Jest pewien stereotyp w naszym społeczeństwie. Tak, ludzie kochają stereotypy i nie ma w tym nic aż tak złego, jak się wydaje. Po prostu życie stałoby się bardzo skomplikowane, gdybyśmy zawsze analizowali od podstaw każdy przypadek, który stanie na naszej drodze. Nasz mózg wypracował więc uproszczenia, ale, niestety, nie zawsze są one trafne. Tym razem przedstawię krótko swoje przemyślenia na temat stereotypów czytelniczych.
Przeglądając grupy szerokorozumianych fanów literatury w mediach społecznościowych, szukałam inspiracji. Od pewnego czasu mam problem, aby znaleźć powieść, która naprawdę mnie wciągnie, zainteresuje i coś wniesie w moje życie. Książki zaczęły mi się zlewać w jedno, pomyślałam więc, że zobaczę, co teraz czytają inni. I tak, znalazłam to, co czytają, albo przynajmniej, co polecają do czytania. Są to kryminały, książki o psychopatach, poradniki wszelkiego kształtu i rozmiaru, których przeczytanie ma zapewnić ludzkości niekończące się szczęście a do tego ciężka literatura faktu - obozy koncentracyjne, opowieści o tragicznych żywotach naszych przodków. I uwaga, bo to zaskoczyło mnie najbardziej, jeśli polecane są powieści romantyczne to tylko te nieszczęśliwe, bo te z szczęśliwym zakończeniem są, jak ktoś się wyraził, dla - wybaczcie, zapomniałam określenia, ale było ono bardzo pejoratywne - tępych, niedorozwiniętych(??) gospodyń domowych. Wspaniale, czyli rozumiem, że jeżeli chcę się poczuć wartościową osobą to powinnam czytać tylko książki, które ociekają krwią, przemocą lub kończą się jakąś katastrofą. Zgroza. Co więcej, niedawno znajoma zaproponowała mi, żebym może też napisała coś smutnego, bo ludzie kochają smutne zakończenia...
W ten sposób zamiast inspiracji odnalazłam odrobinę frustracji. Nie będę czytać książek o fikcyjnych tragediach, gdyż zbyt wiele jest ich w prawdziwym życiu. Dawno temu przebrnęłam również przez literaturę poświęconą cierpieniu w czasach II Wojny Światowej - "Inny Świat" Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, "Opowiadania" Borowskiego i wiele innych. Nie będę po raz kolejny czytać o obozach koncentracyjnych, bo jest to dla mnie po prostu zbyt wyniszczające. Poradniki pisane przez instragramowych, samozwańczych guru również do mnie nie przemawiają. A romanse? Wiem, że nie zawsze w życiu układa się wszystko po naszej myśli i akceptuję książki, w których czytam o prawdziwych, ciężkich problemach. Ale ja od książek oczekuję relaksu, odpoczynku, światła i odrobiny nadziei a nie utwierdzenia się w przekonaniu, że nawet największa miłość jest skazana na porażkę. Nie sądzę, żeby czyniło mnie to "tępą gospodynią domową", jak ktoś był uprzejmy się wyrazić. I myślę, że literatura "ku pokrzepieniu serc" jest równie albo i bardziej wartościowa jak ta serca łamiąca.
W ten sposób, póki co, inspiracji nie odnalazłam. Chyba będę musiała wrócić do poszukiwania na własną rękę. Kto wie, może wybiorę się na wycieczkę do większej księgarni i zobaczę, co teraz jest na półkach?
Wkrótce będę miała dla Was tekst o pewnej zapomnianej przeze mnie książce. Nie jest to nowość, ale jest to coś, co na pewno warto poznać.
Ściskam i pozdrawiam
Sil
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz