Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Refleksje na temat.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Refleksje na temat.... Pokaż wszystkie posty

środa, 30 września 2026

Dlaczego przestałam czytać powieści, czyli refleksyjny post na pożegnanie września

 

    Wspominałam nieraz o powodach, dla których ostatnio nie pojawiają się u mnie na blogu recenzje książek. A przynajmniej, dlaczego nie pojawiają się tak często jak kiedyś. Wszak read2sleep.pl powstał dlatego, że chciałam pisać o tym, co czytam przed spaniem... Postanowiłam, że na zakończenie września, wreszcie napiszę coś więcej na ten temat.

    Po pierwsze read2sleep.pl nie powstał jedynie po to, abym pisała o tym, co przeczytałam. To był tylko jego pierwszy etap. Drugim miało być zrównoważenie komentarzy o przeczytanych powieściach z "recenzjami" innych tekstów - np. artykułów, a także z moją drobną twórczością. Trzecim etapem zaś miało być przedstawianiem mnie, jako autorki. Oczywiście nie oznacza to, że od czasu do czasu nie będzie się tu pojawiać żadna opinia o książce itp., bardziej chodzi o to, na co na blogu stawiam obecnie nacisk.

    Po drugie - doba nie jest z gumy i musiałam sobie odpowiedzieć na podstawowe pytanie. Czy wolę czytać cudze książki, czy pisać własne. Czytając w takim tempie jak jeszcze kilka lat temu, nie byłabym w stanie pisać. Ponieważ na tę chwilę pisanie wciąż pozostaje w strefie mojego hobby a nie pracy, musiałam ograniczyć mocno hobby-czytanie, aby móc zająć się hobby-pisaniem. 

    Po trzecie i najważniejsze! Przewidywalność wynikająca z doświadczenia. Minusem czytania książek z jednego obszaru tematycznego (w moim przypadku romans obyczajowy) jest to, że po przeczytaniu ich kilkuset, a może nawet już po kilkudziesięciu, powieści przestają być czymś odkrywczym a zaczyna się z nich wyłaniać pewien schemat, który nagle może być zbyt męczący. Jasne, mamy podkategorie. Erotyk (w większości za erotykami nie przepadam), romans podróżny, druga szansa itp., ale po jakimś czasie i w podkategoriach przestajemy znajdować coś odkrywczego. Był taki moment, że biorąc do ręki powieść i czytając prolog czy też pierwszy rozdział, już wiedziałam jaki będzie przebieg fabuły. Zgadywałam zakończenia a nawet perypetie. Zdarzało się, że dobrnęłam do końca tylko po to, żeby sprawdzić, czy miałam rację i - uśmiejecie się - byłam zła, gdy miałam. Humor w komediach romantycznych przestał być lekką przyprawą dodającą smaku, a stawał się mdły. Dialogi między bohaterami stały się oklepane. Kryzysy przestały być naturalne a zaczęły irytujące. I w tym momencie uznałam, że pora na przerwę. 

    Początkowo próbowałam zmienić kategorię, np. wrócić do fantastyki, której sporo kiedyś czytywałam, ale i tu nie znalazłam niczego odkrywczego. Kryminałów, horrorów itp. szczerze nie znoszę. Książki o psychopatach napawają mnie lękiem. Szukałam wśród biografii, poezji, a nawet poradników. I wreszcie uznałam, że na razie mam dość.

    Obecnie to, co czytam, dotyczy wyłącznie wykształcenia, które zdobywam i... mojej własnej twórczości. I nie, nie mówię tu o jakichś narcystycznych powrotach do dawnych opowiadań czy książek. Teraz czytam po prostu teksty, w których pisania jestem trakcie, aby je udoskonalać, poprawiać, obrabiać. 

    Oczywiście nadal czytam, czy raczej staram się znaleźć czas na czytanie, artykuły w prasie, głównie internetowej. Czytam też posty na tematycznych grupach w mediach społecznościowych. Ba! Od czasu do czasu nawet coś skomentuję. Ale to tyle. Więcej nie wcisnę w te szesnaście godzin na dobę, podczas których mogę być w swoich soczewkach kontaktowych ;). 

    Niedawno wspomniałam, że chciałabym wrócić do takiego lekkiego, niezobowiązującego, spontanicznego pisania blogowych opowiadań. Chciałam zacząć już we wrześniu, ale nie zacznę. Nie dlatego, że nie mam czasu, choć mam go mało, ale bardziej dlatego, że obawiam się, że powrót do tego typu twórczości może pogorszyć wypracowany przeze mnie w ostatnich latach warsztat. Temat pozostawiam jednak otwarty i do rozważenia w przyszłości.

   

Ściskam i pozdrawiam

Sil


fot. Sil




sobota, 19 września 2026

Refleksja nad "prawdziwymi historiami" z mediów społecznościowych, czyli do zilustrowania pasuje tylko grzyb


    Pisałam w poście witającym wrzesień, że pewnie miesiąc ten będzie obfitował w refleksje, ale wiecie, czas nie jest z gumy, więc refleksje raczej się po prostu pojawiają od czasu do czasu... Postanowiłam jednak, że dziś faktycznie usiądę i zapiszę jedną z nich. Taką, która chodzi za mną już od jakiegoś czasu.

    Ludzie obecnie rzadko czytają blogi i wcale się temu nie dziwię. Na bloga, jak i na każdą inną stronę internetową, trzeba specjalnie wejść. Kliknąć w link, gdy jakiś post pojawi się w wyszukiwarce, gdy akurat na danym blogu jest post na temat, którego szukamy lub fizycznie należy wpisać adres w przeglądarkę, a to wymaga specjalnego wysiłku (nie, nie ironia). Blogi zostały więc zastąpione mediami społecznościowymi, które to większość użytkowników i tak przewija w każdej wolnej chwili. Jedni przeglądają Facebooka, inni Instagram. Popularne są podobno teraz jakieś... nagrania? na Tik Toku, ale ja nawet nie mam tej aplikacji, więc nie do końca ogarniam, co tam właściwie jest. Instagram i Facebook to i tak aż za dużo dla mnie. Na więcej nie mam czasu. Zajrzę czasem na Fb, na Insta też. Gdy potrzebuję - poszukam czegoś na YouTube. Tyle. I właśnie w momencie, w którym przeglądam wspomniane media w poszukiwaniu ciekawych informacji z mojego osiedla lub, gdy sprawdzam, co tam słychać u moich praktycznie niewidywanych już znajomych, jakiś facebookowy algorytm podpowiada mi posty z "prawdziwymi historiami". Raz czy dwa sprawdziłam, co to właściwie jest i teraz zastanawiam się, jak coś takiego może funkcjonować, zarabiać i jeszcze mieć fanów... 

    Po pierwsze, nie da się przeczytać całej historii/tekstu od razu. Można tylko fragment, a gdy coś się zaczyna wyjaśniać, są trzy kropki i informacja, że link do reszty historii znajduje się w pierwszym komentarzu pod postem. To już całkowicie przekreśla dla mnie formę, ponieważ nie zamierzam klikać w bliżej nieokreślone linki. W komentarzach użytkownicy narzekają, że po kliknięciu w odnośniki końca historii i tak często nie ma, ale za to jest ogrom reklam. Skoro tak jest, dlaczego ktoś w ogóle z tego korzysta? Czy za każdym razem dają się nabierać nowe osoby? Po drugie i najważniejsze, historie są schematyczne, pisane w taki sposób, żeby użytkownik wprost dostawał informację, kto tu jest dobry i skrzywdzony, a kogo trzeba nienawidzić. Zgroza. Po trzecie, najczęściej historie dotyczą konfliktu synowa-teściowa i albo jedna, albo druga pani jest po prostu diabłem wcielonym lub - drugi najczęstszy temat -  konfliktu matka a dorosłe dzieci. Komu ma służyć taka opowieść? Ma rzekomo uczyć stawiania granic, ale wg mnie uczy tylko ucieczki od problemów, ucinania kontaktów rodzinnych czy nienawiści. I jeszcze jedno - są portale, w których bohaterami, a raczej BOHATERKAMI, są tylko nasi rodacy, ale są również takie, które opowiadają historie z całego świata. I teraz, Moi Drodzy, te drugie teksty są po prostu translatorską porażką. Błędy, mylenie płci, imion itp. Tekst, choć wcale nie taki długi został po prostu wrzucony do translatora i absolutnie nikt nie zadaje sobie trudu, żeby go chociaż sprawdzić przed zamieszczeniem na Facebooku. Czynność, która zajęłaby pewnie tak z 5 minut nie jest w ogóle wykonywana. Zero poszanowania do Czytelników, czyli moje wielkie NIE. I jeszcze jedno, wszystkie panie "zastygają w bezruchu" i "zaciskają place na kubku kawy, aż pobieleją im knykcie". 

    Czy znajdę jakieś pozytywne strony tych krótkich opowiadań, które są podobno prawdziwe? Postaram się... Tak, czasem początek wydaje się ciekawy i widać potencjał. Prawdopodobnie, gdyby ktoś popracował nad tekstem, można byłoby stworzyć niezłą opowiastkę na kilka wolnych minut. Czasem są to obyczajówki, czasem jest wątek kryminalny. Pewnie dałoby się wyciągnąć więcej z danej historii, problem w tym, że nikomu się nie chce. Króluje więc bylejakość, schematyczność i granie na najprostszych emocjach. 

    I jeszcze jedno słowo do "prawdziwych" bohaterek tych opowieści. Zanim zaczniecie narzekać na wasze niewdzięczne, wyrodne dzieci, przypomnijcie sobie, że to wy je wychowałyście. Dzieci nie uczą się tylko z tego, co się im mówi, często uczą się po prostu obserwując. Jeśli nie stawia się im granic ani wymagań w dzieciństwie,  trudno oczekiwać tego w dorosłym życiu. Oczywiście, są wyjątki od reguły, ale to już refleksja na inny post.


Ściskam i pozdrawiam

Sil


fot. Sil




 

czwartek, 13 sierpnia 2026

Początkujący pisarz początkującemu pisarzowi wilkiem... i jeszcze ten krąg wzajemnej adroacji, który wszystko wie najlepiej...

 

Wkurzyłam się przed chwilą, wiecie? I już wyjaśniam dlaczego. Rzadko zaglądam na grupy tematyczne, chyba że chcę poszukać czegoś konkretnego jak informacja o redaktorach lub sprawdzić, czy powstały jakieś nowe, fajne wydawnictwa. Dziś zajrzałam trochę przypadkowo na fejsbukową grupę tematyczną dla początkujących pisarzy i znów zaskoczyło mnie, jak wiele jest jadu w ludziach. Nawet tych, którzy teoretycznie dzielą wspólną pasję. 

Kochani! Tak, wiem i pisałam o tym już wielokrotnie, że większość wydawnictw typu vanity działa na zasadzie oszustwa, mydlenia oczu, grania na emocjach debiutujących pisarzy. Wiem, że niejednokrotnie jest to po prostu kradzież w białych rękawiczek. Ale! Po pierwsze, nie zawsze, bo nie każde wydawnictwo vanity to zło w czystej postaci. Po drugie, jak ktoś pyta o konkretną firmę wydawniczą a w odpowiedzi dostaje mnóstwo informacji, że wydawanie w firmie wydawniczej za pieniądze to tylko łaskotanie ego a nie prawdziwe wydawanie, że tylko tradycyjne się liczą, a jak nie to lepiej nie wydawać. Że jeśli ktoś nie dostaje odpowiedzi od tradycyjnego wydawnictwa to jest po prostu beznadziejny i już.  Gdy czytam wiele innych "mądrości" życiowych to mnie po prostu skręca.

Dziewczyna, która zapytała o jedno z wydawnictw vanity nie pytała o to, czy potrafi pisać czy nie. Pytała, czy ktoś  ma doświadczenie z tą, konkretną firmą i czy jest to uczciwe wydawnictwo. Nie interesowały jej dobre rady, co ma zrobić z własnymi pieniędzmi ani, czy korona jej z głowy spadnie, gdy zdecyduje się na zakup usługi wydania książki. Nie pokazywała próbki swojej twórczości, by można było ocenić jej umiejętności. Zapytała tylko o to, czy ktoś już współpracował z daną firmą i czy można tej firmie zaufać. W zamian otrzymała informacje, że każdy kto wydaje za pieniądze jest beznadziejnym beztalenciem łaskoczącym swojego ego. A gdy ktoś napomknął, że wydanie w tradycyjnym wydawnictwie bez znajomości graniczy z cudem, pewna wszystkowiedząca użytkowniczka odpowiedziała, że "tak sobie tłumaczą ci, którym nikt nie odpowiada". Więc... cóż. Mam dość bliskiego znajomego w tradycyjnym wydawnictwie i jedno potwierdza, to nie tylko cud, ale jeszcze cud, który rzadko się zdarza. 

Inna sprawa to... Czas! Już milion razy o tym wspominałam. Tradycyjne wydawnictwa rozpatrują propozycję wydawniczą ( o ile w ogóle do niej zajrzą, bo jeden pan naczelny się chwalił podczas wywiadu, że najczęściej przenosi takie maile prosto do kosza...) dłużej niż wydawnictwa vanity wydają całą książkę. Jeśli pisarz ma już rynek zbytu, np. wie jak i gdzie będzie sprzedawał książki i ma grono zainteresowanych czytelników, czasami warto jednak zainwestować w ten czas. Uwaga! Jeśli pisarz nie ma żadnego pomysłu, co z daną książką zrobić po jej wydaniu to, cóż, odradzam wydawanie w większości wydawnictw vanity. Takie wydawnictwa przerzucają całą odpowiedzialność za marketing na pisarza, który może się na tym po prostu zupełnie nie znać i wtedy nie ma szans, aby książka się sprzedała.

Inna sprawa, o której ktoś również wspomniał w komentarzu. Wielu pisarzy zaczyna w vanity, a gdy już stają się troszkę rozpoznawalni to nagle się okazuje, że już nie są "tak beznadziejni", aby tradycyjne wydawnictwo ich dalej zbywało. To też o czymś świadczy.

I jeszcze jedno. Tak, jak wydawnictwom vanity nie zależy najczęściej na sprzedaży książki, bo zarabiają na tym, co płaci im autor, tak też wydawnictwom tradycyjnym nie zależy na rzetelnym przeglądaniu wszystkich propozycji wydawniczych. I wcale nie jest tajemnicą, dlaczego. Po prostu dostają tych propozycji zbyt wiele. 


Ściskam i pozdrawiam

Sil



poniedziałek, 13 lipca 2026

Dla kogo pisze Silentia, czyli zaczęłam się zastanawiać nad własną twórczością


    Pewna Pani Redaktor, zainteresowana wydaniem jednej z moich powieści, napisała mi kiedyś, że ma problem, aby przypisać dla mojej książki konkretną grupę docelową. Chodziło jej o przedział wiekowy potencjalnych czytelników. Napisała mi wówczas, że książka jest naprawdę interesująca, ale nie wie, komu ją właściwie zaproponować i ostatecznie nie podjęłyśmy współpracy. Pomyślałam wtedy, że przecież to oczywiste do kogo jest książka, ale gdy spróbowałam określić odpowiednią grupę wiekową, również miałam z tym kłopot. Dziś problem powrócił, gdy kolejna Pani Redaktor zadała mi podobne pytanie.  Niby określiłabym wiek potencjalnych czytelników na "młodych dorosłych", ale... No właśnie, ale. 

    Kiedy piszę książkę robię to tak naprawdę... dla siebie i ludzi podobnych do mnie. Piszę historie, które sama bym chciała przeczytać, ale jeszcze nie powstały. Problem w tym, że ja nie jestem standardowym czytelnikiem. Czasami przyjemność sprawi mi przeczytanie książki skierowanej do dzieci, czasami do młodzieży, młodych dorosłych, a czasami do ludzi w moim wieku. Ważne jest, co akurat w danym momencie chcę osiągnąć. Jeśli chcę sobie poprawić humor czymś miłym, ciekawym dobrze znanym, ale łagodnym, sięgam np. po "Hobbita", czyli książkę pisaną dla dzieci. Gdy potrzebuję relaksu przy romansie dla gospodyń domowych to po taką książkę sięgnę. A gdy chcę poczytać o młodzieży, biorę na tapet coś z kategorii "young adults". Gdy sama piszę - piszę konkretną historię bez określonej grupy docelowej. Często z fabułą bardzo rozłożoną w czasie. Moi bohaterowie są nieraz dziećmi, gdy zaczyna się powieść a dojrzałymi ludźmi, gdy się kończy. Do kogo wówczas zaadresować powieść? Do osób "pomiędzy"? ;) Tylko, że wówczas może się okazać, że żadna z grup czytelników nie będzie w pełni usatysfakcjonowana - późniejsze rozdziały mogą się nie nadawać dla dzieci, wcześniejsze będą nudzić dorosłych. Oczywiście nie oznacza to, że nigdy nie piszę książek, w krótszym przedziale czasowym i wówczas jest łatwiej. Wówczas najczęściej wiek grupy docelowej łatwo określić na podstawie podobieństwa do wieku bohaterów. Jeśli główna bohaterka przez całą książkę ma 10 lat to raczej będzie to książka dla dzieci w wieku 9-10 lat. Jeśli ma 25, to może nie dokładnie dla osób z ćwierć wieku na karku, ale raczej już dla tych 18+.

    Pisząc książkę dla siebie i ludzi mi podobnych utrudniam sobie zadanie z końcowym etapem powstawania książki, czyli z wybraniem grupy docelowej. Drodzy Czytelnicy, każde wydawnictwo Wam powie, że jeśli chcecie wydać książkę, musicie wiedzieć, dla kogo chcecie ją wydać i stwierdzenie "dla siebie" nie przejdzie. Musimy wiedzieć, czy napisaliśmy powieść dla dzieci, dla ludzi młodych czy może dla znużonych matek, które próbują znaleźć chwilę relaksu. Jeśli nie będziemy umieli określić grupy potencjalnych czytelników, niestety może się okazać, że nawet świetnej książki nie uda nam się wydać. 

   Takie oto chmury nachodzą nieraz na moje pisarskie niebo, co niniejszym obrazuję fotografią :)


fot. Sil


Ściskam i pozdrawiam

Silentia

poniedziałek, 11 maja 2026

Kupowanie a otrzymywanie książek w prezencie, czyli co wolę i dlaczego...

 

    Jak obecnie wybieram książki, które kupuję? Zacznę przewrotnie - nie wybieram. Niestety. Jak wiecie, bo pisałam o tym wielokrotnie, nie kupuję już papierowych książek - brak miejsca, brak czasu, brak możliwości ich przeczytania. Kupuję ebooki w aplikacji, ale ostatnio też coraz mniej. Brak czasu jest zdecydowanie największą przeszkodą dla mojego czytania. Czy więc nie czytam już w ogóle? Bo jeśli nie, do czego mi nadal blog read2sleep.pl? Ano czytam, Kochani, czytam! Tylko zupełnie inne rzeczy. Czytam tony materiałów psychologiczno-pedagogicznych, zwłaszcza tych o wsparciu uczniów. Jest tego taka masa, że często muszę rezygnować z czytania "dla relaksu", bo już po prostu oczy nie te... ;) I czytam też... przypadkowe książki, które otrzymuję w prezencie (czy może bardziej ich fragmenty), ale te rzadko nadają się na niniejszy blog. A teraz o tym, dlaczego.

    Kilka lat temu w pewnej części mojej rodziny nastało olśnienie. Ktoś w końcu odkrył, że ja nie tylko "mówię, że lubię czytać", ale "naprawdę lubię!" Przyjęto ten fakt ze zdziwieniem, jednak na tyle poważnie, że teraz na każdą możliwą okazję otrzymuję książki. I to koniec dobrych wieści... Niestety książki, które otrzymuję to w większości absolutnie nie takie, które lubię. Dostaję najczęściej dwa rodzaje lektur - "pożyteczne", oczywiście wg obdarowującego... oraz "modne". I nie wiem, czego nie znoszę bardziej :D. Co mam na myśli pisząc "pożyteczne"? Oczywiście wszelkiej maści poradniki, książki a la kucharskie itp. Co mam na myśli pisząc książki "modne"? Cóż, pojawił się teraz jakiś wysyp publikacji o wojnie, obozach koncentracyjnych, o okrutnej śmierci, wyzysku kobiet, niedoli kobiet, cierpieniu kobiet... Czy te książki uważam za złe? Nie, nie w tym rzecz. Problem jest inny. Ja znam tę tematykę. Wgłębiałam się swojego czasu w literaturę wojenną, "obozową" i nie tylko. Podobnie w literaturę o niedoli kobiet. W to ostatnie nie musiałam nawet się wgłębiać, ta wiedza goniła mnie i dościgała od najmłodszych lat. Czuję ból gnębionych, wiejskich dzieci, spracowanych chłopek i NIE CHCĘ O TYM CZYTAĆ DLA RELAKSU! To w ogóle nie jest dla mnie relaks. Relaks z książką to wg mnie coś dającego nadzieję, pokrzepiającego serce, coś z poczuciem humoru (byle nie prostackim). Może być książka przygodowa, a nawet literatura dla dzieci, jeśli jest wartościowa. Może być poezja, jeśli jest poezją, a nie napisanymi kilkoma bezsensownymi zdaniami na krzyż, którym to inni mają dorabiać sens. Nie lubię się bać, więc horrory też odpadają i też mnie nie relaksują. I zdecydowanie nie lubię dla relaksu czytać o cierpieniu innych. Gdzie więc widzę miejsce dla takiej literatury? Oprócz horrorów, dla których póki co nigdzie nie znalazłam miejsca... Dla literatury faktu widzę miejsce w strefie edukacyjnej - nie relaksacyjnej. Edukacja w szkole ponadpodstawowej, w podstawowej również, ale w delikatniejszym zakresie - to tu powinniśmy uczyć się o wojnie, obozach, wyzysku chłopów, kobiet, dzieci. Tu powinniśmy poznawać fakty historyczne, aby nie popełniać znów tych samych błędów i, aby docenić nasze obecne życie. Jeśli interesuje nas to i w późniejszym wieku, również nie widzę przeszkód, żeby kupować sobie tego typu książki. Jednak ja takiej literatury DLA RELAKSU czytać nie chcę. 

    Więc co chciałabym otrzymać, gdybym mogła sobie wybrać prezent książkowy? Romanse odpadają. Uwielbiam dobry romans, ale wolę wybrać go sama, bo "dobry romans" to rzecz gustu. Byłabym wdzięczna za każdą biografię o wielkich tego świata - o Marii Skłodowskiej-Curie (akurat mam, podaję dla przykładu), o klasykach sceny muzycznej (oprócz dzisiejszych piosenkarzy, którzy są bardziej celebrytami niż muzykami...) i inne podobne. Czego nie chcę dostawać w prezencie? Współczesnej poezji - nie rozumiem jej. Jeśli już poezja to antologie klasyków - np. Tetmajera, Staffa itp. Nie chcę otrzymywać książek kucharskich, poradników o szczęściu i odnoszeniu sukcesu. Nie lubię też poradników o wychowaniu dzieci. 

    A co bym obecnie kupiła, gdyby miało to sens? Na pewno kolejne odsłony "Wiedźmina" Sapkowskiego. Gdzieś tam mam w tyle głowy, że jest "Rozdroże kruków", którego jeszcze nie miałam w dłoniach. Tu - wyjątkowo - kupiłabym wersję papierową. Jeśli chodzi o ebooki to nadal króluje u mnie romans. Mam wielką ochotę na coś łatwego, zabawnego i przyjemnego. Coś może od Kendall Ryan lub Vi Keeland, o ile trafiłabym na coś w jej "starym" stylu. Z literatury polskiej może coś prostego od Grocholi? 

    Odpowiadając na pytanie z tytułu niniejszego posta, zdecydowanie wolę książki kupować sama niż otrzymywać w prezencie. A jakie jest Wasze zdanie na ten temat? Jaka jest najgorsza a jaka najlepsza książka, którą otrzymaliście w życiu?


Ściskam i pozdrawiam

Sil


fot. Sil


poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Ponieważ, dlatego... czyli niestety nie przeczytam najnowszej powieści Vi Keeland


    Dawno nie zapaliłam się do chęci przeczytania czegoś, tak jak dziś, gdy moja ulubiona aplikacja do zakupu i czytania książek podpowiedziała mi najnowszą powieść Vi Keeland. Moja radość jednak nie trwała długo, gdyż okazało się, że powiesci nie mogę  nabyć w języku oryginalnym, czyli angielskim. A teraz 3 powody, dla których wobec powyższego nie kupię ebooka. Nie podoba mi się, że polskie wydawnictwa (tu akurat Wydawnictwo Kobiece) chętniej wydają amerykańskie tłumaczenia powieści z gatunku romanse niż te napisane przez polskich pisarzy. Uważam, że każdy rodak ze średnio zaawansowanym angielskim jest w stanie przeczytać oryginał. Nie podoba mi się, że nie mogę kupić wersji oryginalnej (do tej pory zwykle mogłam). Jak będę chciała przeczytać coś po polsku to kupię książkę polskiego autora. I po trzecie, do zakupu jest również oferowana wersja w innym języku (Hiszpańskim? Nie jestem pewna) i w tym języku książkę można nabyć o połowę taniej. 
    Rynek książki w Polsce niestety naprawdę wymaga gruntownych zmian. Zmian idących z góry. Od promowania i godnego wynagradzania polskich autorów aż po ceny książek dla czytelników. 

    Na koniec mam apel do polskich wydawnictw. Przestańcie promować zagraniczną literaturę, wydawać amerykańskie pozycje w klimacie collegu, hokeja czy rugby. Wystarczy, że pełno jest tego w aplikacjach do czytania typu Galatea czy Chapters. Zacznijcie promować polskich pisarzy, piszących w polskich realiach. 

Zawiedziona dziś
Silentia


PrtSc by Sil




poniedziałek, 13 kwietnia 2026

To przedostatni raz, czyli refleksja o próżności wydawniczej w nieco kolokwialnym stylu

 

    Dziś na FB podpowiedziała mi się grupa, której nazwę muszę ocenzurować dla spokojności własnego sumienia, czyli "Literackie napie**alanie się maczetami".  Od razu podpowiedział mi się również najnowszy wpis tej grupy. Treść posta znajdziecie na zdjęciu poniżej i niestety jest ona dla mnie nie do przyjęcia z kilku powodów, o których wspomnę później. Przy okazji... jeszcze bardziej nie do przyjęcia są dla mnie komentarze obserwatorów. Zastanawiam się czasem, skąd w ludziach tyle jadu, ale tego nie zrozumiem chyba nigdy.

    Pisząc w telegraficznym skrócie, zarówno post jak i komentarze pod nim służą temu, aby ponaśmiewać się z pisarki, która żali się, iż zainwestowała spore pieniądze w wydanie książki w nietradycyjnym wydawnictwie a sprzedaż właściwie stoi w miejscu. W komentarzach można przeczytać, że osobom korzystającym z wydawnictw typu vanity powinno się odebrać prawa wyborcze... Można przeczytać też inne niefajne rzeczy. Jednak, przede wszystkim, obserwatorzy po prostu urządzają mało inteligentne śmiechy-chichy z autorki. A teraz słówko ode mnie...

    Pisałam o tym już wielokrotnie i napiszę ponownie. Wydawnictwa typu vanity będą w Polsce istnieć i będą miały się dobrze, dopóki nie zakaże ich prawo. A dlaczego? Ponieważ wydawnictwa tradycyjne są (nomen omen) zbyt próżne, aby potraktować poważnie i z szacunkiem debiutującego pisarza. I ostatnio doszłam do wniosku, że to nie usługowe, działające na granicy oszustwa (zaraz wyjaśnię, co mam na myśli) wydawnictwa powinno się określać mianem vanity (co w wolnym tłumaczeniu oznacza próżność), ale właśnie te tradycyjne. Dlaczego? Bo wydawnictwa tradycyjne są tak przekonane o własnej wspaniałości, nieomylności i bezkarności, że nawet nie próbują okazywać szacunku debiutantom. Dlatego też zawsze znajdą się ludzie, którzy po prostu się nie zgodzą na takie traktowanie i sięgną po milusią współpracę za jakieś tam, często niemałe i często długo ciułane, pieniądze.

    Co mam na myśli pisząc, ze wydawnictwa typu vanity działają często na granicy oszustwa? Cóż, te wydawnictwa na etapie pierwszego kontaktu z pisarzem są niezwykle uprzejme, ale bardzo małomówne. Np. bardzo mało mówią o tym, że niespecjalnie zależy im na tym, żeby książka się sprzedała, na czym - jak wiadomo - zależy autorom. Dlaczego wydawnictwom vanity nie zależy? Bo ich głównym zarobkiem jest zapłata od pisarza, z którym podejmą współpracę. Wydawnictwa tego typu często wprowadzają debiutantów w błąd. Na etapie przed podpisaniem umowy zapewniają, że książka może się sprzedać w tysiącach egzemplarzy. Zapominają jednak dodać, że żeby tak się stało, należałoby zainwestować tysiące złotych w działania marketingowe i, że tym się akurat nie zajmują. To wychodzi w praniu... Gdy autor ma jakieś uwagi, że wydawnictwo nie podejmuje działań w kierunku polepszenia sprzedaży, dowiaduje się, że przecież o takich działaniach w umowie nic nie było... I faktycznie, zwykle nie ma. Są tylko zapewnienia ustne, przypuszczenia, przykłady. Kochani, wydawnictwa typu vanity wiedzą, co robią. Nie robię tego od wczoraj.

    A jednak ja będę bronić debiutujących autorów i tego, że z wydawnictw typu vanity korzystają. Bo dlaczego z nich korzystają? Po pierwsze dlatego, że nie bardzo mają wyjście. Ktoś napisał, że zostaje selfpublishing, ale moi drodzy - redakcja, korekta, skład... to też wymaga nakładów finansowych i jeszcze wiedzy, kontaktów. Może wyjdzie taniej, gdy zajmiemy się sami wszystkim, ale... czy pisząc książki automatycznie musimy mieć czas na zaplecze techniczne? Czy musimy mieć fachową techniczną wiedzę, jak wydać książę? Czy myślicie, że te usługi są za darmo? Wyliczyłam, że za samą redakcję i korektę mojej książki na wolnym rynku musiałabym zapłacić połowę kwoty, którą wyliczyło dla mnie wydawnictwo typu vanity za wydanie całości razem z ebookiem i jakimś tam drukiem. Połowę za tylko te dwa składniki... 

    Po drugie: wysyłamy, czasem dzwonimy do wydawnictw tradycyjnych w sprawie naszych tekstów. Jeśli nie jesteśmy Mrozem, Tokarczku itp. w najlepszym wypadku każą nam czekać na ewentualną odpowiedź. W najgorszym i najczęstszym w ogóle nas zignorują. Nie znając nawet naszego dzieła i nie wiedząc, co sobą reprezentuje, często potraktują nas jak domokrążcę, który próbuje wcisnąć pastę do zębów przypadkowym mieszkańcom bloku. Ba! Niedawno jeden redaktor ze znanego wydawnictwa chwalił się, że on niektóre propozycje wydawnicze bez czytania przenosi do kosza, bo nie ma na nie czasu. A ludzie dziwią się, że początkujący pisarz ostatecznie nawiąże współpracę z wydawnictwem typu vanity, które nie tylko materiał odbierze, przeczyta i często pochwali, ale również - o zgrozo! - uśmiechnie się przy tym. Nie spuści naszego nieraz latami pisanego dzieła do mailowej toalety, nie będzie chwaliło się w Internecie, że tak robi...

    Piszą "w Internetach", że w dzisiejszych czasach najpierw trzeba wypromować autora a później dzieło. A co z ludźmi, którzy nie chcą się promować? Którzy sądzą, że dzieło to dzieło a ich życie to ich życie? Dlaczego trzeba dążyć do bycia celebrytą ponad bycie pisarzem? Ja tego nie chcę, ja się na to nie godzę i sądzę, że są osoby, które mają podobne zdanie. I niestety, dla takich osób wydawnictwa tradycyjne również się po prostu nie sprawdzą. Wydawnictwo vanity zrobi tylko to, za co autor zapłaci. Nie zapłaci za autoprezentację na okładce? To jej nie będzie. Nie jestem pewna, czy tak łatwo byłoby się odciąć od książki w wydawnictwie tradycyjnym. Może tak... Może nie...

    Po trzecie... Są w Polsce ludzie, którzy sądzą, że wszystko zrobione "prywatnie" czy też "odpłatnie" będzie lepszej jakości. Od edukacji i służby zdrowia po wydawanie książek. I wiecie co? Takie osoby będą wolały odłożyć pieniądze i wydać swoje ukochane dzieło u "prywaciarza".  Po prostu. 

    Kolejna sprawa to terminy. Przeczytałam niedawno artykuł, że jakieś tam wydawnictwo ma już plany wydawnicze na 2028 czy 2029 rok... Nie każdy chce tyle czekać na swoją kolej. Wydawnictwa typu vanity proponują wydanie książki w 3-4 miesiące... 

    I ostatnia sprawa, o której również już kiedyś wspominałam na read2sleep.pl. Są wydawnictwa, które za pieniądze wydadzą po prostu wszystko. No prawie wszystko, bo nie chcą też narobić sobie kłopotów, gdyby dzieło było szczególnie kontrowersyjne. Wydadzą również tekst z błędami, jeśli autor odrzuci poprawki redaktora. Znam jednego wydawcę tradycyjnego, który wydaje bardzo konkretne książki - naukowe oraz podróżnicze. Powiedział mi kiedyś, że ma mnóstwo rozgrzebanych projektów, bo autorzy kłócą się z redaktorami całymi latami a on z błędami nie wyda i już. Czasami autorzy nie godzą się na żadne zmiany w swoich tekstach uważając, że jest idealnie jak jest. Wtedy zostają im tylko wydawnictwa typu vanity. 


Ściskam i pozdrawiam 

Sil


fot. Sil


   

piątek, 20 marca 2026

Nierecenzja "Niesamowitych przygód dziesięciu skarpetek", czyli dlaczego nie można ufać polonistom ;)

 

    Sporo ostatnimi czasy refleksji na read2sleep.pl, ale mam nadzieję, że są one chociaż odrobinę ciekawe dla Czytelników. Przynajmniej dziś w tle znalazła się pewna książka, dla dzieci, bo dla dzieci, ale jednak. "Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek" Justyny Bednarek nie będą tematem przewodnim niniejszego tekstu, dlatego nie umieściłam go wśród "recenzji", ale ze dwa słowa na temat tej pozycji również napiszę. Zacznę od końca.

    "Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek" Justyny Bednarek niespecjalnie przypadły mi do gustu i dlatego właśnie nie napiszę ich recenzji. Rozumiem, że mogą się podobać dzieciom, jak również rozumiem, skąd zachwyt niektórych osób. Jednak do mnie ta szkolna lektura nie przemówiła. Jak pamiętacie, na read2sleep.pl nie umieszczam (z niewieloma wyjątkami) recenzji książek, które mi się nie podobały. Do "Skarpetek" mam stosunek neutralny, jednak ponieważ jest to książka dla dzieci, nie widzę powodu, dla którego miałyby się tu znaleźć. Wyjątki robię tylko dla tych historii dla małych czytelników, które szczególnie czymś mnie ujmą. Tymczasem "Niesamowite przygody" to po prostu bajeczki, jak tysiące innych. Ładne? Ładne. Ładnie wydane? Tak, ładnie. Podobają się dzieciom? Tak. Spójne? Spójne. Wesołe? Wesołe. Mądre? Trudno powiedzieć... Coś wniosą w życie czytelników? Niewiele. Warto kupić dla dzieci? Na pewno nie będę zakupu odradzać.

    A teraz, po malutkiej dygresji, przejdźmy do właściwej tematyki niniejszej refleksji, czyli dlaczego po przeczytaniu "Niesamowitych przygód dziesięciu skarpetek" uznałam, że nie można ufać polonistom. 😉 Otóż czytam sobie i czytam aż tu nagle wyskakuje na mnie "Ech!". Patrzę i myślę sobie. "Ech"? W tak dobrze zredagowanej książce? Przecież piszemy "Eh!" Wchodzę sobie w słowniki internetowe i widzę - okej, nie jest tak źle - obie formy są poprawne. I tu mała konsternacja. Dlaczego? Gdyż pamiętam, jakby to było wczoraj, że napisałam kiedyś wypracowanie z języka polskiego, gdzie użyłam zapisu "Ech!" Zostało mi ów słowo podkreślone jako błąd a pani polonistka wyjaśniła to w sposób następujący: "Ech" to liczba mnoga od słowa "echo". Jeśli chcesz napisać westchnienie, to wówczas piszemy przez samo "h". Kochani, przez ćwierć wieku gorliwie stosowałam się do tej zasady a nawet uśmiechałam się z politowaniem, gdy widziałam zapis "ech", bo to przecież liczba mnoga od "echo". I tu nagle taki ZONK (wybaczcie kolokwializm). 😝Nie tylko obie formy są dopuszczalne, ale nawet poczytałam w uzasadnieniach, że niektórzy poloniści uważają, iż lepiej używać wersji przez "ch". I jak ja teraz mam się oduczyć pisania przez samo "h"? I jak mam zrezygnować z tego uśmieszku z politowaniem, gdy widzę ten wyraz pisany przez "ch"? 😉 I jak mam dalej ufać polonistom? 😉

    Była to taka troszkę anegdotka z mojego życia, ale jednak skłoniła mnie również do refleksji. Zastanawiam się, ile jeszcze w moim słowniku znajduje się podobnych nieprawidłowości i czy kiedykolwiek wszystkie zdołam odnaleźć.


Ściskam i pozdrawiam

Sil


fot. Sil
Kadr z książki Justyny Bednarek
"Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek"


    

wtorek, 17 marca 2026

Przestałam lubić zagraniczną literaturę, czyli przewrotna refleksja na dziś...

 

    Jeżeli ktoś sięgnie po moje starsze posty na read2sleep.pl, a przynajmniej te dotyczące literatury zagranicznej, zauważy pewnie, że czasem pisałam w nich, iż "wadą" jakiejś tam książki jest brak jej tłumaczenia na język polski. Tak, naprawdę myślałam tak w momencie zakładania niniejszego bloga i jeszcze długo później. Ale już tak nie uważam. Obecnie coraz bardziej drażni mnie ogrom wydawania przekładów anglojęzycznej literatury na mój ojczysty język. I nie chodzi wcale o to, że sporo tych tłumaczeń pozostawia wiele do życzenia, bo niektóre z nich są majstersztykiem i naprawdę nie ma się do czego przyczepić. Bardziej chodzi o to, że w Polsce już od przedszkola powszechna jest nauka języka angielskiego, naukę kontynuuje się przez szkołę podstawową a następnie średnią. Znajomości angielskiego wymaga się również na studiach, na które tak chętnie uczęszczają młodzi rodacy. Pytam więc, dlaczego polscy wydawcy w tak ogromnej masie marnują środki i zamiast promować polskich autorów, zamiast inwestować w polskich debiutantów, skupiają się na przekładach literatury obcej? Sama nie czytam już tłumaczeń. Czytam WYŁĄCZNIE angielskie oryginały albo oczywiście literaturę polską. I nie, moja znajomość języka angielskiego nie jest rewelacyjna. Jest... przeciętna.

    Był czas, gdy nie wyobrażałam sobie czytania po angielsku, aż pewnego dnia zdarzyło się tak, że książka, którą bardzo chciałam przeczytać, nie miała przekładu. Spróbowałam zgłębić oryginał i okazało się, że nie tylko jestem w stanie zrozumieć kontekst, ale z każdą kolejną stroną rozumiem więcej i więcej. Teraz nie wyobrażam sobie, żebym sięgnęła po tłumaczenie zamiast oryginalnej powieści.

    Nie zrozumcie mnie źle, są dzieła, które wg mnie powinny być tłumaczone - wyjątkowo ważna literatura naukowa, dzieła o światowej wartości (np. dzieła noblistów) oraz inne pozycje książkowe o ponadprzeciętnych walorach. Ale jest we mnie pewien bunt, gdy w księgarniach, w mediach społecznościowych i na reklamach znanych, polskich wydawnictw widzę wciąż i wciąż przekłady amerykańskich i angielskich powieści, które tak naprawdę większość rodaków po edukacji obowiązkowej powinna być w stanie przeczytać w oryginale. W tym samym czasie młodzi, polscy pisarze muszą kombinować, jak zainteresować wydawcę swoim dziełem, żeby nie trafiło do kosza jeszcze przed przeczytaniem przez redaktora lub, jak skombinować pieniądze na wydanie książki jako self-publisher.

    Kochani, ten krótki post, jak wspominałam w tytule, jest nieco przewrotny. Napisałam go głównie po to, aby skłonić do refleksji. W Polsce od dawna mówi się o tym, że rynek książki wymaga zmian. Może te zmiany należałoby zacząć od doinwestowania polskich autorów?


Ściskam i pozdrawiam

Sil


poniedziałek, 16 marca 2026

W poszukiwaniu inspiracji..., czyli dlaczego przeszukuję grupy czytelnicze w mediach społecznościowych

 

    Jest pewien stereotyp w naszym społeczeństwie. Tak, ludzie kochają stereotypy i nie ma w tym nic aż tak złego, jak się wydaje. Po prostu życie stałoby się bardzo skomplikowane, gdybyśmy zawsze analizowali od podstaw każdy przypadek, który stanie na naszej drodze. Nasz mózg wypracował więc uproszczenia, ale, niestety, nie zawsze są one trafne. Tym razem przedstawię krótko swoje przemyślenia na temat stereotypów czytelniczych.

    Przeglądając grupy szerokorozumianych fanów literatury w mediach społecznościowych, szukałam inspiracji. Od pewnego czasu mam problem, aby znaleźć powieść, która naprawdę mnie wciągnie, zainteresuje i coś wniesie w moje życie. Książki zaczęły mi się zlewać w jedno, pomyślałam więc, że zobaczę, co teraz czytają inni. I tak, znalazłam to, co czytają, albo przynajmniej, co polecają do czytania. Są to kryminały, książki o psychopatach, poradniki wszelkiego kształtu i rozmiaru, których przeczytanie ma zapewnić ludzkości niekończące się szczęście a do tego ciężka literatura faktu - obozy koncentracyjne, opowieści o tragicznych żywotach naszych przodków. I uwaga, bo to zaskoczyło mnie najbardziej, jeśli polecane są powieści romantyczne to tylko te nieszczęśliwe, bo te z szczęśliwym zakończeniem są, jak ktoś się wyraził, dla - wybaczcie, zapomniałam określenia, ale było ono bardzo pejoratywne - tępych, niedorozwiniętych(??) gospodyń domowych. Wspaniale, czyli rozumiem, że jeżeli chcę się poczuć wartościową osobą to powinnam czytać tylko książki, które ociekają krwią, przemocą lub kończą się jakąś katastrofą. Zgroza. Co więcej, niedawno znajoma zaproponowała mi, żebym może też napisała coś smutnego, bo ludzie kochają smutne zakończenia...

     W ten sposób zamiast inspiracji odnalazłam odrobinę frustracji. Nie będę czytać książek o fikcyjnych tragediach, gdyż zbyt wiele jest ich w prawdziwym życiu. Dawno temu przebrnęłam również przez literaturę poświęconą cierpieniu w czasach II Wojny Światowej - "Inny Świat" Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, "Opowiadania" Borowskiego i wiele innych. Nie będę po raz kolejny czytać o obozach koncentracyjnych, bo jest to dla mnie po prostu zbyt wyniszczające. Poradniki pisane przez instragramowych, samozwańczych guru również do mnie nie przemawiają. A romanse? Wiem, że nie zawsze w życiu układa się wszystko po naszej myśli i akceptuję książki, w których czytam o prawdziwych, ciężkich problemach. Ale ja od książek oczekuję relaksu, odpoczynku, światła i odrobiny nadziei a nie utwierdzenia się w przekonaniu, że nawet największa miłość jest skazana na porażkę. Nie sądzę, żeby czyniło mnie to "tępą gospodynią domową", jak ktoś był uprzejmy się wyrazić. I myślę, że literatura "ku pokrzepieniu serc" jest równie albo i bardziej wartościowa jak ta serca łamiąca.

    W ten sposób, póki co, inspiracji nie odnalazłam. Chyba będę musiała wrócić do poszukiwania na własną rękę. Kto wie, może wybiorę się na wycieczkę do większej księgarni i zobaczę, co teraz jest na półkach? 

    Wkrótce będę miała dla Was tekst o pewnej zapomnianej przeze mnie książce. Nie jest to nowość, ale jest to coś, co na pewno warto poznać. 


Ściskam i pozdrawiam

Sil


poniedziałek, 9 marca 2026

Rozterki pisarki, czyli jak tu nie porównywać się z innymi...

 

    Widzę nieraz na wystawie księgarni jakąś książkę z tak niesamowitą okładką, że chociaż od dawna czytam jedynie ebooki w telefonie, muszę wejść do środka i obejrzeć dzieło. Niestety, jak się okazuje, często wspaniała oprawa nie idzie w parze z interesującym mnie blurbem. Czasem zastanawiam się jeszcze chwilę, czy mam wśród krewnych i znajomych kogoś, kto byłby zainteresowany takim a nie innym dziełem i, jeśli mam, kupuję na prezent. Ale częściej jest tak, że uświadamiam sobie, że właściwie nie mam komu sprezentować książki o takiej tematyce i po prostu wychodzę, by znów gonić za swoimi sprawami.

    Tytuł dzisiejszego psota "rozterki pisarki" dotyczy jednak czegoś trochę innego. Tak, widząc piękne okładki jestem nieraz trochę zazdrosna, że żadna z moich następnych powieści nie będzie mogła już tak wyglądać ;), ale częściej zastanawia mnie coś innego. Co jest w danych pozycjach, że stają się bestselerami? Co jest w nich takiego, że wydawnictwa przyjmują je do siebie, wydają tak pięknie, promują... Owszem, czasem jest to sama treść. Czytam jakąś powieść i myślę "Ja nie napiszę nigdy nic aż tak dobrego, może dać sobie spokój z pisaniem?" a później trafiam na jakiś bestseler, czytam i myślę "Co za gniot, moja twórczość przy tym to majstersztyk. Jak ktoś to w ogóle mógł wypuścić na rynek?". Więc to chyba nie to... Może to kwestia słynnego "tego czegoś". Ludzie dobierają się w pary mówiąc "było w niej/w nim to coś". Może tak jest i z książkami? Czytamy, innym się nie podobają, ale my widzimy  w nich "to coś". Lub wręcz przeciwnie - inni pieją z zachwytu nad jakimś dziełem, a my nie umiemy zrozumieć, dlaczego?

    Elementów układanki jest pewnie więcej. Czytałam wiele artykułów na temat tego, że w dzisiejszych czasach bardziej sprzedaje się autora książki i ideę książki niż samą książkę. Tu mam w takim razie pod górkę, gdyż bardzo chciałabym oddzielić swoją osobę od tego, co piszę. Książki, które tworzę to są takie, które sama chciałabym przeczytać, a nie takie, którymi chciałabym zdobyć sławę. Pisałam wielokrotnie, że  najchętniej sprawiłabym po prostu, by moje powieści stały się jakby łącznikiem między mną a osobami, które są do mnie podobne, żyją podobnie, lubią podobne historie. Tymczasem, poznając inne dzieła, mam często wrażenie, że są one tworzone głównie po to, by stać się dla ludzi czymś więcej. Ja niekoniecznie chcę, żeby moje książki były dodatkiem do życia. Chcę, żeby stały się jego częścią. Chwilą relaksu w autobusie po pracy. Odrobiną odpoczynku od dzieci i obowiązków domowych, gdy możemy wreszcie po zmroku usiąść z filiżanką herbaty. To tam właśnie widzę swoje opowieści - jako jeden ze składników codzienności.

    Na co dzień staram się nie porównywać z innymi. Tak w życiu, jak i w pisaniu. Nie jest to łatwe, gdyż, jak wielu z nas, od dzieciństwa porównywano mnie niemal bez przerwy "Zobacz, jaka tamta dziewczynka jest grzeczna!" - mówiła mama. "A Dorota to mogła jakoś dostać piątkę..." - słyszałam za każdym razem, gdy ocena w szkole nie była najwyższa. Na studiach, w pracy, w korporacji, w domu. Potrzebowałam lat, by nauczyć się, że z tego porównywania nic dobrego dla mnie nie przyjdzie. A jednak wciąż, gdy przeczytam książkę, która wyjątkowo do mnie przemówi myślę "Jest w tym coś więcej". Lecz choć czasem mam chwile zwątpienia i czasem myślę, żeby może już dać sobie spokój - nie mogę. Ponieważ pisanie, tworzenie historii, poezji, kreowanie bohaterów... Jest to po prostu część mnie.


Ściskam i pozdrawiam

Silentia


fot. Silentia


    

sobota, 7 marca 2026

"Frajerka z ciebie", czyli dlaczego wolę kupić książkę niż wypożyczyć ją z biblioteki

 

    Któregoś razu kupiłam znajomemu książkę na urodziny. Ładną, dobrze wydaną i oczywiście autora, o którym wiedziałam, że jest ulubionym pisarzem mojego kolegi. Znajomy niby się ucieszył, ale nagle powiedział do mnie, że właściwie nie rozumie, po co marnować pieniądze na książki, skoro istnieją biblioteki. Zdziwiłam się takim podejściem. Zapytałam, czy w bibliotekach są wszystkie te książki, które chce przeczytać. Odpowiedział mi, że nie, ale jest wystarczająco dużo, żeby miał co czytać bez marnowania pieniędzy. Po krótkiej wymianie opinii powiedziałam, że ja i tak wolę kupować książki, aby wspierać ich autorów. Mój kolega roześmiał się i z politowaniem zauważył, że frajerka ze mnie i, że żaden z tych pisarzy nie myśli o mnie i o tym, czy mam za co kupić książkę. Wtedy, jako młoda dziewczyna pomyślałam "może ma rację?" Jakie miało znaczenie to, że od czasu do czasu wydaję pieniądze na książki. Wyobrażałam sobie wówczas pisarzy jako celebrytów, którym niczego w życiu nie brakuje. Ale dziś, gdy jestem już dojrzałą kobietą czuję, że w tej dyskusji racja była jednak po mojej stronie. Dlaczego? Bo ilu pisarzy stać byłoby na to, żeby pisać i wydawać książki, gdyby ich praca nie byłaby opłacana? Ile książek by powstało, gdyby pisarz, oprócz zajmowaniem się tworzeniem nowego dzieła, musiał iść do innej pracy, żeby zarobić na chleb? Są ludzie, jak np. ja, którzy będą pisać i wydawać bez względu na to, czy ktoś tę książkę kupi czy nie, bo jest to dla nas po prostu hobby lub coś, bez czego nie możemy żyć. Ale są również utalentowane osoby, które nie zgodzą się na to, by wykonywać wyczerpującą pracę od poniedziałku do piątku a później jeszcze, zmęczeni, mieliby pracować weekendami nad dziełem, którego być może i tak nikt nie doceni. 

    Praca nad książką nie jest bezwysiłkowa. Wymaga skupienia, wymaga czasu na samo, fizyczne napisanie. Wymaga dogłębnego przemyślenia wszystkich szczegółów, połączenia wątków, wykreowania postaci. To nie jest tak, że sam pomysł na książkę zaraz zaowocuje gotowym tekstem. Żeby wszystko spiąć potrzeba tygodni, miesięcy a nawet lat. Wiedziałam to już wcześniej, zanim sama zaczęłam pisać i pewnie dlatego nie wyobrażałam sobie, żeby nie kupić książki, za powstanie której jestem po prostu wdzięczna.

    Kochani, nie zrozumcie mnie źle! Uwielbiam biblioteki. Naprawdę je uwielbiam, gdyż w bibliotece się praktycznie wychowałam. Moja mama była kustoszem w jednej z wrocławskich bibliotek i spędzałam u niej sporo czasu - po szkole czy zamiast przedszkola, gdy gorzej się czułam. Jeszcze zanim dobrze zaczęłam czytać, wiedziałam co to jest karta biblioteczna, katalogi, czytelnia. Mając kilka latek wiedziałam, że w bibliotece należy zachować ciszę, że książki się kataloguje. Ale widywałam również, jak mama buszuje po księgarniach, aby wciąż rozwijać zbiory. Mówiła mi nieraz, że ta pozycja jest szczególnie wartościowa i pomyśli też o zakupie do nas, do domu. Wspominała o pięknym wydaniu, ale też o pisarzach, ile pracy ich kosztowało to, aby książka powstała. Może dlatego wyrosłam z przekonaniem, że należy okazywać wsparcie autorom poprzez zakup ich dzieł. Nie oznacza to, że dokładnie wszystko trzeba mieć na własność, jednak można pomyśleć np. o zakupie tych książek, które są dla nas naprawdę wartościowe. Nie wydaje mi się to "frajerstwem" i "marnowaniem pieniędzy", jak kiedyś przekonywał mnie znajomy. Wydaje mi się to po prostu wyrażeniem szacunku wobec kogoś, kto stworzył coś, co jest dla mnie ważne. To, co jest ważne mniej, można wypożyczyć z biblioteki ;). 


Ściskam i pozdrawiam

Silentia


fot. Silentia


wtorek, 25 listopada 2025

Wspomnienie ze szkolnych lat, czyli dlaczego uważam, że szkolne konkursy literackie bywają bezsensowne

 

    Gdy miałam dwanaście lat, wzięłam udział w szkolnym konkursie literackim. Był to trochę inny konkurs niż byłam przyzwyczajona, gdyż zamiast napisać tekst w domu i go oddać do oceny, zostałam zamknięta wraz z kilkunastoma osobami w sali na dwie godziny lekcyjne i tam musiałam napisać wypracowanie. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałam, ale później przyszło mi do głowy, że już sama forma była bez sensu. Nie tylko dla dyslektyka i dysortografa, którym jestem, ale również dla "zdrowych" uczniów. A dlaczego tak myślę? Bo to nie był egzamin! To nie był nawet konkurs polonistyczny! To był konkurs dla dzieciaków, które lubiły pisać! Ale od początku...

    Temat wypracowania, które mieliśmy napisać zamknięci w klasie na 90 minut brzmiał: "Książka, która zmieniła moje życie". Jedyny temat,  bez możliwości wyboru. Dramat! Przecież nie każdy, kto ma talent pisarski, lubi czytać książki. Zresztą nawet, jeżeli naprawdę lubi, niekoniecznie mógł natrafić na książkę, która zmieniła jego życie w jakikolwiek sposób. Ja do dziś na taką książkę nie trafiłam... Podeszłam więc do tematu kreatywnie i, ponieważ miałam już za sobą kilka pseudoliterackich prób, opisałam "książkę", którą sama napisałam. Było to raczej opowiadanie niż książka, ale dla dwunastoletniej mnie była to książka. Pisałam ją odręcznie w grubym zeszycie a moja polonistka, która się z nią zapoznała, napisała do mnie bardzo miłą notatkę. Ta "książka" wraz z notatką od nauczycielki w pewnym sensie naprawdę zmieniły moje życie, bo uznałam, że pisanie jest jedną z tych rzeczy, które kiedyś będę chciała robić. Jednak moje wypracowanie konkursowe zostało przyjęte bardzo źle. Nauczyciele oceniający napisali w uzasadnieniu, że tylko cudza książka może zmienić życie a nie własna, więc moje wypracowanie napisane konkursowe jest nie na temat. Nie wiem, czy po tych kilkudziesięciu latach, które minęły, bardziej szokuje mnie dziwna formuła konkursu literackiego, czyli zamknięcie kilkunastu osób w sali na 90 minut, mało sensowny temat czy tak schematyczna i zamknięta opinia jurorów. Również brak wzięcia pod uwagę mojej dysleksji był dla mnie szokujący. Nauczycielka pilnująca uczestników uznała, że konkurs nie jest obowiązkowy, więc nie widzi powodu, dla którego miałaby mi dawać specjalne warunki. A teraz najciekawsze! Tym specjalnym warunkiem z mojej opinii, tym jedynym, na którym mi zależało, było... wydłużenie czasu na pisanie, abym mogła dokonać autokorekty. Nie pozwolono mi na to, gdyż wg pani pilnującej, byłoby to niesprawiedliwe wobec innych uczestników. Bardzo ciekawe, zwłaszcza, że byłam jedynym dzieckiem SPE (specjalne potrzeby edukacyjne) wśród konkursowiczów. 

    A teraz dlaczego uważam, że tego typu szkolne konkursy literackie bywają pozbawione sensu. Przede wszystkim warto zapamiętać, że szkolny konkurs to nie egzamin ósmoklasisty. Nie jest obowiązkowy i powinno się docenić uczniów, którzy chcą poświęcić swój czas i energię na coś więcej niż tyle, ile trzeba. Należy docenić kreatywność i oceniając nie opierać się na schematach. W przeciwnym wypadku stanie się coś strasznego, podetnie się młodej osobie skrzydła. Po drugie dzieci SPE też mają prawo brać udział w konkursach, ale ten udział nie wymazuje ich trudności. Będą się borykać z nimi nadal i, aby konkurs był dla nich sprawiedliwy, należałoby wziąć pod uwagę zalecenia z opinii poradni psychologiczno-pedagogicznej. 

    

Ściskam i pozdrawiam

Sil



czwartek, 18 września 2025

Co czyta polska młodzież?

 

    Co czytywała Sil, gdy była nastolatką? Wszystko, co tylko wpadło w jej ręce. Kochani, dosłownie... Będąc jeszcze w szkole podstawowej, przebrnęłam przez literaturę obyczajową oraz romanse z biblioteczki mojej mamy, czytałam fantastykę, np. "Wiedźmina" Andrzeja Sapkowskiego, z wypiekami na twarzy czekając na wydanie kolejnego tomu. Czytałam serię o Ani Shirley od Lucy Maud Montgomery, wszystkie lektury szkolne z zakresu szkoły podstawowej oraz te, które miał przeczytać mój brat-licealista. Czytałam czasopisma dla dziewcząt, magazyny dla kobiet, a nawet gazety codzienne, gdy tylko jakaś znalazła się w zasięgu moich rąk. Czy wszystko z tego, co czytałam, było dla mnie odpowiednie? Nie. Czy wszystko było wartościowe? Nie. Czy żałuję, że będąc w zasadzie jeszcze dzieckiem czytałam tak wiele literatury nieodpowiedniej dla mnie? NIE!

    Do napisania dzisiejszego posta skłonił mnie artykuł z Gazety Wyborczej z dnia 16.09.2025 r. "Śmieciowe young adult. Nieważne, co czytają, byle czytali?" (), który można przeczytać -> TU. Przeczytałam tylko bezpłatny fragment i, powiem szczerze, nie spodobał mi się, więc nie wykupiłam płatnego dostępu do reszty. Jednak już sam tytuł skłonił mnie do pewnych refleksji.

    Kochani, żyjemy w takich czasach, o których niektórzy żartują, że jest więcej (przynajmniej w Polsce) osób piszących książki niż tych, którzy je czytają. Kiedyś już pisałam coś na ten temat, ale przypomnę krótko, co sądzę. Po pierwsze mamy obecnie niesamowitą "łatwość" i "możliwość" zaistnienia jako twórca. Oprócz tradycyjnych wydawnictw, również tych wydających książki na zlecenie, jest też szereg innych możliwości - media społecznościowe, blogi, strony www, YouTube i inne platformy tego typu. Można pisać i bez żadnej "cenzury" czy nawet nakładów finansowych, własnymi siłami docierać do tysięcy osób ze swoją twórczością. Oczywiście kwestia tego, czy będziemy w stanie coś na tym zarobić jako twórcy lub aspirujący twórcy, to już inna sprawa. Ale mamy możliwość mieć czytelników nawet bez większego wysiłku. Czasem wystarczy przypadek, by jakiś filmik stał się viralem, tak samo jest w przypadku tekstów. Czasem przez przypadek nawet niezbyt wartościowy tekst, stanie się popularny ponad miarę. Takie czasy "nadprodukcji" literatury może i faktycznie nie są dobre dla jakości książek, ale teraz pytanie, czy kiedyś nie zdarzały się "złe" książki, czy też "złe" artykuły w gazecie? Oczywiście, że tak. Tylko dostęp do nich był ograniczony. Nie tylko fizycznie, czy terytorialnie, ale również "marketingowo". Książki nielubiane, nie były polecane dalej i przestawały mieć większe znaczenie. W dobie Internetu nie musi już tak być. To jest i błogosławieństwo, i przekleństwo, niestety. 

    Wróćmy do mojego pytania tytułowego: co czyta polska młodzież? Będąc kilka miesięcy temu na praktykach w szkole podstawowej zauważyłam, że ta garstka dziewcząt, która czytała książki, czytała młodzieżowe powieści fantastyczne. Królowały smoki, wilkołaki czy czarodzieje. Wśród młodzieży w mojej okolicy,  zainteresowanie wśród dzieciaków wzbudzają książki o podobnej tematyce. Wiem też, że jeden synek znajomych czyta tylko książki przygodowe. To chyba nie jest takie złe, prawda? Ale jest inny problem, co czytają starsze nastolatki? Licealiści dla przykładu. Pytałam znajomych rodziców i jedni twierdzą, że "nic", inni, że "nie mają pojęcia". Ktoś tam powiedział "nic nie czyta, ale słucha w necie jakichś audiobooków". Pomijając fakt, że jako mama zastanawiam się, czy byłabym zadowolona, gdyby mój syn słuchał "czegoś tam" w Internecie, czy jednak wolałabym mniej więcej wiedzieć, co to takiego, to to już wzbudza we mnie niepokój. Młodzież powinna czytać, powinna rozszerzać swoje horyzonty, próbować tekstów z różnej tematyki, z różnego zakresu. Pomijam starannie dobrane lektury szkolne i nie mówię, że literatura powinna wypełniać cały wolny czas nastolatków. Ale niestety, żeby rozwijać się młode umysły potrzebują różnorodnego czytania. 

    Nim dobrnę do końca, nawiążę jeszcze do tytułu artkułu, który zainspirował mnie do dzisiejszego tekstu. "Nieważne, co czytają, byle czytali?" I tak, i nie. Oczywiście obecnie w Internecie jest wiele niekontrolowanych treści, choćby pełnych mowy nienawiści, które mogą być szkodliwe. Ale autorka artykułu wpisuje w tytuł również "Śmieciowe young adult", co już samo w sobie jest nieedukacyjne, bo wg mnie powinna użyć określenia "młodzi dorośli", ale wówczas tytuł mniej byłby chwytliwy i musiałby być dłuższy np. "Śmieciowa literatura dla młodych dorosłych." lub "o młodych dorosłych". Czytuję nieraz podobne książki, podobne treści i, przyznaję, nie są one najczęściej najwyższych lotów, ale też większości z nich nie uznałabym za szkodliwe. Raczej takie nic nie wnoszące w życie. Zwłaszcza, gdy są to przedruki życia młodzieży z amerykańskiej szkoły, która wciąż jeszcze nie przystaje do polskich warunków. Dla polskiej młodzieży będzie to często abstrakcja nie mniejsza niż książki fantasy, które czyta. Ale książki uznałabym jednak za bezpieczną opcję i nie czepiałabym się tutaj wyboru młodzieży. Bardziej szkodliwe są dla mnie niesprawdzone przez żadnego redaktora treści w Internecie. Pełne błędów językowych czy np. hejtu jako głównego elementu fabuły. Czy jednak zakazanie tego młodym ludziom coś da? Obawiam się, że nie, bo od zawsze najbardziej kusi zakazany owoc. Co więc zamiast potępienia czytania "śmieciowego young adult" czy amatorskich tekstów w Internecie? Kochani, rozmowy! Dyskusje z młodzieżą, zainteresowanie ze strony dorosłych tym, co obecnie czytają ich dzieci. Dialog o życiu, o zainteresowaniach i również o literaturze ;).


Ściskam i pozdrawiam

Sil


fot. Sil


czwartek, 10 lipca 2025

Bolączki poetki, czyli refleksja w formie wiersza...

 

Przyśniłam dziś wiersz
doskonały
jak delikatny dotyk słońca na skórze
lekki, lecz wyrazisty
krótki
japoński
W swojej mądrości 
obudziłam ciało, aby zapamiętać idealne wersy
przeliczyłam sylaby - wszystko się zgadzało

Lecz przed świtem zbudziło mnie
trzęsienie rzeczywistości
Poranek pełen krzyku
Nagłość i pośpiech

Zamknęłam oczy,
by jeszcze raz dojrzeć doskonałość
Lecz odebrała mi ją
zasłona zapomnienia

Silentia

fot. Sil


piątek, 3 stycznia 2025

Talent, marzenie, ambicja, czyli krótka refleksja o książkach i ich autorach

 

    Mówią, że książkę może napisać każdy, ale nie każdy może zostać pisarzem. Mówią również, że jeżeli nie znalazło się do tej pory książki, która nas zadowoli, należy ją napisać samemu. Czy zatem faktycznie każdy jest w stanie napisać książkę? Czy każdy może zostać pisarzem? Nie jestem przekonana, czy naprawdę tak jest. Może inaczej, oczywiście każdy dla siebie ma możliwość napisania swojej książki, ale czy każda ta pozycja powinna zostać wydana?

    Gdy zakładałam blog read2sleep.pl i określiłam jego główny cel jako dzielenie się moimi opiniami na temat przeczytanych przeze mnie książek, przyjęłam dodatkowe założenie, iż nie piszę o książkach, które jednoznacznie mi się nie podobały a w każdej z tych, które, w mojej ocenie, nie były najwyższych lotów szukam plusów. W większości przypadków nie miałam problemu z realizacją tego założenia, było jednak kilka wyjątków od reguły, gdy naprawdę z trudem znajdowałam dobre strony jakiejś publikacji. Wyciągam z puli wiersze, bo szczerze wierzę, że poezja rządzi się swoimi prawami, jednak powieści, literatura piękna, ogólnie opublikowana proza, jak również artykuły/reportaże bywają po prostu złe. Czasem czytam coś i zastanawiam się, kto to w ogóle dopuścił do druku? Kto uznał za świetny pomysł, aby coś takiego nie tylko napisać, ale jeszcze opublikować? Co to za ludzie?

    Pisarzem dziś nie jest tak trudno zostać. Wystarczy pisać. Można powiedzieć, że każdy kto ma chęć i możliwość, kto ma pomysł i jest gotowy poświęcić czas, aby napisać coś swojego, jest w stanie to zrobić. Są oczywiście różnice jakościowe. Czasem pomysł jest świetny, ale brak warsztatu pisarskiego, a nawet brak podstawowej znajomości zasad pisowni w danym języku uniemożliwia utworzenie poprawnego tekstu, który jest znośny dla czytelnika. Czasem wręcz przeciwnie. Ktoś jest świetny technicznie, lecz jego pomysły po prosu są słabe. Czytamy później tysięczną książkę o uciekającej sprzed ołtarza pannie młodej lub pannie młodej porzuconej przed ołtarzem, która jednak znalazła miłość w objęciach świadka byłego narzeczonego itp. i zastanawiamy się, po co pisać w kółko o tym samym? Osobiście miałam pewien kryzys czytelniczy, gdy książki zlewały mi się już w jedno. Brałam następne tytuły i po przeczytaniu kilku stron, potrafiłam dokładnie przewidzieć, nie tylko to, co wydarzy się dalej,  ale nawet mniej więcej, w której części książki. Owszem, czasem styl autora ratował pozycję, czasem książkę mimo oklepanej treści jednak można było czytać dalej z przyjemnością, ale czasem i tego nie było. Bywały pozycje, których nawet nie udało mi się doczytać do końca a jedynie kartkowałam szukając, czy może zdarzy się coś, co uratuje powieść. Wspominam z niesmakiem książkę, w której autorka porównywała uda głównego bohatera do pni drzew i jeszcze pisała to w taki sposób, jakby było to jego najważniejszą, pozytywną cechą, ale poza tym opis postaci był mizerny, a bohaterowie zupełnie niewyraziści.  Z drugiej strony spotykałam też powieści, które zaciekawiły mnie tematyką, jednak prostacki język, czy brak jakiegokolwiek poszanowania dla stylu sprawiały, że książka w ostatecznym rozrachunku nie nadawała się do niczego. Ale przecież ktoś tę książkę wydał, ktoś podpisał się pod jej zatwierdzeniem do druku, do wypuszczeniem na rynek. Kto? Czy zrobił to wyłącznie pieniądz?

    Talent to wspaniała rzecz i jeśli dysponujemy akurat talentem pisarskim, może polega on właśnie na równowadze między wyobraźnią, pomysłami i umiejętnościami. Jeśli mamy talent zdecydowanie szkoda go marnować i trzeba pisać i wydawać.

    Marzenia to również piękna rzecz i jeżeli ktoś od zawsze pragnął napisać książkę to wierzę, że powinien dążyć do realizacji tego marzenia niezależnie od posiadania talentu. Marzenia są ważne, pomagają nam wyznaczyć cel, znaleźć sens życia. Nie powinniśmy żałować, jeśli wydamy książkę w pogoni za realizacją pragnień.

    Ambicja... bo co? Ja nie napiszę? Phi, oczywiście, że napiszę nawet lepszą książkę niż ktoś tam inny. I tu jestem najbardziej surowa w ocenie, bo jeśli ktoś chce coś udowodnić to może warto też wziąć pod uwagę, że nie uda mu się tego dokonać. Pisanie z wyrachowania uważam za szkodliwe, niebezpieczne, próżne. Kropka. Ale ok, może w ostatecznym rozrachunku i w taki sposób ujawni się jakiś talent, kto wie? Niezbadane są ścieżki losu.

    Choć nieraz denerwują mnie pewne pozycje na rynku książki i uważam, że są one wydane błędnie, jestem za tym, aby jednak powstawały. Aby ograniczenia wynikały tylko z czegoś innego niż talent lub jego brak, marzenie czy ambicja. Kiedyś pisałam o tym, które książki wg mnie są złe i nie powinny zostać dopuszczone do druku. Mam tu na myśli np. nawoływanie do nienawiści, przemocy. Jeszcze raz podkreślę, że choć nie jestem fanką kryminałów czy horrorów nie jestem też im przeciwna. Jeżeli ktoś opisuje zbrodnię jako część fabuły, ale nie promuje tej zbrodni jako coś dobrego to rozumiem taką fikcję literacką czy też książkę opartą na faktach. Ale bywają też niestety pozycje, które piszą o przemocy jako o czymś fajnym, normalnym. Temu już jestem przeciwna. 

    Podobnie jak jestem zwolenniczką wolnego rynku w rozumieniu ekonomicznym, uważam, że również na rynku książki powinni decydować przede wszystkim konsumenci - czytelnicy. Choć to nie tak, że uważam, iż większość zawsze ma rację. Istnieją mody, bezkrytyczne powielanie opinii naszych autorytetów czy też pseudoautorytetów. Jeszcze ze szkoły podstawowej pamiętam sytuację, gdy polonista stwierdził, że właśnie będziemy czytać najlepszą książkę w życiu. Mówił, że to jego ulubiona, że jest świetna. Książka ta to "Pięć przygód detektywa Konopki". Kochani Czytelnicy, to była najgorsza książka, jaką czytałam w podstawówce, ale większość klasy uważała, że jest świetna. Zastanawiałam się wówczas, czy ich entuzjastyczna opinia wynikała z tego, iż faktycznie lektura przypadła im do gustu, czy dali sobie wmówić naszemu poloniście, że jest taka super, a może po prostu bali się, że jeśli książka im się nie spodoba to coś jest nie tak z ich gustem? Oczywiście biorę też pod uwagę, że po prostu mieli chęć przypodobania się nauczycielowi i wcale ich za to nie potępiam ;).     

    Książki są ważne - edukują, rozwijają wyobraźnię, relaksują. Ich autorzy są ważni, to dzięki nim mamy możliwość poszerzania horyzontów, rozwoju, odpoczynku. Do naszych lektur nie powinniśmy podchodzić bezkrytycznie, jednak hejt, który czasem widzę pod adresem pisarzy bywa dla mnie przerażający. Nienawistne wpisy o beznadziejności ich dzieł... Opinie wyrażane nieraz prostackim, wulgarnym językiem w anonimowym wpisie na portalu o książkach - to jest smutne, Kochani Czytelnicy. Po prostu smutne.

    Moje założenie, że nie piszę na read2sleep.pl jednoznacznie negatywnych recenzji przeczytanych przeze mnie tytułów w dużej mierze wynika z szacunku do pracy, którą autorzy włożyli w napisanie swojego dzieła. Biorę ponadto pod uwagę, że są różne gusta, również te literackie... i to, co dla mnie wydaje się czasem nie do przyjęcia, komuś innemu może bardzo się spodobać. 


Ściskam i pozdrawiam

Sil


fot. Sil


wtorek, 19 listopada 2024

Tolkien zaprzeczał, Bonda mówi, że jak najbardziej, czyli inspiracje pisarzy...

 

    Dziś powinno być coś mojego i będzie. Poniekąd ;) Chciałabym podzielić się z Wami refleksją na temat inspiracji rzeczywistością w powieściach różnych gatunków. 

    Czy zastanawialiście się kiedyś, Drodzy Czytelnicy, skąd autorzy najróżniejszych książek czerpią inspirację? Ja - owszem i niejednokrotnie czytając taką czy inną historię myślałam o tym, jak bliska lub daleka rzeczywistości jest fabuła, którą znam. Przytaczałam już nie jeden raz cytat "Prawda od fikcji różni się tym, że fikcja musi być prawdopodobna, a prawda nie", ale to tak dla przypomnienia, bo nie dokładnie o to chodzi w niniejszym poście. 

    J.R.R. Tolkien, autor między innymi "Hobbita", lektury ze szkoły podstawowej oraz jego kontynuacji - trylogii "Władca Pierścieni", opowieści fantasy znanej i lubianej na całym świecie, wielokrotnie był pytany, czy przy niektórych scenach ze swoich książek inspirował się I bądź II Wojną Światową. Tolkien stanowczo zaprzeczał i twierdził, że treść jego opowieści daleka jest od wspomnianych wojen. Czy jednak żyjąc w latach 1892-1973, czyli przeżywając swój okres dorastania i młodości w czasach obu wojen mógł oderwać się całkowicie od tamtej rzeczywistości? Nawet, gdyby celowo starał się omijać tematykę tych strasznych czasów, czy jednak rzeczywistość nie odcisnęłaby na nim piętna, które mimowolnie wpłynęłoby również na jego styl pisarski, na to, co jest dla niego normalne i oczywiste?

    Katarzyna Bonda, współczesna, popularna autorka książek kryminalnych (jest to jeden z powodów, dla których nie czytam jej powieści, nie lubię kryminałów) otwarcie mówi o tym, że inspiruje się w swoich książkach rzeczywistością, prawdziwymi zbrodniami. Czy jednak, gdyby wybrała inny gatunek literacki do swojej twórczości, również siłą rzeczy jej prace nie czerpały inspiracji z tego, co zna?

    Podam Wam przykład. Dwadzieścia lat temu nie było w Polsce tego, co dziś jest dla wszystkich oczywiste - smartfonów. Dziś, gdy czytamy powieści (może nie fantasy...), siłą rzeczy zakładamy, że bohaterowie w swoich telefonach mają aparat fotograficzny czy dostęp do Internetu. Pojawiają się w treści książek wątki rozmów przez aplikacje w telefonie, kamerkę, czasem czaty esemesowe, czasem maile. Gdy jednak poczytamy powieść sprzed dwudziestu lat, dowiemy się, że telefon komórkowy to była rzadkość i można było na nim co najwyżej sprawdzić godzinę, napisać prostego smsa czy zadzwonić. A i tak posiadanie komórki to był swoisty luksus. Powieść sprzed 40 lat w ogóle nie będzie zawierała wątku rozmów przez esemesy z tego prostego powodu, że w Polsce nie było czegoś takiego jak telefony komórkowe. Czasem pojawi się wątek rozmowy telefonicznej, ale 40 lat temu w naszym kraju nie wszyscy ludzie mieli nawet telefon stacjonarny w domu. Czasem tylko w zakładzie pracy, na poczcie, u krewnego... Do czego zmierzam? Uważam, że nie ma czegoś takiego jak "nie inspirowanie się rzeczywistością". Siłą rzeczy odnosimy się do tego, co znamy. Nawet, jeżeli autor pisze książkę fantasy czy SF, również musi wziąć pod uwagę rzeczywistość, bo żeby od niej uciec w fantazje, musi ją znać. Jeżeli ktoś sto lat temu pisałby w książce SF o telefonie, który można zabrać ze sobą, byłoby to może dlatego, że sądził, iż jest to dalekie od rzeczywistości. Czy wpadłby na to, gdyby nie istniały już na świecie jakieś telefony (proste, stacjonarne, ale jednak)? Może i by wpadł, istnieją wizjonerzy... Jednak jeśli autor książek żyjący w czasach wojen pisze sceny batalistyczne, czy nie jest tak, że rozumie je lepiej niż osoba, która wojnę zna tylko z lekcji historii, książek lub filmów?

