Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #KrótkieOpowiadankaSil. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #KrótkieOpowiadankaSil. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 kwietnia 2026

"Ale numer!", czyli krótkie opowiadanie na dziś ;)

 

Kochani!


Jak to było z tym, że życie zawsze weryfikuje nasze plany? No właśnie... Dużo się dzieje u mnie, ale nie będę Was tym zanudzać. Zamiast tego zapraszam do lektury kolejnego mikro opowiadanka. Prosta, lekka historia w sam raz na króciutki, wiosenny relaks. Zapraszam!


Ściskam i pozdrawiam

Sil


Ale numer!

Silentia


Agata


Wygrałam! Zaraz, co? Wgrałam? Naprawdę wygrałam? Patrzyłam z niedowierzaniem na wyniki konkursu fotograficznego w lokalnej gazecie i nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Owszem, gdy kilka tygodni temu w tajemnicy wysłałam jedno z moich amatorskich zdjęć na konkurs, marzyłam oczywiście, że zajmę jakieś miejsce. Śmiałam pomyśleć nawet o ostatnim nagradzanym, czyli miejscu piątym, ale pierwsze? Ale numer! Nie mogłam w to wszystko uwierzyć i już od godziny, kiedy to nabyłam najnowsze wydanie gazety tylko po to, aby sprawdzić listę laureatów, naprzemiennie wpadałam w euforię oraz w stan głęboko depresyjny, gdy wmawiałam sobie, że to pewnie tylko jakaś pomyłka lub… nie wiem, może zbieżność nazwisk?

Nie mogłam wygrać. Nawet nie byłam fotografem. Owszem, poświęcałam trochę czasu temu mojemu niewinnemu hobby, ale ja nawet nie miałam lustrzanki. Mój aparat to był cyfrowy nowoczesny sprzęt dla turystów, a nie taki profesjonalny. Nie miałam ani super obiektywów, ani przysłon, ani niczego, co tam jeszcze trzeba mieć, by uznać swoje zainteresowanie fotografią za poważne. Ja po prostu lubiłam robić zdjęcia i robiłam je w biegu wracając z pracy, ewentualnie podczas krótkich spacerów w co bardziej pogodny weekend. Nie zasługiwałam na wygraną i teraz odczuwałam wręcz wyrzuty sumienia, że nie wygrał ktoś nieco bardziej zaangażowany. Po co ja w ogóle wysyłałam te moje fotki na konkurs?

Mój telefon zadzwonił, spojrzałam więc od niechcenia na wyświetlacz. Z reguły dzwoniła do mnie jedynie mama, babcia lub któraś z koleżanek z pracy. Tymczasem numeru nie rozpoznawałam, a to oznaczało, że… O, przestał dzwonić. Ładnie. Teraz już się nie dowiem, kto dzwonił. A nie, znów dzwoni.


- Halo? - odebrałam pospiesznie.

- Dzień dobry! Mówi Monika Magelon z wydawnictwa Dziennika Miejskiego, czy rozmawiam z panią Agatą Supeł?

- Tak, to ja. W czym mogę pomóc.

- Witam serdecznie, dzwonię w sprawie wygranego przez panią konkursu fotograficznego.

- Czyli to nie pomyłka? - aż poderwałam się z miejsca.

- W żadnym wypadku. Rozumiem, że już obejrzała pani listę laureatów. Uroczyste wręczenie nagród odbędzie się w sobotę dwudziestego piątego kwietnia w Sali Bankietowej hotelu Panorama. Proszę o informację, czy życzy pani sobie przesłanie zaproszenia na adres podany w zgłoszeniu konkursowym, czy może odbierze je pani przy okazji wywiadu?

- Wywiadu? Jakiego wywiadu? - przestraszyłam się – Jestem nauczycielką matematyki. Skromną, mało społeczną… Po co niby byłoby robić ze mną wywiad?

- Szanowna pani, to był jeden z punktów regulaminu konkursu. Składając swoją pracę wyraziła pani zgodę na udział w wywiadzie dla naszej gazety.

- Ja rozumiem, ale nie sądziłam wówczas, że wygram!


Moja rozmówczyni zaśmiała się nagle, ale zaraz odchrząknęła i spoważniała.


- W każdym razie wywiad musi odbyć się przed rozdaniem nagród. Czy ma pani jakieś preferencje, co do dnia i godziny?

- Nie, ale raczej musiałoby to być po południu. W czwartki i piątki kończę pracę w szkole o jedenastej trzydzieści, więc może któreś z tych dni?

- Wspaniale, to może najbliższy piątek o godzinie trzynastej?

- Dobrze…

- Proszę zgłosić się do recepcji naszej siedziby przy ulicy Rabczyńskiej piętnaście i powiedzieć, że ma pani umówione spotkanie z redaktorem Pętlą. Wyślę wizytówkę na podany w zgłoszeniu adres mailowy.

- Żartuje pani ze mnie? - wykrzyknęłam do słuchawki.

- Przepraszam, ale nie rozumiem.

- Mam poprosić o spotkanie z redaktorem... Pętlą?

- No… tak.

- Czy widziała pani moje nazwisko?


Na chwilę w słuchawce zapadła głucha cisza, a następnie moja rozmówczyni odezwała się bardzo, bardzo dziwnym głosem.


- Fakt, dość osobliwy… zbieg okoliczności. W każdym razie – odchrząknęła – Tak, nazwisko redaktora brzmi Pętla. Arkadiusz Pętla.

- Ale numer! - jęknęłam.

- Tak. To znaczy… Do zobaczenia… pani Supeł.


***


Arek


Zostało jeszcze pięć minut do mojego spotkania a ja wciąż nie mogłem uspokoić śmiechu. Jeny! Jak ja miałem przeprowadzić ten wywiad? Jak miałem zachować powagę rozmawiając z kobietą o nazwisku Supeł?! Okej, moje własne nazwisko dawało mi w szkole popalić, zarówno za sprawą nauczycieli jak i kolegów z pracy, ale nauczyłem się podchodzić do całej sprawy z humorem, jak reszta mojej rodziny. Tylko jak Pętla miał przeprowadzić wywiad z… Supłem?

Interkom na moim biurku zadzwonił i wiedziałem, że mój najnowszy gość właśnie dotarł. Poprosiłem, żeby dać mi jeszcze dwie minuty, a następnie wpuścić panią Agatę. Dwie minuty, tyle czasu zostało mi, żeby się ogarnąć i nie wygłupić. Ciekawe, jak miałem tego dokonać?


***


Agata


No dobrze, jestem tu, chociaż absolutnie nie wiem, po co. Ale skoro tak było w regulaminie konkursu, którego niestety nawet nie przeczytałam. To znaczy, przeczytałam, jak już się okazało, że konkurs jakimś cudem wygrałam i, że muszę w związku z tym udzielić wywiadu. Może powinnam mniej złościć się na uczniów, że nie czytają poleceń do końca? W każdym razie, udawałam teraz, że nie widzę, iż recepcjonistki zerkają na mnie próbując się nie roześmiać. W końcu jedna z nich oświadczyła uprzejmie, że mogę już się udać do pokoju numer osiem. Jeszcze nim tam dotarłam, do moich uszu gdzieś z oddali dotarł niekontrolowany śmiech. Pięknie. Zapukałam do ósemki i gdy tylko usłyszałam basowe „Proszę!”, weszłam niepewna, czego właściwie mogę się spodziewać.


- Dzień dobry! - zaczęłam więc dość nieśmiało, zastanawiając się, czy jest sens się przedstawiać, czy może lepiej nie.

- Pani… Supeł? - odchrząknął mężczyzna, na oko przewyższający mnie wiekiem o kilka lat.


Przyjrzałam mu się nieprzychylnie. Dlaczego wyglądał, jakby miał zaraz wybuchnąć śmiechem? Jeśli nazywał się Pętla, to spodziewałam się, że może nie będzie go bawić nazwisko Supeł.


- To ja – westchnęłam, tylko mimochodem zauważając, że redaktor jest troszkę zbyt przystojny jak na mój gust.

Pewnie byłabym bardziej onieśmielona tym wyglądem, gdyby nie fakt, że w tej chwili czułam się po prostu lekko zrezygnowana.


- Miło mi panią poznać, jestem Arek… Pętla. Czy możemy mówić sobie po imieniu?

- Możemy – westchnęłam ponownie. W sumie, czemu nie? Zawsze to się człowiek poczuje trochę mniej starą panną.

- Dobrze, opowiesz mi coś o sobie zanim zaczniemy? - wskazał na mały stolik i dwa krzesła w rogu pokoju, więc podreptałam posłusznie i zajęłam jedno z nich. Redaktor również usiadł.

- Jestem nauczycielką matematyki w szkole podstawowej a po szkole lubię piec ciasta i robić zdjęcia przypadkowym zabytkom i przyrodzie. Mam stereotypowego kota i begonie na balkonie. Koniec.

- Okej… - przekrzywił głowę i przez chwilę przyglądał mi się bez słowa, jednak zaraz się zreflektował – Napijesz się czegoś? Kawa? Herbata? Woda?

- Dziękuję, przyniosłam swoją butelkę – wyjęłam mój bidon filtrujący – To w porządku, jeśli będę jej używać?

- Jasne, nie ma sprawy.


Znów na chwilę zapadła cisza, czego nie rozumiałam. Dlaczego ten człowiek tylko patrzy a o nic nie pyta? Nie miałam ochoty na ten wywiad, jednak jeśli był konieczny, bo taki regulamin zaakceptowałam, to wolałam już, żeby odbył się jak najszybciej. Miałam nadzieję, że odpowiem po prostu na kilka standardowych pytań a następnie ucieknę do domu, gdzie zrobię sobie relaksującą kąpiel w wannie, a następnie zabiję stres solidnym kawałkiem ciasta czekoladowego, które na wszelki wypadek upiekłam wczoraj późnym wieczorem.


- To… co z tym wywiadem? - posłałam redaktorowi znaczące spojrzenie.

- Tak, już. Po prostu… Mam wrażenie, że już cię gdzieś widziałem i zacząłem się zastanawiać, skąd możemy się znać.

- Nie sądzę, żebyśmy się znali – odparłam pospiesznie.


Gdy jednak Arek o tym wspomniał i przyjrzałam się jego twarzy, faktycznie. Widziałam już to przystojne oblicze. Dawno temu. Bardzo dawno temu, nie był wtedy jeszcze tak poważny i chyba był wówczas nieco… większy.


- Schudłeś! - wypaliłam zanim zdążyłam się ugryźć w język, a on nagle wybuchnął śmiechem.

- Tak sądziłem. Agata Eleonora, tak przedstawiłam mi cię kiedyś Marta Straszczyk, czyli moja była dziewczyna.


O matko. Marta Straszczyk? Moja przyjaciółka z pierwszego roku na matematyce? Ale numer!


***


Arek


Nie mogłem się skupić na wywiadzie, ale trzeba było go odbębnić. Zadałem Agacie wszystkie przygotowane wcześniej pytania i całe szczęście, że miałem to już ogarnięte. Inaczej dziś niczego byśmy nie zrobili. Agata Eleonora, tak przedstawiła mi ją była dziewczyna, gdy spotkaliśmy się kiedyś na kampusie. Byłem wówczas studentem ostatniego roku dziennikarstwa, a moja dziewczyna była pierwszaczkiem. Poznaliśmy się na jakiejś imprezie, jednak nie byliśmy ze sobą długo, bo Marta postanowiła rzucić studia i wyjechać za granicę. To właśnie krótko przed tą decyzją poznałem Agatę. Marta nie podała mi jej nazwiska, a szkoda. Może wówczas znalazłbym ją, może los potoczyłby się inaczej. Pamiętam, że zachwyciła mnie świeżość i niebanalna uroda przyjaciółki Marty. Była rudowłosa, zielonooka. Nie znałem nigdy wcześniej nikogo o zielonych tęczówkach i już to samo w sobie było dla mnie na tyle niezwykłe, iż chciałem lepiej ją poznać. Gdy Marta mnie rzuciła mówiąc, iż zaczyna nowe życie, zapytałem ją, czy może podać mi jakiś kontakt do swojej koleżanki, ale Marta tylko się zaśmiała. Próbowałem odnaleźć Agatę, ale nigdy mi się to nie udawało i po jakimś czasie zrezygnowałem sądząc, że widocznie bliższe poznanie się nie jest nam pisane. I teraz, prawie piętnaście lat później, ona nagle siedzi przy stoliku w moim gabinecie i udziela mi wywiadu. Niesamowite. 


- Świat jest mały – zagadnąłem, gdy już skończyliśmy to, po co dziś do mnie przyszła.

- To prawda – uśmiechnęła się i zaczęła zbierać swoje rzeczy.


Nie było już w tym uśmiechu początkowej frustracji i stresu, teraz uśmiech był zwyczajny, ciepły, jak wtedy, gdy widzieliśmy się po raz pierwszy.


- Wiesz może, co u Marty? - zagadnęła po chwili – Zerwała ze mną kontakt po wyjeździe.

- Nie, ze mną również zerwała kontakt. Nigdy nie słyszałem o niej po jej wyjeździe.

- Rozumiem. Myślałam, że to była tylko kwestia mnie, bo wdawała się za coś na mnie gniewać, gdy się żegnałyśmy na dworcu. Może jednak chciała po prostu spalić mosty?


Spojrzałem na nią zdziwiony, ale nie skomentowałem. Domyślałem się, dlaczego Marta była na nią pogniewana, ale jaki sens miało snucie domysłów po tylu latach? Żadnego, nawet jeśli teraz, nie mogłem przestać o tym myśleć.


- Cóż – Agata odchrząknęła nagle – Dziękuję za spotkanie. Będę się już zbierać.

- No tak… Przy okazji. Masz już partnera na galę z okazji rozdania nagród?

- Partnera? Myślałam, że mam przyjść tak po prostu i tylko odebrać nagrodę.

- Możesz, ale zaproszenie jest podwójne jakby co – uśmiechnąłem się.

- Nie, nie. Przyjdę sama. Mój Boże! Galę? Mam się jakoś specjalnie ubrać?

- Najlepiej byłoby w sukienkę.

- O nie! Myślałam, że to będzie tylko formalność. Zamierzałam się ubrać w coś takiego jak teraz!

- To bardzo ładny kostium, ale jednak polecam suknię – puściłem jej oczko – I wiesz co? Mam świetny pomysł.

- Tak? - spojrzała na mnie nieco zdezorientowana.

- Chodźmy tam razem.


***


Agata


Jeszcze dobrze nie przebrzmiały ostatnie słowa Arkadiusza, gdy już wpatrywałam się w niego jakby postradał zmysły. Serio? Czy jakiś były chłopak mojej byłej przyjaciółki sprzed prawie piętnastu lat właśnie zaprosił mnie na jakąś galę, o której istnieniu nie wiedziałam jeszcze trzy minuty temu? Nie znaliśmy się, bo chyba nie można nam zaliczyć tego poznania się całe wieki temu. Co mu w ogóle przyszło do głowy?


- Zgadzasz się? - zapytał, jakby naprawdę sądził, że to rozważam. Ale numer!

- Wiesz… to by było dość… nieoczekiwane - zaczęłam ostrożnie. Jak się robi te całe asertywne odmowy?

- Oczywiście, w tym cały urok. Prawie jak randka w ciemno.


Zaśmiałam się i spojrzałam na niego, jak na szalonego człowieka.


- Mój drogi, czy wyobrażasz sobie, co przeżyją osoby sprawdzające zaproszenia, gdy przeczytają, że właśnie wchodzi Supeł i Pętla? Przecież to zawał murowany, oczywiście jeśli nie umrą wcześniej ze śmiechu.

- Ale czy nie byłoby to warte zobaczenia? - Arek również się zaśmiał, a jego basowy śmiech poniósł się daleko poza ściany jego gabinetu.

- Może, jednak nie jestem pewna, czy chciałabym tak ryzykować życiem niewinnych ludzi.

- Okej, rozumiem, że to odmowa – wyraźnie posmutniał, czego absolutnie nie rozumiałam. Przecież my nawet się nie znaliśmy!

- Tak, przykro mi – uśmiechnęłam się delikatnie.

- W porządku… A gdybym tak przypadkowo przyszedł na tę imprezę sam? Gdybyśmy przypadkowo spotkali się na miejscu, w tłumie w sali… Myślisz, że mogłabyś, tak hipotetycznie, oczywiście, zgodzić się zatańczyć ze mną?


Podniosłam na niego zaskoczone oczy i zamyśliłam się krótko. Nie miałam nikogo od bardzo dawna, nie chadzałam na randki, nie korzystałam z portali randkowych. Po prostu żyłam sobie z dnia na dzień szczęśliwa sama ze sobą. Czasem doskwierała mi samotność, jednak nigdy na tyle, by coś z tym zrobić. Czy było coś złego w tym, że mężczyzna, którego właśnie spotkałam po raz drugi w życiu i nie spodziewałam się spotkać już nigdy więcej, chciał spędzić ze mną chwilę na przyjęciu, na które i tak się wybieraliśmy obydwoje? Nie znaliśmy się na tyle, bym zgodziła się iść jako jego partnerka. Nie wydawało mi się to stosowne. Ale co było złego w tym, że zatańczymy ze sobą na tej całej gali lub porozmawiamy chwilę? Chyba nic. I zawsze będzie mi trochę raźniej, gdy jednak stanie przy mnie znajoma twarz.


- Myślę, że hipotetycznie mogłabym wyrazić taką zgodę – odparłam wreszcie – I może nawet rzeczywiście założę sukienkę?

- Wspaniale – spojrzał na mnie jakoś tak inaczej niż wcześniej, aż się zarumieniłam – To jesteśmy nie-umówieni.

- Zgadza się.


Wymieniliśmy jeszcze krótkie „Do widzenia!”, a następnie prawie wybiegłam z jego gabinetu, marząc tylko, żeby się nie potknąć teraz na prostej drodze. Do rozdania nagród zostało prawie dwa tygodnie, a ja być może zaliczę również przy okazji pierwszą randkę od kilku lat. Ale numer!


Koniec



fot. Sil


wtorek, 3 marca 2026

"W brzozowym zagajniku", czyli mikro opowiadanie dla uczczenia Dnia Pisarza ;)


W brzozowym zagajniku

Silentia


    "Zimno" - pomyślała Łucja i miała ochotę powiedzieć to na głos, ale nie znalazła powodu. W pobliżu nie było nikogo, kto mógłby jej zacząć współczuć. Sama dla siebie? I tak już to wiedziała. Po co więc strzępić język? Tego dnia miała być pełnia księżyca i wyszła na spacer, aby jej się przyjrzeć. Ale był środek słonecznego dnia, a w słoneczny dzień na błękitnym niebie niekoniecznie da się dojrzeć pełnię. Czasem tak, ale najwidoczniej nie dziś. Wzruszyła ramionami, mocniej zawiązała obszerny sweter, a następnie ruszyła w przeciwnym kierunku, niż początkowo zamierzała iść. 
    Nie mieszkała w centrum miasta, choć była mieszczuchem. Lubiła gwar miasta, szum urządzeń, piękno zabytków na starówce i nowoczesne biurowce - przeszklone, sięgające chmur, pełne światła, które kradły słońcu. Ale nie lubiła tłumu, a centrum tak dużego miasta zawsze oznaczało tłum. Poszła więc z samą sobą na kompromis - praca w centrum, mieszkanie daleko od niego. Miało to dodatkowe plusy, mieszkania na obrzeżach miasta były znacznie tańsze... Mogła więc cieszyć się urbanistycznymi udogodnieniami od poniedziałku do piątku, w weekendy zaś uciekać na łono natury. Tak, jak dziś, choć dziś nie był weekend. Była nudna środa, ale kazano jej odebrać zaległy dzień wolny. Kiedyś tam przyszła w sobotę do biura. Nie przeszkadzało jej to, ale była obowiązkowa z natury. Jeśli szef zlecił odebranie wolnego dnia to nie zamierzała dyskutować. 
    Nie minęło więcej niż kilka minut, gdy dotarła wreszcie do niewielkiego lasku na obrzeżu jej osiedla. Nie było tu gęstwiny drzew, mroku krzewów, ani nawet wilgoci. Lasek był młody i wyjątkowy. Żadnych świerków, sosen ani dębów. Tylko kilkadziesiąt brzóz delikatnie tańczących na wietrze. A i ten jeden jedyny krzew leszczyny, jakby niepasujący do reszty... Skądś to znała. Był marzec i jeszcze nie widać było liści, ale sam szum cieniutkich gałązek przy białoszarych pniach działał na Łucję kojąco. Spacerowała dłuższą chwilę, ciesząc się powracającym śpiewem ptaków. "Kosy?" - zastanawiała się, ale ornitologia to nie była dziedzina, w której miała jakąkolwiek wiedzę. Wzruszyła ramionami, przymknęła oczy i przystanęła na chwilę, by poczuć ciepłe promienie przedwiosennego słońca. Tak, to była przyjemna chwila, ale niestety szybko została zmącona, gdy z jej niewielkiej torebki przewieszonej przez ramię na skos, dobył się irytujący dzwonek telefonu. "Muszę zmienić dźwięk dzwonka" - przeszło jej przez myśl.

- Tak? - odezwała się pospiesznie widząc, że dzwoni koleżanka z pracy. Marcelina była właściwie jej jedyną przyjaciółką, ale skoro dzwoniła o tej porze, nie oznaczało to, że dzwoni na pogaduchy.
- Łusia, gdzie jest teczka Alfeksu? - zaczęła bez przywitania.
- Mnie też cię miło słyszeć i może "cześć"? - mruknęła więc w odpowiedzi.
- Cześć, kochana, przepraszam, ale dość się spieszę. Później opowiem. Wiesz, gdzie ta teczka?
- Wczoraj zabrał ją szef IT. Nie oddał przed końcem dnia.
- Cholera. Szczyrk? Nie ma go dziś - Marcelina słyszalnie wypuściła powietrze - Muszę ją mieć za pięć minut, prezes Alfeksu.... tak jakby jest tu i domaga się pewnych wyjaśnień.
- Od ciebie?
- Nie, od ciebie, ale tak się składa, że cię zastępuję.
- Zadzwoń do Szczyrka, niech powie, gdzie dał tę teczkę.
- Nie mogę, ma wbity urlop.
- A ja to co?
- A ty jesteś moją przyjaciółką. Dobrze, kochana, muszę kończyć. Zdzwonimy się, pa.
- Pa... - odpowiedziała pospiesznie, ale i tak wiedziała, że już nie zdążyła. Marcelina rozłączała się w tej sekundzie, w której powiedziała "pa".

    Łucja schowała telefon do torebki i rozejrzała się po okolicy, jakby ta jedna, krótka rozmowa sprawiła, że czas zatrzymał się na moment. Przez sekundę nie wiedziała, gdzie jest, czego tu szuka i dokąd powinna iść, ale na szczęście szybko wróciła orientacja i mogła ruszyć przed siebie, choć beztroska chwila minęła bezpowrotnie.
    "Dlaczego Szczyrka nie było dziś w pracy?" - mimowolnie zaczęła się zastanawiać. Nie pracowali razem, ich działy nie mieszały się. Ona - jedna z licznych księgowych w firmie, on - szef działu IT, najważniejszego działu w instytucji, jak to mówił ich prezes. Miał na imię Łukasz i był naprawdę przystojnym mężczyzną, ale Łucja nie wiedziała o nim zbyt wiele. Tylko tyle, że rozstał się z żoną, że przeżył jakąś tragedię przed dwoma laty. O tym huczała cała firma, ale ją plotki raczej omijały. Nie była z tych, którzy dwadzieścia razy w ciągu dnia robili sobie przerwę na kawę. Może dlatego, że kawy w ogóle nie piła? Ona sama też była po przejściach. Jej mąż... również się rozeszli. Zostawił ją, gdy okazało się, że nie może mieć dzieci. Nie mogła w to wszystko uwierzyć. Jej niepłodność nie była tajemnicą, wiedział to przed ślubem i twierdził, że on i tak dzieci nie planuje. I nagle, po trzech wspólnych latach okazało się, że związał się z kimś, kto mu wkrótce dziecko urodzi. "Zawsze chciałem być ojcem, przykro mi Łusiu" - tłumaczył. Ale to było kłamstwo lub okłamywał ją wcześniej. Tylko po co? Po co się z nią związał, skoro zawsze chciał być ojcem? Nie mogła zrozumieć jeszcze długo po rozwodzie, ale teraz? Teraz już jej to nie obchodziło. Nie była już młodą, zdradzoną dziewczyną. Była pewną siebie kobietą żyjącą dla siebie samej. Nie zależało jej na nowym związku, jednak lubiła od czasu do czas pofantazjować sobie o mężczyznach spotkanych na swojej drodze. Jednym z nich był Łukasz Szczyrk, przystojny, ponury kolega z pracy.
    Dochodziła już na skraj lasku, gdy do jej uszu doszedł podenerwowany, męski głos.

- Powtarzam! Nie mam pojęcia, gdzie jest ta teczka. Odniosłem ją do archiwum! - ktoś zawołał, więc instynktownie  odszukała wzrokiem tę osobę - Nie, nie ma jej u mnie na sto procent. Jeśli nie ma w archiwum to nie wiem, gdzie jest. Przykro mi. Na razie.

Łucja poczuła dziwne drżenie w całym ciele, gdy mężczyzna rozmawiający jeszcze przed sekundą przez telefon nagle odwrócił się w jej kierunku. Nim jednak zdążyła umrzeć ze zdziwienia, znów rozdzwonił się jej własny. Bezmyślnie spojrzała na wyświetlacz, jakimś cudem rejestrując, że znów dzwoni Marcelina. Nie nacisnęła jednak słuchawki, aby odebrać połączenia. Zamiast tego głęboko z płuc wyrwało jej się pytanie

- Co ty tu robisz? 
- Dzień dobry! - przyglądał się jej przez chwilę - Nie odbierzesz?
- Za chwilę. Już rozmawiałam z Marceliną. 
- Ty też?
- Też.
- Alfeks?
- Tak. 
- Ty jej powiedziałaś, że wziąłem ich dokumenty?
- Przecież wziąłeś.
- Tak, ale odniosłem - podszedł bliżej, za blisko jak na gust Łucji - Nie zauważyłaś?
- Musiało mnie już nie być.
- Byłaś - mruknął - Byłaś, ale jak zwykle udawałaś, że mnie nie widzisz.
- Nie udawałam, po prostu nie widziałam cię - wzruszyła ramionami.
- Więc jest gorzej niż myślałem. Ignorujesz mnie celowo?
- Co takiego?
- Nic.

Zamilkł, ale Łucji szumiało w uszach. "Czy ignoruję go? Jak to? Przecież nigdy nawet dłużej nie rozmawialiśmy." - myślała gorączkowo - "Raz zapytał, czy nie napiję się kawy. Raz chciał wiedzieć, czy zalać mi herbatę. Było tego trochę, ale... Ale zawsze odpowiadałam, że dziękuję". Owszem, Łucja fantazjowała o nim niejednokrotnie, ale nigdy nie sądziła, że on jest w jakimkolwiek stopniu zainteresowany nią. 

- Włamałem się do danych personalnych - Łukasz zacisnął zęby, ale po chwili kontynuował - Sprawdziłem, gdzie mieszkasz. 
- Co zrobiłeś?
- Nie zwracasz na mnie uwagi. Musiałem spróbować.
- Włamałeś się do danych personalnych?
- No dobrze, mam do nich dostęp. Po prostu, nie powinienem z nich... korzystać.
- To jest karalne! 
- Okej, możesz zgłosić to na policję. Ale najpierw jedno pytanie. Pójdziesz ze mną na kawę?
- Co?
- Na litość - przewrócił oczami - Kobieto, od pół roku próbuję się z tobą umówić. Dziś postanowiłem zaryzykować, wziąłem wolne i postanowiłem cię odszukać. Słyszałem, jak mówiłaś Marcelinie, że masz wolne i wybierasz się na spacer po okolicy. Dlatego, proszę, chodź ze mną chociaż na kawę.
- Nie mogę - Łucja pokręciła głową, czując, że serce wali jej w piersi jak oszalałe. 

Czy zakładowy przystojniak Łukasz Szczyrk, o którym od czasu do czasu sobie fantazjowała naprawdę wziął w pracy urlop na żądanie, aby spróbować zaprosić ją na kawę? To było jak... opowieść fantasy.

- Dlaczego nie możesz? - wyglądał na zawiedzionego. Tak smutno, że aż komicznie i Łucji wyrwało się krótkie, wesołe parsknięcie - Co w tym zabawnego?
- Nic, przepraszam.
- Więc dlaczego nie możesz wybrać się ze mną na kawę? To tylko kawa.
- Owszem to tylko kawa, jednak ja, drogi kolego z pracy, po prostu nie pijam kawy...  Ale mogę zaproponować ci herbatę w mojej kuchni.
- W porządku! Wezmę co mi dasz! - Łucja zobaczyła, jak do jego oczu powraca blask - Idziemy od razu, czy chcesz jeszcze dokończyć spacer?
- Chcę dokończyć spacer, ale sama. 
- Więc co ze mną? Mam tu zostać?
- Nie, wróć do mojego mieszkania i zaczekaj na mnie na osiedlu. Furtka będzie otwarta, jak znam życie. Są ławeczki. W końcu adres już znasz...

Uśmiechnęła się do niego. Ładnie. Ładniej niż dotychczas, gdy nieśmiało mijała go na korytarzu w pracy. Ładniej niż, gdy odmawiała kawy w kuchni dla pracowników. Teraz uśmiechnęła się tak po prostu, z nadzieją. A Łukasz? Odpowiedział tym samym.


Koniec


 

fot. Sil

poniedziałek, 12 stycznia 2026

Nad dzikim stawem, czyli zapraszam na kolejne mikro opowiadanie Silentii ;)


Nad dzikim stawem

Silentia


    Nie było tego wiele. Trochę ziaren, które Daniela zgarnęła z blatu po krojeniu chleba. Dosypała też odrobinę kaszy, która rozsypała jej się rano, gdy próbowała na szybko ugotować krupnik na najbliższe kilka dni i jeszcze trochę tego wszystkiego, co leżało w pudełku obok chlebaka - zbierała tam ziarna słonecznika oraz inne, które nadawały się, by zabrać je na codzienny spacer.        Szła zawsze, niezależnie od pogody. Co wieczór tuż przed snem. Musiała pomyśleć, poukładać sobie szarą rzeczywistość, a najlepiej myślało jej się podczas samotnej przechadzki. I miała szczęście, bo mieszkała w spokojnej okolicy na obrzeżach wielkiego miasta. Kameralny blok, w którym dwa lata wcześniej nabyła swoje pierwsze mieszkanie, położony był wśród drzew, zaraz za niewielkim osiedlem domków jednorodzinnych, pamiętających jeszcze czasy wojny. Tak się składało, że niedaleko był również dziki park z jeszcze bardziej dzikim stawem. Zbiornik miał maleńką wysepką po środku i upodobały ją sobie kaczki. Nosiła im więc ziarna, kaszę czy inne drobiazgi, które nadawały się do dokarmiania zwierząt. Teraz było to szczególnie ważne - była zima a kaczki z jej ulubionego miejsca nie odleciały. 

- One nie do końca są dzikie - wyjaśniła kiedyś starsza sąsiadka - Miały kiedyś dom. To stara rudera po drugiej stronie rzeczki. Kojarzysz stary mostek i zagajnik kilkaset metrów za osiedlem?

Kojarzyła. Bywała i tam na spacerach. Lecz te kaczki nie wyglądały na hodowlane a w ruderze, o której wspominała sąsiadka, od lat nikt nie mieszkał. Ale kto wie? Może było w tym ziarno prawdy, skoro kaczki nie odleciały do ciepłych krajów?

    Tego dnia jak zwykle wyszła przejść się przed snem. Myślała, żeby zabrać ze sobą latarkę, gdyż niebo było zachmurzone, jednak spadł śnieg i właściwie wystarczało jej tego światła, które odbijał. Zresztą drogę znała lepiej niż własną kieszeń i sądziła, że nawet w zupełnej ciemności trafiłaby na miejsce. Ubrała się więc ciepło, schowała płócienny woreczek z ziarnami do kieszeni płaszcza, a następnie ruszyła w swoją drogę.
    Na miejscu była już po kwadransie, ale od razu zrozumiała, że coś jest inaczej niż zwykle. Owszem, było cicho, jak zawsze, a kaczek nie było prawie słychać, czym się nie przejęła, bo ptaki nie nocowały po tej części stawu, tylko podpływały z wysepki ze środka zbiornika i to dopiero wtedy, gdy zauważyły, że sypie jedzenie przy brzegu. Bardziej zastanawiało ją, że teraz były rozproszone po całym stawie, trwając nieruchomo w przeręblach lub chodząc po lodzie. "Dziwne" - myślała, ale wysypała nazbierane ziarna i tak. Ptaki momentalnie zaczęły przemieszczać się w jej kierunku, lecz nim dotarły do brzegu, spłoszył się. To wtedy właśnie usłyszała siarczyste przekleństwo. I to nie obok czy zza pleców, lecz z samego środka jeziorka.

- Kto tam jest? - zawołała czując rosnący niepokój.
- Na pewno nie kaczka. Cholera! - odpowiedział jej męski głos - Masz tam jakąś latarkę?
- Nie wzięłam latarki. Kim jesteś i co tam robisz po ciemku?
- Pewnie nie uwierzysz, ale nie cieszy mnie to, że jest tu tak ciemno - usłyszała wściekły sarkazm -  A masz tam może chociaż telefon?
- Mam, ale...
- Zadzwoń do mnie na 564324553.
- Słucham?
- Cholera, kobieto! Utknąłem na kaczej wysepce montując kaczkom cholerne domki, żeby nie zmarzły im kupry i w zamian los postanowił, że moja latarka przestanie działać, a gdy zacząłem po omacku wracać na brzeg, bo oczywiście doznałem amnezji i zapomniałem, że latarka jest również w telefonie... jedno z tych wrednych ptaszysk postanowiło mnie dziobnąć w szyję, w efekcie czego upuściłem glupi telefon. Czy możesz, do cholery, zadzwonić do mnie i pomóc mi go znaleźć? Ślicznie proszę?

Zawahała się. A co jeśli to jakiś zboczeniec? Ale z drugiej strony... co by robił na tej wysepce wieczorem, w środku zimy...

- Dobrze, podaj jeszcze raz ten numer...
- 564324553. Masz?
- Tak, już dzwonię.

Przewróciła oczami, gdy gdzieś z zarośli doszedł ją dźwięk dzwonka z jakąś ciężką, rockową muzyką. "Kto w ogóle używa jeszcze dzwonków muzycznych?" - przeszło jej przez myśl.

- Dobra, mam. Dzięki. 

W oddali rozbłysło światło a wtedy coś sobie uświadomiła. Przecież telefon ma wbudowaną latarkę. Miała latarkę zawsze przy sobie, gdy szła na te kacze wyprawy... Wybrała odpowiednią aplikację i rozświetliła nieco okolicę dokładnie w momencie, gdy stanęła przed nią wysoka, męska sylwetka. Przystojna sylwetka, chciałoby się rzec...


- Cześć - mruknął właściciel sylwetki - Wracając do wcześniejszego pytania, jestem Darek. Dzięki za pomoc. 
- YY, cześć - udało jej się wykrztusić - Jestem Daniela... Hmm, czemu stawiałeś domki dla kaczek po ciemku? Czy gmina nie powinna robić tego w dzień?
- Gmina? Słonko, nie pracuję dla gminy. Na ostatnim spacerze z psem zobaczyłem, że te wredne ptaki nie mają gdzie zimować, a skoro nie odleciały postanowiłem je wesprzeć. Miały szczęście kacze dzioby, bo mam zakład stolarski. Tylko nie sądziłem, że będą takie niewdzięczne.
- Aha. 
- Dokładnie. Heh! Masz na imię Daniela? Serio?
- Tak. Co w tym niby dziwnego? - obruszyła się - I zaraz... Zakład stolarski? Ten dwie ulice dalej?
- Tak. Ten jeden jedyny w okolicy.
- Świetnie, więc te przeraźliwe dźwięki pseudo muzyczne, które się stamtąd wydobywają to twoja sprawka? - skrzyżowała ręce na piersiach - Nie może człowiek spokojnie przejść i pomyśleć. Dobrze, że nie masz zbyt blisko sąsiadów.
- Pseudo muzyczne? Przepraszam, ale to klasyka, złotko. I tak, najlepiej się przy tym rżnie... drewno.

Sama nie wiedziała, dlaczego jego dobór słów przywołał rumieniec na jej policzki, ale na wszelki wypadek wyłączyła latarkę i postanowiła się wreszcie pożegnać.

- Jak uważasz. Dzięki za pomoc kaczkom, ale muszę już iść. Dobranoc.
- Widziałem i tak - zaśmiał się.
- Co niby? - spojrzała na niego przez ramię.
- Rumieńce. A teraz chodź, odprowadzę cię. 
- Nie, nie trzeba. 
- Mam po drodze, więc możemy iść razem lub milczeć i udawać, że tego drugiego tu nie ma, jak wolisz.
- W porządku.

    Szli przez jakiś czas w milczeniu, które powinno stawać się irytujące, ale, o dziwo, nie było takie. Daniela ze zdziwieniem zauważyła, że towarzystwo nieznajomego z jakiegoś powodu jej nie przeszkadza. Czuła, że zerkał na nią od czasu do czasu i sama również nie pozostawała dłużna. Nie próbowali rozmawiać, choć nie miała wrażenia, że udają, iż tego drugiego tu nie ma. Miała wrażenie, jakby w ciszy rozkoszowali się tą nieoczekiwanie wspólną przechadzką, aż do momentu, gdy zatrzymali się nagle pod jej blokiem.

- Okej, dzięki za spacerek - wyszczerzył się do niej miejscowy stolarz, wielbiciel ciężkich dźwięków i rżnięcia... drewna.
- Nie ma sprawy - odpowiedziała drobnym uśmiechem, wahając się, czy nie zaprosić go na herbatę i wtedy ją olśniło - Ej! Skąd wiedziałeś, że tu mieszkam?
- To nie była trudna zagadka - przewrócił oczami - Codziennie wieczorem wychodzisz i wracasz z tej bramy.
- Skąd wiesz? - wybałuszał na niego oczy - Śledziłeś mnie czy coś?
- Nie popadaj w paranoję, sąsiadko. Wiem, bo chodzę o tej porze z psem na spacer. To, że ty masz wywalone na ludzi, których mijasz, nie oznacza, że nie zauważają cię inni.
- Aha. I nie mam wywalone. Po prostu wychodzę... pomyśleć.
- I nakarmić kaczki - uśmiechnął się, tym razem ładniej, spokojniej.
- I nakarmić kaczki - potwierdziła.

Stali jeszcze przez chwilę, a następnie mężczyzna skinął jej głową, pomachał krótko i odszedł szybkim krokiem. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że nie zaprosiła go na tę herbatę. A może powinna w imieniu kaczek ugościć go jakoś? Podziękować. A może przestać się oszukiwać i przyznać, że mężczyzna po prostu wzbudza w niej nieokreślone, dawno zapomniane uczucia? Może tęsknotę za spotkaniem z płcią przeciwną... Odczuła zawód, że nie zaproponował, iż spotkają się kiedyś na jakąś kawę, czy coś takiego. Nie była już najmłodsza, może więc czas takich zaproszeń po prostu dla niej minął? Wcześniej, czekała na ten moment świętego spokoju, ale teraz? 
    Z ciężkim westchnieniem, powoli weszła do bramy i dalej po schodach do swojego mieszkania na drugim piętrze. Za oknem znów zaczął padać śnieg. Wzięła prysznic, zrobiła sobie filiżankę gorącej herbaty i rozsiadła się pod kocem z jakąś zapomnianą książką. Jej telefon zadźwięczał sygnałem przychodzącej wiadomości, sięgnęła więc po niego bez większej ekscytacji. Kto niby mógłby pisać do niej o tej porze?

"A i dzięki za telefon. Teraz łatwiej będzie cię zaprosić na kawę, bo przynajmniej już zauważyłaś, że istnieję. Jutro, gdy usłyszysz szczekanie zatrzymaj się na chwilę. Przedstawię cię Rymkowi. Darek"

Więc to wielkie, puchate bydle, które szczeka na kilometr za każdym razem, gdy ona akurat wychodzi na spacer ma na imię Rymek. Ciekawe...




fot. Silentia




niedziela, 14 grudnia 2025

Do świąt zostało dziesięć dni, więc czas najwyższy na świąteczne mikro opowiadanie, czyli "Plan ucieczki"

 

Plan ucieczki

Silentia


    Okej, już pamiętam z jakiego powodu przez ostatnie kilka lat unikałam przyjmowania zaproszeń na święta do domów moich znajomych i dalszych krewnych, którzy mi jeszcze pozostali. Problem w tym, że nie mogłam sobie przypomnieć takiego powodu kilkanaście dni temu, gdy moja wspólniczka a jednocześnie najlepsza przyjaciółka - Sara - zaproponowała, żebym dołączyła do Wielkiej Wigilii Kronosów w jej rodzinnym domu. Zapytała wówczas "Liz, dlaczego właściwie nie chcesz do nas wpaść? Przecież nie masz innych planów i siedzisz w święta sama od lat!" a ja w przypływie amnezji czy czegoś podobnego odpowiedziałam "Właściwie to nie wiem". "Wpadnij więc, proszę. Choć ten jeden raz!" - nalegała a ja z niewiadomych przyczyn odparłam "W sumie, dlaczego nie?" Wtedy nie potrafiłam znaleźć powodu "dlaczego nie", lecz teraz, gdy siedziałam wciśnięta w kąt między jednym a drugim wujkiem Sary, słuchałam ich żartów na poziomie ósmej klasy podstawówki i próbowałam setny raz poprosić ciotki, żeby nic mi nie nakładać na talerz "nawet na spróbowanie", moja pamięć jakby zaczęła wracać... Rychło w czas, nie ma co.

- Elizuniu, naprawdę nie chcesz spróbować sałatki śledziowej? To grzech nie spróbować wszystkich potraw na Wigilii!
- Nie dziękuję, pani Krysiu - uśmiechnęłam się do najstarszej ciotki mojej przyjaciółki - Naprawdę nie jadam ryb.
- Raz by ci nie zaszkodziło, dziecko.

Uśmiechnęłam się, ale już nawet nie chciało mi się tłumaczyć, że po pierwsze mam trzydzieści sześć lat i trudno mnie uznać za dziecko, po drugie owszem, zjedzenie ryby po dwudziestu latach wegetarianizmu mogłoby mi zaszkodzić a po trzecie jedyne, co jeszcze dziś uda mi się zmieścić w żołądku to krople na niestrawność...

Przez jadalnię przeszedł szmer niezadowolenia, gdy i Sara odmówiła jakiejś potrawy, zwłaszcza, że była w ciąży i przecież "powinna była jeść za dwoje", a następnie rozpoczęła się kolejna fala nietaktownych żartów nie tylko pod adresem niezamężnych kuzynek mojej przyjaciółki, ale i niestety pod moim. Przyjaźniłyśmy się z Sarą od pierwszej klasy szkoły podstawowej, już prawie trzydzieści lat. Znałam każdą z dwudziestu osób przy stole wigilijnym, przy których przyszło mi dziś biesiadować. Nikt nie uważał mnie za na tyle obcą osobę, żeby mieć dla mnie litość. Słuchałam więc, starałam się nie obrażać a nawet uśmiechnąć od czasu do czasu, jednak gdy wujek Albert zapytał na głos, czemu nikt jeszcze nie zechciał takiej ładnej "panienki" jak ja, uznałam że potrzebuję przerwy. Z miną sztucznie uprzejmą, posyłając Sarze znaczące spojrzenie, przecisnęłam się przez tłum ludzi w wieku sześćdziesiąt plus, po czym pobiegłam najpierw do toalety, a następnie narzuciłam płaszcz na ramiona i otworzyłam drzwi balkonowe w pokoju gościnnym. Musiałam dostać się do ogrodu. Marzyłam o chwili spokoju a tak się złożyło, że w domu rodziców Sary znałam idealne miejsce. Stara, drewniana huśtawka stała od zawsze na zadaszonej przez ojca mojej przyjaciółki werandzie. Musiałam tam teraz chwilę posiedzieć, odpocząć i zacząć logicznie myśleć. A pierwsze, co planowałam obmyślić, był grzeczny i nie wzbudzający podejrzeń plan ewakuacji z przyjęcia...

    Gdy tylko otworzyłam szklane drzwi prowadzące do ogrodu, owiał mnie ciepły, zupełnie nie zimowy wiatr. Jak to możliwe, że 24 grudnia nie tylko nie było mrozu i śniegu, ale temperatura sięgała dziecięciu kresek powyżej zera? Nawet wiatr zdawał się ciepły! Mimo to zaciągnęłam zamek w moim płaszczu pod samą szyję, myśląc o tym, że za chwilę na huśtawce pewnie noc wyda mi się jednak chłodna. Ale myliłam się, bo gdy tylko podeszłam bliżej wymarzonego miejsca odpoczynku, zrobiło mi się wręcz gorąco. Huśtawka nie była pusta, siedział na niej i jak gdyby nigdy nic sączył piwo prosto z butelki, doskonale znany mi osobnik. Ernest, starszy brat Sary, którego dziś miało tu nie być, a w którym podkochiwałam się przez cały okres szkoły podstawowej i co najmniej połowę liceum. A może i do dziś...

- Liz! - zasalutował mi butelką, gdy tylko nasze oczy się spotkały - Co ty tu robisz?
- Cześć, Ernest! Chciałam się przewietrzyć i zebrać myśli - starałam się zignorować płonące policzki. I tak nie mógł ich dojrzeć w panującym mroku - A ty? Co ty tutaj robisz? Sara wspominała, że cię nie będzie na Wigilii.
- Nie kłamała - zaśmiał się lekko ochrypłym głosem - Jak widzisz nie ma mnie na Wigilii, ale nie mówiłem, że nie zajrzę do staruszków, jak tylko cały ten tłum błaznów się wyniesie.
- A twoi rodzice...Wiedzą, że tu jesteś?
- Pewnie wiedzą... - przytaknął, następnie zaś wziął kolejny łyk ze swojej butelki - Tak jak wiedzieli, że nie pojawię się jako pożywka do paplaniny zbyt licznej rodziny matki.
- I akceptują twój brak przy stole?
- Nie bardzo mają wyjście - wzruszył ramionami, pociągając kolejny łyk - A ty? Skąd się tu wzięłaś?
- Uciekam. Jak widać nieskutecznie - zaśmiałam się nagle, niemal histerycznie.
- Jeszcze nie zauważyłaś przez trzydzieści lat przyjaźni z moją siostrą? Nie da się uciec przed Kronosami. - Ernest uśmiechnął się delikatnie. Jego uśmiech był ładny, czarujący wręcz, ale również smutny. Mogłam to dostrzec nawet przy nikłym świetle padającym zza niedomkniętych drzwi balkonowych, przez które dopiero co weszłam.
- Będę się jednak starać - odwzajemniłam uśmiech - Właśnie chciałam przysiąść na tej huśtawce i wymyślić plan ewakuacji.
- Cóż, zapraszam - odsunął się nieco w lewo robiąc mi miejsce - A co do planu...
- Tak?
- Mogę mieć pewną propozycję, jeśli jesteś zainteresowana.
- Jestem - przysiadłam wreszcie obok niego - Sama jeszcze nie mam pomysłu, więc chętnie wysłucham twojego.

Serce zaczęło walić mi wściekłe w klatce piersiowej, jakbym czuła, że propozycja Ernesta, starszego brata mojej najlepszej przyjaciółki, rozwiedzionego przystojniaka, który siedział teraz tuż obok mnie przegryzając wargę i łowiąc blask z moich oczu, miała nie być czymkolwiek, co spodziewałam się od niego usłyszeć.

- Chodźmy do mnie - wypowiedział wreszcie słowa, od których zrobiło mi się gorąco jak w największym upale  - Weźmy się za ręce tak dla sensacji, przejdźmy przez dom pełen ludzi, którzy nas wkurzają i życzmy im cholernie wesołych świąt, a następnie chodźmy do mnie, zostawiając ich w totalnym szoku. Mieszkam chwilowo trzy ulice dalej... zrobię grzane wino, obejrzymy coś a później... będziemy robić wszystko, na co być może od dawna mieliśmy ochotę. Co ty na to?
- Ernest... To jest kuszące, ale... - poczułam jakby moje serce właśnie miało wyskoczyć z klatki piersiowej.
- Ale co? - przysunął się bliżej - Czy jest coś, co masz do stracenia przyjmując moją propozycję?
- Nie, ale ..
- Ale co? - powtórzył.
- Nie wiem, jestem na Wigilii u twoich rodziców, u rodziców Sary. To trochę niegrzeczne...
- Bo przecież świetnie spędzasz czas, prawda? To pewnie dlatego ewakuowałaś się na ogród, aby obmyślić plan ucieczki? Liz, żadne z nas nie ma nic do stracenia. Ten wieczór może być tylko lepszy...
- Pewnie masz rację.
- Pewnie mam. Więc jak? Tak czy nie?
- Nie.

Skinął głową na znak, że akceptuje moją odpowiedź. Zobaczyłam jednak w jego oczach szczery zawód, ale niestety nie mogłabym się zgodzić na jego plan, gdyż w mojej głowie już uformował się lepszy.

- Mam inny plan, skoro nie masz w te święta nic do stracenia - zaczęłam wreszcie po pełnej napięcia chwili.
- Słucham więc, co może być lepszego od mojego planu - ponownie spojrzał w moim kierunku.
- Pójdziesz się przywitać z rodziną trzymając mnie za rękę, tak dla sensacji, życzymy im wspólnie wesołych świąt, a gdy już pozbierają szczęki z podłogi, podejdziemy do tego hoteliku na końcu ulicy, gdyż wynajęłam tam pokój na święta. Nie znoszę alkoholu, więc będziesz musiał obejść się bez grzanego wina, ale zapewniam, że możemy coś obejrzeć a następnie robić to, o czym być może od dawna oboje marzymy. Co ty na to?

Przez moment myślałam, że mi nie odpowie, później, że mnie wyśmieje a następnie już nawet nie byłam pewna, czy w ogóle jest rzeczywisty. Lecz w tym momencie Ernest nachylił się do mojego ucha i pieszcząc bok mojej twarzy gorącym oddechem, wyszeptał:

- Wygrałaś! Twój plan jest lepszy, więc chodźmy go zrealizować jak najszybciej.

Ernest energicznie odstawił swoją butelkę, wstał i wyciągnął do mnie rękę a następnie realizując plan ewakuacji, weszliśmy do domu jego rodziców. Pośpiesznie życzyliśmy wszystkim wesołych świąt, by móc udać się już robić te wszystkie rzeczy, o których być może od dawna marzyliśmy i nawet nie zauważyliśmy, jak odprowadza nas dwadzieścia par zszokowanych oczu.

Koniec


fot. Sil


wtorek, 18 listopada 2025

Listopadowy szept, czyli kolejne mikro opowiadanko Sil

 

Kochani!


Zapraszam na moje kolejne mikro opowiaanko "Listopadowy szept". Treść to oczywiście wytwór mojej wyobraźni i nie jest oparta na faktach. Tematyka obyczajowa.


Ściskam i pozdrawiam

Sil


Listopadowy szept
Silentia


- Mamo! Jak właściwie poznaliście się z tatą? 

Zabrałam ukochanego kotka mojego syna z jego pokoju, po czym mocniej nakryłam Maciusia kołdrą. Przysiadłam na brzegu jego łóżka, delikatnie masując swój ciążowy brzuszek.

- Mówiłam ci, kochanie. Babcia Grażynka i ja mieszkałyśmy w jednej klatce w bloku. Po prostu któregoś razu poznałam jej syna i zakochaliśmy się w sobie.
- E, to za proste! Zresztą tata mówił, że to Mrusia was ze sobą połączyła. Opowiesz mi? Proszę!
- No dobrze... - zamyśliłam się a na mojej twarzy pojawił się łagodny uśmiech. Tak, właściwie to Mrusia nas ze sobą połączyła, ona, jej trójka maluchów i listopadowy szept... i moja obecna teściowa - W  takim razie, synku, posłuchaj...

***


Kilka lat wcześniej.... 


    Wiało jak cholera i choć próbowałam naciągnąć kaptur jak najmocniej na twarz, mżawka powoli przerabiała moje włosy na mokre sznurki. Już nie miałam siły upychać ich pod materiałem kurtki, zwłaszcza że i rękawiczki od dawna miałam mokre. Ale musiałam wytrwać. Z latarką przeczesywałam okoliczne zarośla, ze wszystkich sił starając się być jednak dyskretną. A wszystko to przez sąsiadkę z bloku obok - Baśkę i jej długi jęzor. "Widziałaś już?" - pytała innej sąsiadki, starszej pani Grażynki, która słynęła z tego, że nie lubiła plotek, za to bardzo lubiła zwierzęta. W domu miała dwa adoptowane psy i trzy koty. Mówiła o nich, że ratują ją od samotności, odkąd jej jedyny syn wyjechał do innego miasta, do jakiejś świetnej pracy. Mówiła o nim z dumną zawsze, gdy akurat spotkałyśmy się na pobliskich ogródkach działkowych. Miała tam azyl dla swoich psów i kilka budek dla bezdomnych kotów. Jednak jej syna - "Michasia", trzydziestodwuletniego "Michasia"... widziałam tylko raz i całe szczęście. Facet był bowiem niesamowicie przystojny, a ja przecież dawno temu poprzysięgłam, iż zostanę starą panną, żeby nie musieć już znosić buraków jak mój były... 
    Ale teraz nie w głowie były mi ani byłe, ani niemożliwe związki, lecz szare futro jakichś kociąt, bo po słowach "Widziałaś już?" skierowanych do mamy przystojniaka, Baśka kontynuowała "W krzaczorach za tą starą szopą w polu okociła się jakaś dzika kotka. Moje psy znalazły ją wczoraj, chyba martwą, bo z daleka wyglądało mi, że się nie ruszała. Były wtulone w nią trzy kociaki. Szkoda ich..." - Baśka spojrzała znacząco na sąsiadkę. Oczywiście pani Grażynka od razu chciała polecieć i szukać maleństw, jednak los chciał inaczej. Zwichnęła kostkę. Nie udało jej się też dodzwonić przez cały dzień do pobliskiej fundacji, więc zamiast tego dwie godziny temu wykonała desperacki telefon do mnie. I choć po powrocie z pracy marzyłam tylko o gorącym prysznicu i dobrej kolacji, zamiast tego wzięłam latarkę i karton po odkurzaczu (był to jedyny karton, który posiadałam), po czym ruszyłam w zarośla ku starej szopie kilkaset metrów za naszym osiedlem. I teraz od godziny przeszukiwałam okolicę, zastanawiając się, czy nie słyszę miauczenia przez przeraźliwy wiatr, który próbował wywiać mnie z tego pola, czy może jednak stało się najgorsze i cała kocia rodzinka przeniosła się na tamten świat. Ostatni raz przystanęłam w całkowitej ciszy. Nie wołałam już "kici, kici", lecz próbowałam wychwycić uchem jakikolwiek dźwięk zza tej starej szopy, ale zamiast tego usłyszałam ciężkie kroki tuż za plecami. Odwróciłam się z latarką tak gwałtownie, że o mało nie wypadła mi z rąk, zaś gdy ujrzałam tuż przed sobą wielką, zakapturzoną postać, już nie zdołałam utrzymać źródła światła. W nagłym przypływie paniki, rzuciłam przedmiot przed siebie z głośnym wrzaskiem.

- Aua! Cholera! Odbiło ci kobieto?! - doszły do mnie poirytowane słowa mężczyzny, w którym przed chwilą widziałam swojego potencjalnego oprawcę.
- To tobie odbiło! - odwrzasnęłam - Dlaczego skradasz się za mną?! 
- Nie skradam się! Przed chwilą wołałem w twoim kierunku! A gdy nie reagowałaś, podszedłem bliżej. Dlaczego zdzieliłaś mnie latarką?
- Jak to dlaczego? - spojrzałam na niego jak na idiotę, choć szczerze mówiąc, absolutnie go nie widziałam i byłam pewna, że on również nie widzi mnie. 

Po chwili usłyszałam jakieś szmery i mężczyzna najwyraźniej odpalił własną latarkę w telefonie, bo rozbłysło światło oświetlając, bardzo, bardzo przystojną twarz, którą już gdzieś widziałam. Przełknęłam ślinę, momentalnie rozpoznając jegomościa.

- Ty jesteś Magda? - zapytał nieco spokojniej, chociaż jego ton wciąż nosił znamiona irytacji.
- Tak, a ty Michaś - skinęłam głową.
- Michał, wolałbym Michał, jeśli można. Moja matka zadzwoniła kilka godzin temu, że zwichnęła kostkę, ale odmówiła pojechania do szpitala, póki nie znajdę tu jakichś kociąt. Podobno poszłaś ich szukać. Wiesz może, co z tymi kotami?
- Nie, nie znalazłam ich, ale... czekaj! - nadstawiłam uszu, bo nagle usłyszałam jakiś cichutki dźwięk, jakby pisk - Jest tam może gdzieś koło ciebie moja latarka? - zapytałam szeptem, mocno zawstydzona.
- Zobaczę... Jest! - podał mi rzecz.

Wzięłam ją od niego i na szczęście działała. Przyłożyłam palec wskazujący do ust na znak, żeby mój nieoczekiwany towarzysz się nie odzywał teraz, po czym ostrożnie ruszyłam w kierunku, skąd dochodził pisk. Okazało się, że w szopie od strony zagajnika, w zamkniętych na starą, zardzewiałą kłódkę drzwiach była spora dziura. 

- Chyba są w środku... - szepnęłam.

Zaczęłam delikatnie mocować się z kłódką, jednak stare żelastwo wciąż mocno trzymało.

- Przesuń się trochę - nakazał nadal odrobinę wkurzony głos - Sądzę, że dam radę to otworzyć. 
- Dobrze... - odszepnęłam, cofając się o krok.

Michał oświetlił sobie całe drzwi, po czym zamiast mocować się z kłódką, jak ja przed chwilą, bez żadnego problemu wyszarpał skobel. No tak, mogłam o tym pomyśleć. Ostrożnie też odciągnął drzwi, blokowane przez zbyt wysokie trawy. Udało mu się jednak na tyle je otworzyć, że bez problemu moglibyśmy się przecisnąć. Podniosłam latarkę, a moim oczom ukazała się szara, przestraszona wychudzona koteczka i trzy maleństwa wtulone w jej brzuch. A więc mateczka kociątek nie umarła, może wieczorem po prostu tak przestraszyła się psów Baśki, że się nie ruszyła z miejsca?

- Co robimy? - zapytał Michał, o którego obecności zapomniałam na chwilę.
- A, wciąż tu jesteś - zarumieniłam się.
- Wciąż - prychnął - A co myślałaś?
- Przy drodze zostawiłam spory karton po odkurzaczu, mógłbyś go przynieść?
- Karton po odkurzaczu.... - mruknął, ale nie komentował więcej. Zamiast tego odwrócił się na pięcie i wrócił z moim lekko przemoczonym kartonem.
- Dziękuję - odebrałam moją rzecz. Zauważyłam, że nie jest pusta.
- Włożyłem do środka koc, matka nalegała, żebym zabrał - wzruszył ramionami, na moje pytające spojrzenie.

Skinęłam głową na znak, że rozumiem, po czym delikatnie podeszłam do kociej rodzinki.

- Cześć, skarby - zaczęłam ostrożnie, gdyż mateczka skuliła się nad swoimi dziećmi - Mam dla was ciepły karton. Zabiorę was w bezpieczne miejsce, dobrze? 
- Nie sądzę, żeby rozumiały ludzki - mruknął mój towarzysz, ale zaraz również przykucnął koło mnie. 

Usłyszeliśmy cichutki dźwięk, jakby mruczenie. Sięgnęłam po matkę i delikatnie przeniosłam ją i jej dzieci do kartonu. Cała czwórka była wychudzona, prawie nic nie ważyła, aż mi się serce krajało. 

- Chodźcie, skarby - przymknęłam karton.
- Daj, wezmę to - zarządził Michał, ale odmówiłam.
- Dziękuję, sama dam sobie radę.
- Tylko niczym w nie nie rzucaj, jak cię przestraszą.

Nic nie odpowiedziałam, tylko powoli przecisnęłam się na zewnątrz szopy i dalej, w kierunku drogi. Po kilku minutach byłam już na osiedlowej uliczce a ma horyzoncie majaczyły zamglone sylwetki bloków mieszkalnych, w których dzieliłam klatkę schodową z panią Grażyną.

- Czy twoja mama będzie wiedziała co z nimi zrobić, czy mam je zabrać do weterynarza? - zapytałam ostrożnie.
- Moja mama jest emerytowanym lekarzem weterynarii. Da sobie radę. 

Przytaknęłam, ale nie skomentowałam. W sumie wiedziałam, że od lat pomagała w fundacji dla zwierząt. Nie wiedziałam tylko, że jako weterynarz. 

- Mogę już wziąć ten karton? - zapytał Michał, gdy zbliżaliśmy się do naszej bramy.
- Nie. Obiecałam pani Grażynce, że znajdę i dostarczę jej te kotki. I tak zamierzam zrobić.
- Świetnie, porywcza i uparta. Ideał kobiety - mruknął w odpowiedzi, po czym wpisał kod na domofonie i otworzył dla mnie drzwi.
- Dziękuję - skinęłam głową, ani na chwilę nie odstawiając pudełka z kotkami. 

Od razu skręciłam w prawo, gdzie korytarz prowadził do drzwi mojej sąsiadki. Już chciałam nacisnąć łokciem dzwonek, ale Michał powstrzymał mnie gestem.

- Nie dzwoń, mam klucze. 

Klucz zazgrzytał w zamku, usłyszeliśmy szczekanie, a następnie głos pani Grażynki!

- Michaś! Powiedz mi, że znalazłeś całą piątkę!

Zdziwiłam się, była jedna mama i trzy kotki, w dodatku było prawdopodobieństwo, że mama nie będzie żyła... skąd pani Grażynce wzięła się ta piątka?

- Mam tylko cztery koty, pani Grażynko - odparłam szybko - Na szczęście mateczka też żyła. Czy miały być cztery kociaki?
- Ona ma na myśli też ciebie - przewrócił oczami Michał, a ja spojrzałam na niego zszokowana.
- Słucham?
- Oj, nie gniewaj się Madziu. Michał przyjechał, bo zaniepokoił się moją nogą, chociaż mówiłam, że to tylko zwichnięcie.  Powiedziałam mu, że musi iść ci na ratunek, żeby cię tam nie wywiało w tej misji, która powinna należeć do mnie.... - Pani Grażynka uśmiechnęła się nieśmiało, kuśtykając do przedpokoju - A teraz pokaż mi te maleństwa, na razie zamknęłam psy!

Postawiłam karton na stoliku za drzwiami, które wskazała mi sąsiadka. Nigdy nie byłam w tym pomieszczeniu, choć czasem odwiedzałam panią Grażynkę. Wyglądało na to, że urządziła sobie coś w rodzaju mini gabinetu lekarskiego. Wraz z Michałem przyglądaliśmy się, jak wyciągała i oglądała nasze znajdy, przemawiając do nich czule raz po raz. Co jakiś czas prosiła nas również o podanie czegoś lub przytrzymanie kota. Wreszcie jednak skończyła i ułożyła całą czwórkę na przygotowanym legowisku w rogu pokoju. W pobliżu postawiał też trzy miseczki.  

- Mam nadzieję, że będzie dobrze. Teraz potrzebują przede wszystkim ciepła i spokoju. Są trochę zziębnięte, a mama wychudzona, ale nie straciła pokarmu. Powinna szybko dojść do siebie. 

Wyszliśmy z gabinetu, a pani Grażynka starannie zamknęła za sobą drzwi.

- Zostaniesz na herbatę, słoneczko? - zwróciła się do mnie po chwili.
- Nie, nie. Dziękuję, pani Grażynko, ale chciałabym się jak najszybciej przebrać. Wypiję coś ciepłego już u siebie. 
- Michał, odprowadź panią. 
- Przecież mieszkam tylko dwa piętra wyżej - zaśmiałam się.
- Nie szkodzi - pani Grażynka uśmiechnęła się do mnie ciepło, po czym skierowała krytyczne spojrzenie na syna. 

Minę miał niezbyt zadowoloną, ale nie skomentował prośby matki. Westchnął, a gdy się pożegnałyśmy, otworzył przede mną drzwi.

- Dziękuję - skomentowałam jego gest, po czym ruszyłam pierwsza, czując się odrobinę nieswojo, z tym rosłym mężczyzną za moimi plecami.

Gdy doszliśmy już pod moje odrzwi, otworzyłam je pospiesznie i chciałam się jak najszybciej pożegnać, lecz zamiast tego powiedziałam coś absolutnie głupiego.

- Może wejdziesz do mnie na herbatę? - spojrzałam Michałowi w twarz i w tym momencie zobaczyłam kpiarski uśmieszek i łobuzerski błysk w jego oku.
- A wiesz? Chętnie!



fot. Sil


środa, 29 października 2025

A gdy przyszła jesień..., czyli zapraszam do lektury mojego pierwszego mikro opowiadanka

 

Kochani!

Tak, jak obiecałam, poniżej znajduje się pierwsze (współcześnie) z moich mikro opowiadań "A gdy przyszła jesień...". Tematyka miłosna i obyczajowa. Historia oczywiście jest zmyślona a wszystkie fakty w niej zawarte są wytworem mojej wyobraźni. Miłej lektury!

Ściskam i pozdrawiam

Sil


A gdy przyszła jesień...

Silentia


    Nie wiedzieć kiedy minął październik... A właściwie dopiero mijał, bo teraz, gdy Agata stała na moście wpatrzona w zieloną taflę długiego stawu, był jego przedostatni dzień. Nie tak miał wyglądać jej październik, nie tak miniony wrzesień. Jesień to miał być nowy początek, pełen radości i miłości, ale niestety. Nie było jej to dane.
    Choroba przyszła cicho i podstępnie, gdy akurat Agata zaczynała układać sobie nowe życie po rozwodzie, po burzliwym rozwodzie, chciałoby się rzec. Tomek nie był łatwym mężem ani w ich wspólnym życiu, ani podczas rozprawy kończącej ich siedem lat małżeństwa, które ona uparcie nazywała "siedem lat nieszczęścia". Ale rozwód wreszcie orzeczono a wyrok uprawomocnił się wiosną. A latem? A latem spotkała miłość swojego życia, szkoda tylko, że tak szybko musiała z niej zrezygnować.

    Adam nie rozumiał, gdy w połowie września, tuż przed tym, jak postanowili wyjechać razem na romantyczny weekend, Agata nagle zadzwoniła i odwołała wszystko. "Wybacz mi, nie gniewaj się..." - szeptała do słuchawki, chociaż on nie był zły. Zawiedziony? Tak. Zraniony? Oczywiście. Aż w sercu ją ścisnęło, gdy tylko przypomniała sobie ból w jego głosie. Próbował ją zrozumieć, czuła to. Chciał spotkać się i porozmawiać. "Aguś, coś wymyślimy, cokolwiek się stało damy radę" - zapewniał. I doskonale wiedziała, że tak by właśnie było. Oczywiście, że byłby przy niej, że nie porzuciłby jej w nieszczęściu. Ale ona nie mogła mu tego zrobić. Adam też był po przejściach, też miał za sobą zawód miłosny i ciężkie rozstanie. I tak, jak ona, pragnął teraz na spokojnie ułożyć sobie życie, założyć rodzinę. A ona? Nie tylko nie wiedziała, czy długo będzie jej dane żyć na tym świecie, ale jeszcze, czy w ogóle będzie mogła mieć dzieci. "Nie ma dużego zagrożenia, stadium jest wczesne. Miała pani dużo szczęścia, że tak szybko do nas trafiła. Prosty zabieg, kilka wlewek chemii. Za kilka lat zapomni pani, że w ogóle coś takiego się przydarzyło"- zapewniał lekarz, ona jednak nie była już taka pewna. Nowotwór to nowotwór. Nie ma pewności nigdy. Nie mogła więc obarczać takim ciężarem mężczyzny, którego pokochała. Adam byłby z nią bez względu na wszystko, ale zasługiwał na kogoś lepszego. Zdrowego, bez ryzyka.
    Dziś była już po operacji, dochodziła do siebie. Spacerowała, gdy tylko miała możliwość, czytała książki. W listopadzie miała już wrócić do pracy, czekali na nią w przedszkolu, w którym pracowała. Dostała mnóstwo laurek od dzieci, chociaż była tylko sekretarką. "Jeszcze jutro, ostatnia chemia i mogę na razie zapomnieć o tym koszmarze..." - myślała, śledząc wzrokiem stado szarych kaczek - "Jeszcze tylko chwila i życie znów wróci na właściwe tory".

    Nazajutrz dotarła na swoją ostatnią wlewkę chemii.

- Wreszcie kończymy. Cieszy się pani? - zagadnęła ją miła, starsza pielęgniarka. To była jedna z tych osób, która była we właściwym miejscu, we właściwym czasie. Ciepła, współczująca, z tym delikatnym uśmiechem, pełnym życzliwości dla pacjentów.
- Oczywiście - Agata również posłała uśmiech w stronę pielęgniarki - Tylko za panią będę tęsknić, pani Olu.
- A jednak nie powiem, że będę tu na panią czekać. Będę trzymać kciuki, byśmy w tym szpitalu więcej nie musiały się spotykać.
- Dziękuję - Agata skinęła głową na znak, że rozumie. 

Poszły wykonać jeszcze jakieś badania, kilka standardowych pytań i Agatę podłączono do kroplówki z trucizną. Na szczęście zatruć miały się tylko komórki rakowe, nic więcej.

    Kroplówka kapała powoli, w pokoju panował półmrok i nic nie mąciło ciszy przez dłuższą chwilę, lecz nagle po karku Agaty przeszedł dreszcz. Z oddali usłyszała rozmowę grupki osób, jeden mężczyzna zaśmiał się, ale to nie ten dźwięk sprawił, że serce Agaty zabiło mocniej. Chodziło o coś innego, o przytłumioną odpowiedź drugiego z mężczyzn. Agacie zdawało się, że zna ten głos, ale to nie było możliwe, aby rozpoznała tu Adama. Po pierwsze, co robiłby w szpitalu onkologicznym? Po drugie, nie było szans, aby rozpoznała jego głos przez przymknięte drzwi. Była niewielka szczelina zostawiona przez pielęgniarkę, ale i tak. Agata była pewna, że to jednak tęsknota przez nią przemawia. Tęsknota za utraconą miłością.
    Głosy przybrały na sile, podobnie jak uderzenia serca w klatce piersiowej Agaty, bo głos mężczyzny zza drzwi wciąż niezmiennie kojarzył jej się z Adamem. Musieli być bardzo blisko, bo słyszała ich teraz lepiej. Wyglądało na to, że omawiane są kwestie administracyjne, nie medyczne. Coś o planach finansowych, o zakupach... Nagle drzwi do jej sali otworzył się na oścież, a pielęgniarka Ola o coś zapytała. Agata nie usłyszała o co, bo w tym momencie jej zszokowane oczy natrafiły na niemniej zaskoczone spojrzenie Adama.

- Agata?! Co ty tu robisz? Co się dzieje? - prawie wbiegł do środka.
- Przepraszam, panie Adamie, ale nie wolno tak wchodzić do pokojów pacjentów.
- Pani Olu, to mój... znajomy - Agata odchrząknęła cicho.
- Życzy pani sobie, żeby na chwilę został? Widzę, że jeszcze z kwadrans kroplówka będzie schodzić.
- Może na chwilę zostać...

Adam odwrócił się do starszego mężczyzny w białym kitlu i przeprosił na chwilę. Obiecał, że zaraz wrócą do rozmowy, a następnie odczekał aż pielęgniarka wyjdzie na korytarz i starannie, powoli zamknął drzwi.

- Aguś... - jęknął dokładnie obejmując ją wzrokiem, następnie delikatnie usiadł na brzegu łóżka, na którym półleżała. 
- Cześć, Adam - spróbowała się uśmiechnąć - Skąd się tu wziąłeś?
- Pracuję w tym szpitalu. Po twoim nagłym odejściu musiałem coś zmienić, akurat tutaj szukali kogoś do księgowości. Dogadałem się z poprzednim pracodawcą i puścił mnie od października do nowej pracy. A teraz ważniejsze... - spojrzał jej głęboko w oczy - Co ty robisz na oddziale onkologicznym podpięta do kroplówki?

Zawahała się. Ufała mu i choć trzymała swoją chorobę w tajemnicy przed wszystkimi, przed którymi się dało, nie wątpiła, że jemu akurat mogłaby powiedzieć. Jednak co jeżeli skojarzy fakty? C, jeżeli zrozumie, że to był powód ich rozstania. Wciąż nie chciała być ciężarem. Nie chciała mu odbierać szansy na związek z kimś lepszym niż ona.

- Aguś... - ponaglił stanowczo - Co się dzieje? Co ci dolega?
- To, co może dolegać na onkologii - poczuła, że szklą się jej oczy.
- Masz raka? - zbladł lekko.

Milczała, ale gdy wziął ją za rękę, powoli przytaknęła.

- Kiedy się dowiedziałaś?
- Na początku września...
- A więc to dlatego? Dlatego odeszłaś! - stwierdził bez cienia wątpliwości.
- Wybacz - szepnęła - Nie mogę obarczać cię sobą.
- Obarczać mnie? Aguś - jęknął - Obarczyłaś mnie brakiem siebie!
- Nie rozumiesz? - Agata pokręciła głową i odwróciła wzrok - Nie wiem, czy będę mogła mieć dzieci. A przecież pragniesz rodziny.
- Pragnę - przytaknął - ale ta rodzina równie dobrze może być dwuosobowa. I ja również nie wiem, czy mogę mieć dzieci. Byłem pięć lat a związku, staraliśmy się... i jakoś moja była nie zaszła w ciążę. Nie jestem pewien, gdzie leżał problem. Może we mnie? Czy to mnie przekreśla a twoich oczach?
- Oczywiście, że nie! - oburzyła się.
- A jednak uznałaś, że przekreśla ciebie w moich. Tak złą masz o mnie opinię? - posmutniał.
- To nie tak - do oczu Agaty znów napłynęły łzy - Chodziło też o to... wiesz... że mogę umrzeć.
- Aguś - zniecierpliwił się - I ja mogę niedługo umrzeć. Nie dalej niż kilka dni temu, jakiś pirat drogowy skasował moje auto na parkingu. Gdybym akurat był a środku... Każde życie zakończy się kiedyś śmiercią! Nikt nie wie, ile komu pisane.
- Ale jednak nowotwory niosą za sobą większe ryzyko. Nie możesz zaprzeczyć.
- Nie mogę, ale mogę coś innego - przytaknął a następnie nachylił się, by złożyć na ustach Agaty delikatny pocałunek. - Ale mogę być z tobą szczęśliwy przez te wszystkie dni, które są nam pisane. Mogę też lepiej doceniać wspólne chwile wiedząc, że gdzieś tam istnieje to dodatkowe ryzyko.
- Więc chciałbyś, żebyśmy znów zaczęli się spotykać? - zapytała nieśmiało.
- Nie, chcę czegoś więcej. Ostatnie tygodnie to była pustka i smutek. Samo spotykanie to już dla mnie za mało. Właśnie uświadomiłaś mi kruchość naszego życia, Aguś, więc sądzę, że nie powinniśmy go już marnować. Chcę, żebyś wprowadziła się do mnie w trybie natychmiastowym. Co ty na to?

Agata uśmiechnęła się, gdy do pokoju weszła pielęgniarka. Pani Ola odłączyła kroplówkę, pożegnała się i wyszła z miłym uśmiechem na twarzy. Agata otarła łzy i powoli wstała ze szpitalnego łóżka.

- A wiesz? W sumie... czemu nie?

Koniec


fot. Sil


Najpopularniejsze posty :)