sobota, 3 stycznia 2026

Styczniowa "Wróżka", czyli co czytałam sobie w sylwestrowy wieczór

     

    Zacznijmy od tego, że czasopismo "Wróżka" kupowałam dotychczas tylko kilka razy w życiu i do tej pory wnętrze było dla mnie stosunkowo ciekawe. Pisałam o tym miesięczniku już kilkakrotnie a później przestałam, bo uznałam, że jednak nie jest warty tych kilkunastu złotych i mojego czasu. Nie mniej jednak, gdy w osiedlowym markecie zobaczyłam na koniec roku styczniową "Wróżkę", postanowiłam kupić ją sobie na sylwestrowy wieczór. Przejrzałam tytuły i stwierdziłam, co następuje - ciekawe jest nadal, ale znalazłam również kilka wad. 
    Zacznijmy od tego, o czym pisałam również rok temu - wielki horoskop na 2026, który jest specjalnie reklamowany na okładce, nie jest wielki, tylko znów zawiera parę zdań na krzyż. Trochę mało, jak na czasopismo o podobnej tematyce. Ponadto autorka jednego z artykułów używa nieprawidłowego sformułowania "wziąć na tapetę" zamiast "wziąć na tapet" i najwidoczniej nikt tego błędu nie zauważył. Skoro już zaczęłam od wad to dodam jeszcze, że autor najważniejszego artykuł miesiąca (w moim odczuciu oczywiście) troszkę dziwnie odnosi się do tematu, który dla mnie ma dość proste przesłanie, ale o tym za chwilę. Do zalety przejdę na końcu ;).
    Dobrze wiecie, Drodzy Czytelnicy, bo nie robię z tego tajemnicy, jaki mam stosunek do horoskopów. Nie piszę oczywiście o horoskopach urodzeniowych, bo to inna bajka i do tego tematu nie będę się w ogóle odnosić. Piszę o horoskopach miesięcznych czy rocznych "przewidujących przyszłość". Lubię je czytać od zawsze, ale od zawsze traktuję je również z ogromnym przymrużeniem oka. Jeśli są pozytywne, mówię sobie "Ale fajnie!" Jeśli są negatywne, mówię "Ale bzdury". W każdym miesiącu, w magazynie "Wróżka" horoskopów jest sporo. Ogólna prognoza astrologiczna plus po jednej pełnej stronie dla każdego znaku zodiaku (razem 12 ;)). Do tego w każdej "Wróżce" są jeszcze dwie strony horoskopu numerologicznego. Innymi słowy - jest co czytać. Tymczasem "wielki" horoskop na właśnie rozpoczynający się rok to 4 strony na 12 znaków i kilka zdawkowych zdań. Trochę czegoś innego spodziewa się człowiek, gdy bierze do rąk czasopismo o nazwie "Wróżka" ;).
    Sprawa druga, jeżeli "zwykły ktoś" mówi "brać na tapetę" to jestem w stanie uwierzyć, że nie ma pojęcia, iż w sformułowaniu nie chodzi o tapetę na ścianie, w telefonie czy komputerze. Gdy jednak taki błąd popełnia dziennikarz? To już jest dla mnie za dużo. Powiedzenie "brać na tapet" pochodzi z języka niemieckiego i jest związane ze stołem do obrad. Tapet to był po prostu stół przykryty zielonym suknem, na który trafiały sprawy do dyskusji. Dlatego mówimy brać na tapet a nie na tapetę. Błąd jest nagminny, podobnie jak np. krokodyle łzy. Większość ludzi w naszym kraju sądzi, że chodzi o ogromny, intensywny płacz, podczas gdy "krokodyle łzy" to inaczej łzy fałszywe. Tak, jak wspominałam wcześniej, gdy błędnie używają tych powiedzeń "zwykli" ludzie - tak bardzo mnie to nie razi. Jednak podobne błędy u osób zawodowo zajmujących się pisaniem? Moim zdaniem nie powinny się zdarzać, a jeśli się zdarzą - nikt nie jest doskonały, to powinna je wyłapać korekta.
    I jeszcze jedna niespójność, którą dostrzegam w styczniowej "Wróżce". Artykuł "Po co nam ten bal" (Kazimierz Pytko). W zasadzie po lekturze można powiedzieć, że tekst jest poprawny. Artykuł stwierdza, że nie ma astrologicznego powodu, żeby tak hucznie obchodzić przełom roku (31 grudnia i 1 stycznia), wyjaśnia, że wybór pierwszego stycznia na początek roku jest przypadkiem i analizuje historię kalendarzy. Ponadto autor przyznaje, że najważniejsza jest tylko symbolika zakończenia i początku, nie zaś sama data. Czego więc się czepiam? - mówiąc kolokwialnie. Ano tego, że czytając tekst "Po co nam ten bal?" miałam wrażenie, iż autor nie tylko nie docenia symboliki początku i końca, ale również podchodzi do nich bardzo sceptycznie. Nie odebrałam tego artykułu jako obiektywnego, a raczej nacechowanego pejoratywnie. Czy taki był zamysł dziennikarza? Nie wiem i pewnie się nie dowiem. Po prostu do mnie nie trafił.
    A co widzę pozytywnego w styczniowej "Wróżce"? Oczywiście rewelacyjny felieton Doroty Sumińskiej, znanej pani weterynarz. Uwielbiam czytać teksty Sumińskiej i rzadko mnie zawodzą. Gdyby "Wróżka" posiadała w swoim wnętrzu więcej takich treści, pewnie chętniej bym ją kupowała. Podobał mi się również, choć od razu powiem, że nie wszystko do mnie przemówiło artykuł "Szamanizm na każdy dzień" Marty Bitner. Fajny jest również tekst o tańcu intuicyjnym. Taniec do mnie nie przemawia i nie mieści się w kręgu moich zainteresowań a jednak nieraz sprzątając czy gotując pląsam sobie po kuchni. Oczywiście, gdy nie widzi mnie nikt spoza moich najbliższych :). Dla mnie to jest właśnie taniec intuicyjny, a nawet mimowolny... ;)
     Jeśli coś miałabym jeszcze polecić dla czytelników styczniowej "Wróżki" to będzie to artkuł "Zagubiony w czasie" Krzysztofa Kwiatkowskiego. Pamiętacie film "Powrót do przyszłości"? Jeśli byliście jego fanami lub po prostu wspominacie go z sentymentem - ten artykuł może być dla Was ciekawy.
    Najprawdopodobniej przez jakiś czas znów nie będę kupować magazynu "Wróżka", ale gdy znów się skuszę to na pewno dam znać na read2sleep.pl.


Ściskam i pozdrawiam
Silentia






fot. Sil

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Najpopularniejsze posty :)