    Opowiem Wam krótko o tym, co mnie inspiruje. Wszystko :) Koniec! A dokładniej, czasem idę ulicą i słyszę wymianę zdań między parą. Jeśli jest nieco inna, niż się spodziewam, nieraz w mojej głowie tworzy się historia. Czasem wystarczy zobaczyć smutnego chłopaka idącego przez park jesienią lub zamyśloną dziewczynę samotnie wciśniętą pod ścianę wydmy o zachodzie słońca latem... Życie jest pełne inspiracji i myślę, że autorzy powieści często doznając podobnego olśnienia nawet nie łączą go z daną sytuacją, twierdząc później, że do napisania treści nic ich nie zainspirowało, oprócz ich własnej wyobraźni...


Ściskam i pozdrawiam

Sil





czwartek, 14 listopada 2024

Teoretycznie, ale...

 

    Teoretycznie dziś powinno być coś mojego. Wiersz lub opowiadanie, czy coś w tym stylu. Ale będzie coś innego, krótka refleksja o... sama nie wiem, zbiegach okoliczności (znowu ;))?

    Słowem wstępu...

   Nie jestem pewna, czy wśród czytelników read2sleep.pl są jeszcze osoby, które pamiętają, że przez jakiś czas próbowałam prowadzić (podobnie jak przed laty) więcej niż jeden blog. Wówczas chciałam, aby read2sleep.pl skupiało się na recenzjach, opiniach i komentarzach do prac innych osób, zaś swoje własne prace zamierzałam wrzucać na wyodrębniony blog. W ten sposób przez jakiś czas był dostępny w menu po prawej stronie blog z moimi opowiadaniami. Nie było ich tam dużo,  bo testowałam tę formę i ostatecznie z niej zrezygnowałam uznając, że wszystko, co chcę przekazać dalej może znaleźć się na read2sleep.pl. Gdy jednak tamten blog z opowiadaniami istniał, zaczęłam na nim publikować opowiadanie, które docelowo ma zostać powieścią. Było to jakieś 2 lata temu i opowiadanie nosiło ROBOCZY tytuł "Bad boy Tata", ale ponieważ publikowałam je po angielsku, zmieniłam tytuł na inny ROBOCZY, na "Bad boy Daddy".  Może niektórym z Was już zaczyna świtać, o czym chcę tu napisać...

    Od kilku lat jestem stałą użytkowniczką Chapters, czyli aplikacji z pseudo interaktywnymi opowiadaniami romantycznymi. Odkąd mam blogi, w moim BIO wpisuję ich adresy. Obecnie jest to oczywiście read2sleep.pl, ale był też czas, gdy wpisałam link również do tamtego bloga z opowiadaniami. Byłam wówczas bardzo aktywnym użytkownikiem i z Chapters byłam co chwilę w kontakcie mailowym, bo co chwilę zgłaszałam im uwagi i reklamacje. Obecnie już tego nie robię, bo rzadko teraz cokolwiek tam czytam. Kilka miesięcy temu na angielskiej wersji  Chapters (z tej obecnie korzystam), znalazła się nowa historia pod tytułem "Bad boy Daddy". Już gdy przeczytałam wówczas tytuł, przeszedł mi po plecach zimny dreszcz, a gdy jeszcze zobaczyłam  na okładce mężczyznę na motorze i dziewczynkę, to już trafił mnie po prostu szlag. Tak, moje opowiadanie, a właściwie powieść w trakcie realizacji, zawiera w swojej treści wątek motocyklisty. Jedną z głównych bohaterek jest też mała dziewczynka. Sytuacja, choć wydaje się nieprawdopodobne, że Chapters pożyczył sobie ode mnie tytuł i jeden z wątków(bo niby jak? No bez przesady, to niemożliwe!), tak mnie zablokowała, że od tych kilku miesięcy nie jestem w stanie pisać dalej (mam napisane coś około połowy powieści, 12 rozdziałów). I szczerze? Nie wiem jak to zmienić. Owszem, z tego co widziałam w opisie do historii z Chapters, poza tytułem i motocyklistą fabuła nie ma wiele, a właściwie nic nie ma wspólnego z tym, o czym sama piszę, ale gdyby ktoś zaczął się doszukiwać podobieństw? Nie wiem, jak bym to wytrzymała. Nie wiem, jak dałabym radę udowodnić, że moja historia powstała jakieś dwa lata wcześniej... Więc mam sobie rozgrzebaną pracę, o której myślałam, że będzie następna w kolejce do wydania i nie wiem, co z nią zrobić. Może po prostu wyciągnąć taką lekcję dla siebie, że to co nieukończone niech w trakcie  realizacji pozostanie w ukryciu...

Ściskam i pozdrawiam

Sil



piątek, 18 października 2024

Dziś krótko o tym, że są takie publikacje, po przeczytaniu których żałuję, że w ogóle umiem czytać...

 

    Nie jest tajemnicą, że oprócz książek pochłaniam ogromną ilość artykułów z różnych dziedzin życia. Czasami są to artykuły popularnonaukowe, czasami są to "prawdziwe historie", sprawy psychologiczne, społeczne... Ale są też nieraz bieżące wiadomości. Czytanie prasy, czy artykułów w Internecie ma jedną podstawową zaletę - jest to lektura łatwo dostępna, poszerzająca horyzonty, tania. Ostatnio, gdy tak niewiele mam czasu na czytanie czy pisanie, jest to też pewien ratunek dla mnie. Wystarcz chwila na przystanku autobusowym, bym mogła zajrzeć do odpowiedniej aplikacji i już mam jakiś tekst do przejrzenia.  Z książką jest trudniej, bo nie znoszę czytać powieści dorywczo. Wolę na raz, góra na dwa-trzy razy. Inaczej ich lektura zaczyna mnie męczyć zamiast przynosić mi tak potrzebny relaks. 

    Parę lat temu usłyszałam w wiadomościach informację o zbrodni tak strasznej, że od tamtej pory nie obejrzałam wiadomości ani razu. Wydawało mi się, że z prasą/książkami już tak nie będzie, bo jednak mogę świadomie wybrać, co wezmę do ręki, z czym się zapoznam. Owszem, czasem się mylę. Pisałam o "najgorszej książce" jaką przeczytałam w życiu, wyjaśniałam, że dla mnie niektóre książki nie powinny w ogóle istnieć. Nie powinny istnieć, jeśli promują zło. Nie, nie jeśli poruszają kwestie trudne, czy nawet opisują zbrodnie na potrzeby fabuły, ale jeżeli promują coś naprawdę strasznego jako coś atrakcyjnego, wtedy są dla mnie takim samym złem. A jeśli chodzi o prasę... 

    Dwa dni temu przez przypadek zobaczyłam nagłówek artykułu w lokalnej gazecie. Już sam nagłówek sprawił, że pożałowałam na chwilę, że mogłam go przeczytać. Owszem, wiem, że problem nie zniknie jeśli nie będę o nim wiedzieć, zbrodnia się nieodstanie. Jednak wystarczył sam nagłówek, abym poczuła tak straszny żal do świata, że jestem istotą z krwi i kości, jak ten, który tej zbrodni dokonał. Pewnych rzeczy po prostu nie jestem w stanie zrozumieć. Po przeczytaniu rozbudowanego tytułu artykuły przez dwa dni nie zajrzałam więc do mojej aplikacji, którą do tej pory tak lubiłam odwiedzać. Są rzeczy, których wolałabym nigdy nie widzieć, są rzeczy, o których nie chcę pisać, są rzeczy, które nigdy nie powinny się zdarzyć...

Sil



poniedziałek, 14 października 2024

Między polityką a pomyłką, czyli trochę inny komentarz na temat artykułu, czy też artykułów

 

    Początkowo sądziłam, że dziś będę miała dla Was nową "recenzję" powieści romantycznej, ale okazało się, że weekend nie potoczył się dokładnie tak, jak miałam nadzieję. Nie zdążyłam ukończyć rozpoczętej lektury i nie jestem pewna, czy przez najbliższe kilka dni mi się to uda. Jeśli skończę do piątku - napiszę o niej w piątek, jeśli nie? Może uda mi się dodać stosowny post w następny poniedziałek. Ponieważ jednak w chwilach, gdy tylko mogę (czyli często, ale krótko), czytam również najróżniejsze artykuły proponowane mi przez moją aplikację do "prasówki", pewne emocje wzbudziły we mnie dwa z nich. A dokładniej dwa tematy, bo artykułów było więcej. Ok, właściwie to trzy tematy, ale na jeden chcę poświęcić cały, odrębny post, poza tym ten trzeci jest dla mnie dość kontrowersyjny i wolałabym przemyśleć go jeszcze raz na spokojnie...

     Co więc będzie w niniejszym poście? Może najpierw o tym, czego nie będzie. Na read2sleep.pl nie będzie polityki. A teraz o tym, dlaczego... Osobiście nie rozumiem polityki, nie rozumiem polityków, nie rozumiem działań politycznych, poprawności politycznej... i, szczerze, nie chciałabym być na miejscu żadnego polityka, zwłaszcza tego, który wchodzi w skład rządu. Mimo to, gdy od pewnego czasu przed moje oczy trafiają artykuły na temat nielegalnej imigracji, zwłaszcza tej na granicy Polski z Białorusią, siłą rzeczy je czytam lub chociaż przeglądam. W miniony weekend przeczytałam/przejrzałam tego typu artykułów tak wiele, że dziś byłam naprawdę bliska, aby jakoś te informacje skomentować. Ale nie. Nie będę robić precedensu. Jedyne, co pragnę przekazać na ten temat to: bądźcie ostrożni w kategorycznych osądach tego, kto w tej kwestii ma rację oraz tego, jak kryzys migracyjny należy rozwiązać. 

    A teraz drugi temat, czyli zupełnie inny artykuł, który w miniony weekend zaplątał się przed moje oczy. Jest to artykuł ""Dobro" może być przemocą. Dlaczego "pluszaki" zmieniają się w dręczycieli?". Jeśli zastanawialiście się, o co chodziło w tytule dzisiejszego posta to śpieszę donieść, że określenie "pomyłka" dotyczyła właśnie tego artykułu z Newsweeka. A dlaczego "pomyłka"? Ponieważ czytając tytuł byłam pewna, że artykuł dotyczy czegoś zupełnie innego i dlatego właśnie w niego kliknęłam. Jednak już po przeczytaniu wstępu wiem, że się pomyliłam i nie chodzi tu o toksycznego, nadopiekuńczego partnera, ale bardziej o sytuacje "dramatyczne", które rzutują na późniejsze życie. W efekcie nie wykupiłam dostępu do artykułu, ale i tak zainspirował mnie on do poszukiwania w mediach innego tematu, którym jestem nico bardziej zainteresowana. Jeżeli znajdę przyzwoity tekst na temat "toksycznej nadopiekuńczości" partnera, wówczas możecie się spodziewać szerszego komentarza. 

    Ściskam i pozdrawiam

    Sil


Prt Sc by Sil


Najpopularniejsze posty :)