Jeżeli ktoś sięgnie po moje starsze posty na read2sleep.pl, a przynajmniej te dotyczące literatury zagranicznej, zauważy pewnie, że czasem pisałam w nich, iż "wadą" jakiejś tam książki jest brak jej tłumaczenia na język polski. Tak, naprawdę myślałam tak w momencie zakładania niniejszego bloga i jeszcze długo później. Ale już tak nie uważam. Obecnie coraz bardziej drażni mnie ogrom wydawania przekładów anglojęzycznej literatury na mój ojczysty język. I nie chodzi wcale o to, że sporo tych tłumaczeń pozostawia wiele do życzenia, bo niektóre z nich są majstersztykiem i naprawdę nie ma się do czego przyczepić. Bardziej chodzi o to, że w Polsce już od przedszkola powszechna jest nauka języka angielskiego, naukę kontynuuje się przez szkołę podstawową a następnie średnią. Znajomości angielskiego wymaga się również na studiach, na które tak chętnie uczęszczają młodzi rodacy. Pytam więc, dlaczego polscy wydawcy w tak ogromnej masie marnują środki i zamiast promować polskich autorów, zamiast inwestować w polskich debiutantów, skupiają się na przekładach literatury obcej? Sama nie czytam już tłumaczeń. Czytam WYŁĄCZNIE angielskie oryginały albo oczywiście literaturę polską. I nie, moja znajomość języka angielskiego nie jest rewelacyjna. Jest... przeciętna.
Był czas, gdy nie wyobrażałam sobie czytania po angielsku, aż pewnego dnia zdarzyło się tak, że książka, którą bardzo chciałam przeczytać, nie miała przekładu. Spróbowałam zgłębić oryginał i okazało się, że nie tylko jestem w stanie zrozumieć kontekst, ale z każdą kolejną stroną rozumiem więcej i więcej. Teraz nie wyobrażam sobie, żebym sięgnęła po tłumaczenie zamiast oryginalnej powieści.
Nie zrozumcie mnie źle, są dzieła, które wg mnie powinny być tłumaczone - wyjątkowo ważna literatura naukowa, dzieła o światowej wartości (np. dzieła noblistów) oraz inne pozycje książkowe o ponadprzeciętnych walorach. Ale jest we mnie pewien bunt, gdy w księgarniach, w mediach społecznościowych i na reklamach znanych, polskich wydawnictw widzę wciąż i wciąż przekłady amerykańskich i angielskich powieści, które tak naprawdę większość rodaków po edukacji obowiązkowej powinna być w stanie przeczytać w oryginale. W tym samym czasie młodzi, polscy pisarze muszą kombinować, jak zainteresować wydawcę swoim dziełem, żeby nie trafiło do kosza jeszcze przed przeczytaniem przez redaktora lub, jak skombinować pieniądze na wydanie książki jako self-publisher.
Kochani, ten krótki post, jak wspominałam w tytule, jest nieco przewrotny. Napisałam go głównie po to, aby skłonić do refleksji. W Polsce od dawna mówi się o tym, że rynek książki wymaga zmian. Może te zmiany należałoby zacząć od doinwestowania polskich autorów?
Ściskam i pozdrawiam
Sil
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz