lat zapomniałam o istnieniu moich ulubionych twórców, również tych z epoki Młodej Polski. Aż do zeszłego roku, gdy przypadkiem usłyszałam w radiu duet polskich piosenkarzy -  Krzysztofa Zalewskiego i Sanah. Śpiewali oni właśnie utwór "Eviva l'arte!". 

    Wiedziałam, że Sanah wzięła się za śpiewanie polskiej poezji, ale po jej wykonaniu "Nic dwa razy" Szymborskiej, nie byłam ciekawa innych interpretacji. Zaskoczyła mnie więc, zaskoczyli mnie obydwoje z Zalewskim, bo piosenka z tekstem Tetmajera przypadła mi do gustu. Jest w interpretacji piosenkarzy dużo tego, co sama wyczuwam - pewna podniosłość, bunt oraz prostota przekazu. Z ciekawości spojrzałam również na teledysk i, moim zdaniem, także dobrze oddaje nastrój wiersza. Jestem naprawdę mile zaskoczona. 

    Ale wróćmy do źródła, czyli do samego utworu Tetmajera. Do analizy wiersza wykorzystałam publikację wolnelektury.pl. "Eviva l'arte!" można przeczytać -> TUTAJ.

       "Eviva l'arte!" to utwór o niezwykle podniosłym nastroju. Kazimierz Przerwa-Tetmajer pisze w nim o szerokorozumianych artystach, również o sobie. Pisze o tym, że bycie artystą nie zawsze oznacza dobrobyt, popularność czy łatwe życie. Często poetom oraz innym twórcom, towarzyszy bieda("My, którym często na chleb braknie suchy"), przeciwności losu, niezrozumienie ze strony ludzi. Poeta wspomina jednak, że duma artysty pozwala im przetrwać a talenty zesłał im sam Bóg. Dlatego też krzyczy "Niech żyje sztuka!" (wolne tłumaczenie słów "Eviva l'arte!"). 

    Tetmajer w "Eviva l'arte!" dotyka ważnego tematu, jakim jest chęć sławy za wszelką cenę("Sława nam słońcem, nam, królom bez ziemi!"). Można jednocześnie czytać między wierszami odrobinę ironii autora - "Cóż jest prócz sławy co warte?", pamiętając jednak, że jest tam też trochę prawdy ("gdy wszystko nic warte. Eviva l'arte!").

    Utwór "Eviva l'arte!" ma dla mnie osobiste, niezwykłe znaczenie. Przerwa-Tetmajer ukazuje w nim wyższość talentu nad chęcią gromadzenia bogactw. Wskazuje, że duma z własnej twórczości ważniejsza jest niż dobrobyt. Daje też nadzieję artystom, którzy pomimo prób twórczych wciąż nie znaleźli uznania. Według poety nie odbiera im to wartości. 

    Kto jeszcze nie zna lub zna słabo twórczość Kazimierza Przerwy-Tetmajera, zachęcam do poszukania jego utworów w Internecie czy też w bibliotekach i księgarniach. Tetmajer zasłynął swoim uwielbieniem do Tatr (nie tylko w poezji), ale również erotykami pełnymi niezwykłych treści. Ciekawy jest choćby utwór "Lubię, kiedy kobieta...", o którym może kiedyś jeszcze wspomnę coś na niniejszym blogu.

Tymczasem ściskam i pozdrawiam

Sil



środa, 14 stycznia 2026

Z szarego nieba

 

co jest takiego 
pomiędzy szarym lodem
a szarością nieba
że nie możemy patrzeć w oczy
czasem również szare


albo pomiędzy zielenią pleśni
na zapomnianych darach ciężko nabytych
nie soczystych i nie pachnących


albo pomiędzy zielenią świeżej trawy
mimo wszystko zdeptanej
bezmyślnie spalonej lub ściętej
zniszczonej

tym, co jest między jest człowiek
lecz nie przez wielkie C
zbyt wiele w nim bezmyślności
by zasłużyć na szacunek
z szarego nieba


Sil


poniedziałek, 12 stycznia 2026

Nad dzikim stawem, czyli zapraszam na kolejne mikro opowiadanie Silentii ;)


Nad dzikim stawem

Silentia


    Nie było tego wiele. Trochę ziaren, które Daniela zgarnęła z blatu po krojeniu chleba. Dosypała też odrobinę kaszy, która rozsypała jej się rano, gdy próbowała na szybko ugotować krupnik na najbliższe kilka dni i jeszcze trochę tego wszystkiego, co leżało w pudełku obok chlebaka - zbierała tam ziarna słonecznika oraz inne, które nadawały się, by zabrać je na codzienny spacer.        Szła zawsze, niezależnie od pogody. Co wieczór tuż przed snem. Musiała pomyśleć, poukładać sobie szarą rzeczywistość, a najlepiej myślało jej się podczas samotnej przechadzki. I miała szczęście, bo mieszkała w spokojnej okolicy na obrzeżach wielkiego miasta. Kameralny blok, w którym dwa lata wcześniej nabyła swoje pierwsze mieszkanie, położony był wśród drzew, zaraz za niewielkim osiedlem domków jednorodzinnych, pamiętających jeszcze czasy wojny. Tak się składało, że niedaleko był również dziki park z jeszcze bardziej dzikim stawem. Zbiornik miał maleńką wysepką po środku i upodobały ją sobie kaczki. Nosiła im więc ziarna, kaszę czy inne drobiazgi, które nadawały się do dokarmiania zwierząt. Teraz było to szczególnie ważne - była zima a kaczki z jej ulubionego miejsca nie odleciały. 

- One nie do końca są dzikie - wyjaśniła kiedyś starsza sąsiadka - Miały kiedyś dom. To stara rudera po drugiej stronie rzeczki. Kojarzysz stary mostek i zagajnik kilkaset metrów za osiedlem?

Kojarzyła. Bywała i tam na spacerach. Lecz te kaczki nie wyglądały na hodowlane a w ruderze, o której wspominała sąsiadka, od lat nikt nie mieszkał. Ale kto wie? Może było w tym ziarno prawdy, skoro kaczki nie odleciały do ciepłych krajów?

    Tego dnia jak zwykle wyszła przejść się przed snem. Myślała, żeby zabrać ze sobą latarkę, gdyż niebo było zachmurzone, jednak spadł śnieg i właściwie wystarczało jej tego światła, które odbijał. Zresztą drogę znała lepiej niż własną kieszeń i sądziła, że nawet w zupełnej ciemności trafiłaby na miejsce. Ubrała się więc ciepło, schowała płócienny woreczek z ziarnami do kieszeni płaszcza, a następnie ruszyła w swoją drogę.
    Na miejscu była już po kwadransie, ale od razu zrozumiała, że coś jest inaczej niż zwykle. Owszem, było cicho, jak zawsze, a kaczek nie było prawie słychać, czym się nie przejęła, bo ptaki nie nocowały po tej części stawu, tylko podpływały z wysepki ze środka zbiornika i to dopiero wtedy, gdy zauważyły, że sypie jedzenie przy brzegu. Bardziej zastanawiało ją, że teraz były rozproszone po całym stawie, trwając nieruchomo w przeręblach lub chodząc po lodzie. "Dziwne" - myślała, ale wysypała nazbierane ziarna i tak. Ptaki momentalnie zaczęły przemieszczać się w jej kierunku, lecz nim dotarły do brzegu, spłoszył się. To wtedy właśnie usłyszała siarczyste przekleństwo. I to nie obok czy zza pleców, lecz z samego środka jeziorka.

- Kto tam jest? - zawołała czując rosnący niepokój.
- Na pewno nie kaczka. Cholera! - odpowiedział jej męski głos - Masz tam jakąś latarkę?
- Nie wzięłam latarki. Kim jesteś i co tam robisz po ciemku?
- Pewnie nie uwierzysz, ale nie cieszy mnie to, że jest tu tak ciemno - usłyszała wściekły sarkazm -  A masz tam może chociaż telefon?
- Mam, ale...
- Zadzwoń do mnie na 564324553.
- Słucham?
- Cholera, kobieto! Utknąłem na kaczej wysepce montując kaczkom cholerne domki, żeby nie zmarzły im kupry i w zamian los postanowił, że moja latarka przestanie działać, a gdy zacząłem po omacku wracać na brzeg, bo oczywiście doznałem amnezji i zapomniałem, że latarka jest również w telefonie... jedno z tych wrednych ptaszysk postanowiło mnie dziobnąć w szyję, w efekcie czego upuściłem glupi telefon. Czy możesz, do cholery, zadzwonić do mnie i pomóc mi go znaleźć? Ślicznie proszę?

Zawahała się. A co jeśli to jakiś zboczeniec? Ale z drugiej strony... co by robił na tej wysepce wieczorem, w środku zimy...

- Dobrze, podaj jeszcze raz ten numer...
- 564324553. Masz?
- Tak, już dzwonię.

Przewróciła oczami, gdy gdzieś z zarośli doszedł ją dźwięk dzwonka z jakąś ciężką, rockową muzyką. "Kto w ogóle używa jeszcze dzwonków muzycznych?" - przeszło jej przez myśl.

- Dobra, mam. Dzięki. 

W oddali rozbłysło światło a wtedy coś sobie uświadomiła. Przecież telefon ma wbudowaną latarkę. Miała latarkę zawsze przy sobie, gdy szła na te kacze wyprawy... Wybrała odpowiednią aplikację i rozświetliła nieco okolicę dokładnie w momencie, gdy stanęła przed nią wysoka, męska sylwetka. Przystojna sylwetka, chciałoby się rzec...


- Cześć - mruknął właściciel sylwetki - Wracając do wcześniejszego pytania, jestem Darek. Dzięki za pomoc. 
- YY, cześć - udało jej się wykrztusić - Jestem Daniela... Hmm, czemu stawiałeś domki dla kaczek po ciemku? Czy gmina nie powinna robić tego w dzień?
- Gmina? Słonko, nie pracuję dla gminy. Na ostatnim spacerze z psem zobaczyłem, że te wredne ptaki nie mają gdzie zimować, a skoro nie odleciały postanowiłem je wesprzeć. Miały szczęście kacze dzioby, bo mam zakład stolarski. Tylko nie sądziłem, że będą takie niewdzięczne.
- Aha. 
- Dokładnie. Heh! Masz na imię Daniela? Serio?
- Tak. Co w tym niby dziwnego? - obruszyła się - I zaraz... Zakład stolarski? Ten dwie ulice dalej?
- Tak. Ten jeden jedyny w okolicy.
- Świetnie, więc te przeraźliwe dźwięki pseudo muzyczne, które się stamtąd wydobywają to twoja sprawka? - skrzyżowała ręce na piersiach - Nie może człowiek spokojnie przejść i pomyśleć. Dobrze, że nie masz zbyt blisko sąsiadów.
- Pseudo muzyczne? Przepraszam, ale to klasyka, złotko. I tak, najlepiej się przy tym rżnie... drewno.

Sama nie wiedziała, dlaczego jego dobór słów przywołał rumieniec na jej policzki, ale na wszelki wypadek wyłączyła latarkę i postanowiła się wreszcie pożegnać.

- Jak uważasz. Dzięki za pomoc kaczkom, ale muszę już iść. Dobranoc.
- Widziałem i tak - zaśmiał się.
- Co niby? - spojrzała na niego przez ramię.
- Rumieńce. A teraz chodź, odprowadzę cię. 
- Nie, nie trzeba. 
- Mam po drodze, więc możemy iść razem lub milczeć i udawać, że tego drugiego tu nie ma, jak wolisz.
- W porządku.

    Szli przez jakiś czas w milczeniu, które powinno stawać się irytujące, ale, o dziwo, nie było takie. Daniela ze zdziwieniem zauważyła, że towarzystwo nieznajomego z jakiegoś powodu jej nie przeszkadza. Czuła, że zerkał na nią od czasu do czasu i sama również nie pozostawała dłużna. Nie próbowali rozmawiać, choć nie miała wrażenia, że udają, iż tego drugiego tu nie ma. Miała wrażenie, jakby w ciszy rozkoszowali się tą nieoczekiwanie wspólną przechadzką, aż do momentu, gdy zatrzymali się nagle pod jej blokiem.

- Okej, dzięki za spacerek - wyszczerzył się do niej miejscowy stolarz, wielbiciel ciężkich dźwięków i rżnięcia... drewna.
- Nie ma sprawy - odpowiedziała drobnym uśmiechem, wahając się, czy nie zaprosić go na herbatę i wtedy ją olśniło - Ej! Skąd wiedziałeś, że tu mieszkam?
- To nie była trudna zagadka - przewrócił oczami - Codziennie wieczorem wychodzisz i wracasz z tej bramy.
- Skąd wiesz? - wybałuszał na niego oczy - Śledziłeś mnie czy coś?
- Nie popadaj w paranoję, sąsiadko. Wiem, bo chodzę o tej porze z psem na spacer. To, że ty masz wywalone na ludzi, których mijasz, nie oznacza, że nie zauważają cię inni.
- Aha. I nie mam wywalone. Po prostu wychodzę... pomyśleć.
- I nakarmić kaczki - uśmiechnął się, tym razem ładniej, spokojniej.
- I nakarmić kaczki - potwierdziła.

Stali jeszcze przez chwilę, a następnie mężczyzna skinął jej głową, pomachał krótko i odszedł szybkim krokiem. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że nie zaprosiła go na tę herbatę. A może powinna w imieniu kaczek ugościć go jakoś? Podziękować. A może przestać się oszukiwać i przyznać, że mężczyzna po prostu wzbudza w niej nieokreślone, dawno zapomniane uczucia? Może tęsknotę za spotkaniem z płcią przeciwną... Odczuła zawód, że nie zaproponował, iż spotkają się kiedyś na jakąś kawę, czy coś takiego. Nie była już najmłodsza, może więc czas takich zaproszeń po prostu dla niej minął? Wcześniej, czekała na ten moment świętego spokoju, ale teraz? 
    Z ciężkim westchnieniem, powoli weszła do bramy i dalej po schodach do swojego mieszkania na drugim piętrze. Za oknem znów zaczął padać śnieg. Wzięła prysznic, zrobiła sobie filiżankę gorącej herbaty i rozsiadła się pod kocem z jakąś zapomnianą książką. Jej telefon zadźwięczał sygnałem przychodzącej wiadomości, sięgnęła więc po niego bez większej ekscytacji. Kto niby mógłby pisać do niej o tej porze?

"A i dzięki za telefon. Teraz łatwiej będzie cię zaprosić na kawę, bo przynajmniej już zauważyłaś, że istnieję. Jutro, gdy usłyszysz szczekanie zatrzymaj się na chwilę. Przedstawię cię Rymkowi. Darek"

Więc to wielkie, puchate bydle, które szczeka na kilometr za każdym razem, gdy ona akurat wychodzi na spacer ma na imię Rymek. Ciekawe...




fot. Silentia




piątek, 9 stycznia 2026

Dążenie

 

    Nie do racji powinniśmy dążyć, nie do jej udowodnienia, lecz do zrozumienia, że nie ma prawd obiektywnych. Z różnych perspektyw możemy zobaczyć różną rzeczywistość. "Nigdy nie wiesz, w jakiej wojnie bierze udział drugi człowiek" a jednak chętnie rzucamy osądami. Bądźmy ostrożni, patrzmy sercem, ale podpierajmy się rozumem.


Ludzie nie są tylko dobrzy albo źli. 

Nasze poglądy nie są jedynymi słusznymi.

W mediach nie każda wiadomość jest oparta na faktach.

Bądźmy cierpliwi, wysłuchajmy obu stron.

Nie zawsze zdążymy powiedzieć "przepraszam", dlatego nie zwlekajmy. 

Nie koniecznie zdążymy załagodzić spór, zanim druga strona zniknie. Zanim zostanie zdjęcie w czarnej ramce i dom, w którym nigdy już nie rozbłyśnie światło.


Silentia


Najpopularniejsze posty :)