Widzę nieraz na wystawie księgarni jakąś książkę z tak niesamowitą okładką, że chociaż od dawna czytam jedynie ebooki w telefonie, muszę wejść do środka i obejrzeć dzieło. Niestety, jak się okazuje, często wspaniała oprawa nie idzie w parze z interesującym mnie blurbem. Czasem zastanawiam się jeszcze chwilę, czy mam wśród krewnych i znajomych kogoś, kto byłby zainteresowany takim a nie innym dziełem i, jeśli mam, kupuję na prezent. Ale częściej jest tak, że uświadamiam sobie, że właściwie nie mam komu sprezentować książki o takiej tematyce i po prostu wychodzę, by znów gonić za swoimi sprawami.
Tytuł dzisiejszego psota "rozterki pisarki" dotyczy jednak czegoś trochę innego. Tak, widząc piękne okładki jestem nieraz trochę zazdrosna, że żadna z moich następnych powieści nie będzie mogła już tak wyglądać ;), ale częściej zastanawia mnie coś innego. Co jest w danych pozycjach, że stają się bestselerami? Co jest w nich takiego, że wydawnictwa przyjmują je do siebie, wydają tak pięknie, promują... Owszem, czasem jest to sama treść. Czytam jakąś powieść i myślę "Ja nie napiszę nigdy nic aż tak dobrego, może dać sobie spokój z pisaniem?" a później trafiam na jakiś bestseler, czytam i myślę "Co za gniot, moja twórczość przy tym to majstersztyk. Jak ktoś to w ogóle mógł wypuścić na rynek?". Więc to chyba nie to... Może to kwestia słynnego "tego czegoś". Ludzie dobierają się w pary mówiąc "było w niej/w nim to coś". Może tak jest i z książkami? Czytamy, innym się nie podobają, ale my widzimy w nich "to coś". Lub wręcz przeciwnie - inni pieją z zachwytu nad jakimś dziełem, a my nie umiemy zrozumieć, dlaczego?
Elementów układanki jest pewnie więcej. Czytałam wiele artykułów na temat tego, że w dzisiejszych czasach bardziej sprzedaje się autora książki i ideę książki niż samą książkę. Tu mam w takim razie pod górkę, gdyż bardzo chciałabym oddzielić swoją osobę od tego, co piszę. Książki, które tworzę to są takie, które sama chciałabym przeczytać, a nie takie, którymi chciałabym zdobyć sławę. Pisałam wielokrotnie, że najchętniej sprawiłabym po prostu, by moje powieści stały się jakby łącznikiem między mną a osobami, które są do mnie podobne, żyją podobnie, lubią podobne historie. Tymczasem, poznając inne dzieła, mam często wrażenie, że są one tworzone głównie po to, by stać się dla ludzi czymś więcej. Ja niekoniecznie chcę, żeby moje książki były dodatkiem do życia. Chcę, żeby stały się jego częścią. Chwilą relaksu w autobusie po pracy. Odrobiną odpoczynku od dzieci i obowiązków domowych, gdy możemy wreszcie po zmroku usiąść z filiżanką herbaty. To tam właśnie widzę swoje opowieści - jako jeden ze składników codzienności.
Na co dzień staram się nie porównywać z innymi. Tak w życiu, jak i w pisaniu. Nie jest to łatwe, gdyż, jak wielu z nas, od dzieciństwa porównywano mnie niemal bez przerwy "Zobacz, jaka tamta dziewczynka jest grzeczna!" - mówiła mama. "A Dorota to mogła jakoś dostać piątkę..." - słyszałam za każdym razem, gdy ocena w szkole nie była najwyższa. Na studiach, w pracy, w korporacji, w domu. Potrzebowałam lat, by nauczyć się, że z tego porównywania nic dobrego dla mnie nie przyjdzie. A jednak wciąż, gdy przeczytam książkę, która wyjątkowo do mnie przemówi myślę "Jest w tym coś więcej". Lecz choć czasem mam chwile zwątpienia i czasem myślę, żeby może już dać sobie spokój - nie mogę. Ponieważ pisanie, tworzenie historii, poezji, kreowanie bohaterów... Jest to po prostu część mnie.
Ściskam i pozdrawiam
Silentia

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz