Nad dzikim stawem
Silentia
Nie było tego wiele. Trochę ziaren, które Daniela zgarnęła z blatu po krojeniu chleba. Dosypała też odrobinę kaszy, która rozsypała jej się rano, gdy próbowała na szybko ugotować krupnik na najbliższe kilka dni i jeszcze trochę tego wszystkiego, co leżało w pudełku obok chlebaka - zbierała tam ziarna słonecznika oraz inne, które nadawały się, by zabrać je na codzienny spacer. Szła zawsze, niezależnie od pogody. Co wieczór tuż przed snem. Musiała pomyśleć, poukładać sobie szarą rzeczywistość, a najlepiej myślało jej się podczas samotnej przechadzki. I miała szczęście, bo mieszkała w spokojnej okolicy na obrzeżach wielkiego miasta. Kameralny blok, w którym dwa lata wcześniej nabyła swoje pierwsze mieszkanie, położony był wśród drzew, zaraz za niewielkim osiedlem domków jednorodzinnych, pamiętających jeszcze czasy wojny. Tak się składało, że niedaleko był również dziki park z jeszcze bardziej dzikim stawem. Zbiornik miał maleńką wysepką po środku i upodobały ją sobie kaczki. Nosiła im więc ziarna, kaszę czy inne drobiazgi, które nadawały się do dokarmiania zwierząt. Teraz było to szczególnie ważne - była zima a kaczki z jej ulubionego miejsca nie odleciały.
- One nie do końca są dzikie - wyjaśniła kiedyś starsza sąsiadka - Miały kiedyś dom. To stara rudera po drugiej stronie rzeczki. Kojarzysz stary mostek i zagajnik kilkaset metrów za osiedlem?
Kojarzyła. Bywała i tam na spacerach. Lecz te kaczki nie wyglądały na hodowlane a w ruderze, o której wspominała sąsiadka, od lat nikt nie mieszkał. Ale kto wie? Może było w tym ziarno prawdy, skoro kaczki nie odleciały do ciepłych krajów?
Tego dnia jak zwykle wyszła przejść się przed snem. Myślała, żeby zabrać ze sobą latarkę, gdyż niebo było zachmurzone, jednak spadł śnieg i właściwie wystarczało jej tego światła, które odbijał. Zresztą drogę znała lepiej niż własną kieszeń i sądziła, że nawet w zupełnej ciemności trafiłaby na miejsce. Ubrała się więc ciepło, schowała płócienny woreczek z ziarnami do kieszeni płaszcza, a następnie ruszyła w swoją drogę.
Na miejscu była już po kwadransie, ale od razu zrozumiała, że coś jest inaczej niż zwykle. Owszem, było cicho, jak zawsze, a kaczek nie było prawie słychać, czym się nie przejęła, bo ptaki nie nocowały po tej części stawu, tylko podpływały z wysepki ze środka zbiornika i to dopiero wtedy, gdy zauważyły, że sypie jedzenie przy brzegu. Bardziej zastanawiało ją, że teraz były rozproszone po całym stawie, trwając nieruchomo w przeręblach lub chodząc po lodzie. "Dziwne" - myślała, ale wysypała nazbierane ziarna i tak. Ptaki momentalnie zaczęły przemieszczać się w jej kierunku, lecz nim dotarły do brzegu, spłoszył się. To wtedy właśnie usłyszała siarczyste przekleństwo. I to nie obok czy zza pleców, lecz z samego środka jeziorka.
- Kto tam jest? - zawołała czując rosnący niepokój.
- Na pewno nie kaczka. Cholera! - odpowiedział jej męski głos - Masz tam jakąś latarkę?
- Nie wzięłam latarki. Kim jesteś i co tam robisz po ciemku?
- Pewnie nie uwierzysz, ale nie cieszy mnie to, że jest tu tak ciemno - usłyszała wściekły sarkazm - A masz tam może chociaż telefon?
- Mam, ale...
- Zadzwoń do mnie na 564324553.
- Słucham?
- Cholera, kobieto! Utknąłem na kaczej wysepce montując kaczkom cholerne domki, żeby nie zmarzły im kupry i w zamian los postanowił, że moja latarka przestanie działać, a gdy zacząłem po omacku wracać na brzeg, bo oczywiście doznałem amnezji i zapomniałem, że latarka jest również w telefonie... jedno z tych wrednych ptaszysk postanowiło mnie dziobnąć w szyję, w efekcie czego upuściłem glupi telefon. Czy możesz, do cholery, zadzwonić do mnie i pomóc mi go znaleźć? Ślicznie proszę?
Zawahała się. A co jeśli to jakiś zboczeniec? Ale z drugiej strony... co by robił na tej wysepce wieczorem, w środku zimy...
- Dobrze, podaj jeszcze raz ten numer...
- 564324553. Masz?
- Tak, już dzwonię.
Przewróciła oczami, gdy gdzieś z zarośli doszedł ją dźwięk dzwonka z jakąś ciężką, rockową muzyką. "Kto w ogóle używa jeszcze dzwonków muzycznych?" - przeszło jej przez myśl.
- Dobra, mam. Dzięki.
W oddali rozbłysło światło a wtedy coś sobie uświadomiła. Przecież telefon ma wbudowaną latarkę. Miała latarkę zawsze przy sobie, gdy szła na te kacze wyprawy... Wybrała odpowiednią aplikację i rozświetliła nieco okolicę dokładnie w momencie, gdy stanęła przed nią wysoka, męska sylwetka. Przystojna sylwetka, chciałoby się rzec...
- Cześć - mruknął właściciel sylwetki - Wracając do wcześniejszego pytania, jestem Darek. Dzięki za pomoc.
- YY, cześć - udało jej się wykrztusić - Jestem Daniela... Hmm, czemu stawiałeś domki dla kaczek po ciemku? Czy gmina nie powinna robić tego w dzień?
- Gmina? Słonko, nie pracuję dla gminy. Na ostatnim spacerze z psem zobaczyłem, że te wredne ptaki nie mają gdzie zimować, a skoro nie odleciały postanowiłem je wesprzeć. Miały szczęście kacze dzioby, bo mam zakład stolarski. Tylko nie sądziłem, że będą takie niewdzięczne.
- Aha.
- Dokładnie. Heh! Masz na imię Daniela? Serio?
- Tak. Co w tym niby dziwnego? - obruszyła się - I zaraz... Zakład stolarski? Ten dwie ulice dalej?
- Tak. Ten jeden jedyny w okolicy.
- Świetnie, więc te przeraźliwe dźwięki pseudo muzyczne, które się stamtąd wydobywają to twoja sprawka? - skrzyżowała ręce na piersiach - Nie może człowiek spokojnie przejść i pomyśleć. Dobrze, że nie masz zbyt blisko sąsiadów.
- Pseudo muzyczne? Przepraszam, ale to klasyka, złotko. I tak, najlepiej się przy tym rżnie... drewno.
Sama nie wiedziała, dlaczego jego dobór słów przywołał rumieniec na jej policzki, ale na wszelki wypadek wyłączyła latarkę i postanowiła się wreszcie pożegnać.
- Jak uważasz. Dzięki za pomoc kaczkom, ale muszę już iść. Dobranoc.
- Widziałem i tak - zaśmiał się.
- Co niby? - spojrzała na niego przez ramię.
- Rumieńce. A teraz chodź, odprowadzę cię.
- Nie, nie trzeba.
- Mam po drodze, więc możemy iść razem lub milczeć i udawać, że tego drugiego tu nie ma, jak wolisz.
- W porządku.
Szli przez jakiś czas w milczeniu, które powinno stawać się irytujące, ale, o dziwo, nie było takie. Daniela ze zdziwieniem zauważyła, że towarzystwo nieznajomego z jakiegoś powodu jej nie przeszkadza. Czuła, że zerkał na nią od czasu do czasu i sama również nie pozostawała dłużna. Nie próbowali rozmawiać, choć nie miała wrażenia, że udają, iż tego drugiego tu nie ma. Miała wrażenie, jakby w ciszy rozkoszowali się tą nieoczekiwanie wspólną przechadzką, aż do momentu, gdy zatrzymali się nagle pod jej blokiem.
- Okej, dzięki za spacerek - wyszczerzył się do niej miejscowy stolarz, wielbiciel ciężkich dźwięków i rżnięcia... drewna.
- Nie ma sprawy - odpowiedziała drobnym uśmiechem, wahając się, czy nie zaprosić go na herbatę i wtedy ją olśniło - Ej! Skąd wiedziałeś, że tu mieszkam?
- To nie była trudna zagadka - przewrócił oczami - Codziennie wieczorem wychodzisz i wracasz z tej bramy.
- Skąd wiesz? - wybałuszał na niego oczy - Śledziłeś mnie czy coś?
- Nie popadaj w paranoję, sąsiadko. Wiem, bo chodzę o tej porze z psem na spacer. To, że ty masz wywalone na ludzi, których mijasz, nie oznacza, że nie zauważają cię inni.
- Aha. I nie mam wywalone. Po prostu wychodzę... pomyśleć.
- I nakarmić kaczki - uśmiechnął się, tym razem ładniej, spokojniej.
- I nakarmić kaczki - potwierdziła.
Stali jeszcze przez chwilę, a następnie mężczyzna skinął jej głową, pomachał krótko i odszedł szybkim krokiem. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że nie zaprosiła go na tę herbatę. A może powinna w imieniu kaczek ugościć go jakoś? Podziękować. A może przestać się oszukiwać i przyznać, że mężczyzna po prostu wzbudza w niej nieokreślone, dawno zapomniane uczucia? Może tęsknotę za spotkaniem z płcią przeciwną... Odczuła zawód, że nie zaproponował, iż spotkają się kiedyś na jakąś kawę, czy coś takiego. Nie była już najmłodsza, może więc czas takich zaproszeń po prostu dla niej minął? Wcześniej, czekała na ten moment świętego spokoju, ale teraz?
Z ciężkim westchnieniem, powoli weszła do bramy i dalej po schodach do swojego mieszkania na drugim piętrze. Za oknem znów zaczął padać śnieg. Wzięła prysznic, zrobiła sobie filiżankę gorącej herbaty i rozsiadła się pod kocem z jakąś zapomnianą książką. Jej telefon zadźwięczał sygnałem przychodzącej wiadomości, sięgnęła więc po niego bez większej ekscytacji. Kto niby mógłby pisać do niej o tej porze?
"A i dzięki za telefon. Teraz łatwiej będzie cię zaprosić na kawę, bo przynajmniej już zauważyłaś, że istnieję. Jutro, gdy usłyszysz szczekanie zatrzymaj się na chwilę. Przedstawię cię Rymkowi. Darek"
Więc to wielkie, puchate bydle, które szczeka na kilometr za każdym razem, gdy ona akurat wychodzi na spacer ma na imię Rymek. Ciekawe...
![]() |
| fot. Silentia |

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz