wtorek, 3 marca 2026

"W brzozowym zagajniku", czyli mikro opowiadanie dla uczczenia Dnia Pisarza ;)


W brzozowym zagajniku

Silentia


    "Zimno" - pomyślała Łucja i miała ochotę powiedzieć to na głos, ale nie znalazła powodu. W pobliżu nie było nikogo, kto mógłby jej zacząć współczuć. Sama dla siebie? I tak już to wiedziała. Po co więc strzępić język? Tego dnia miała być pełnia księżyca i wyszła na spacer, aby mu się przyjrzeć. Ale był środek słonecznego dnia, a w słoneczny dzień na błękitnym niebie niekoniecznie da się dojrzeć pełnię. Czasem tak, ale najwidoczniej nie dziś. Wzruszyła ramionami, mocniej zawiązała obszerny sweter, a następnie ruszyła w przeciwnym kierunku, niż początkowo zamierzała iść. 
    Nie mieszkała w centrum miasta, choć była mieszczuchem. Lubiła gwar miasta, szum urządzeń, piękno zabytków na starówce i nowoczesne biurowce - przeszklone, sięgające chmur, pełne światła, które kradły słońcu. Ale nie lubiła tłumu, a centrum tak dużego miasta zawsze oznaczało tłum. Poszła więc z samą sobą na kompromis - praca w centrum, mieszkanie daleko od niego. Miało to dodatkowe plusy, mieszkania na obrzeżach miasta były znacznie tańsze... Mogła więc cieszyć się urbanistycznymi udogodnieniami od poniedziałku do piątku, w weekendy zaś uciekać na łono natury. Tak, jak dziś, choć dziś nie był weekend. Była nudna środa, ale kazano jej odebrać zaległy dzień wolny. Kiedyś tam przyszła w sobotę do biura. Nie przeszkadzało jej to, ale była obowiązkowa z natury. Jeśli szef zlecił odebranie wolnego dnia to nie zamierzała dyskutować. 
    Nie minęło więcej niż kilka minut, gdy dotarła wreszcie do niewielkiego lasku na obrzeżu jej osiedla. Nie było tu gęstwiny drzew, mroku krzewów, ani nawet wilgoci. Lasek był młody i wyjątkowy. Żadnych świerków, sosen ani dębów. Tylko kilkadziesiąt brzóz delikatnie tańczących na wietrze. A i ten jeden jedyny krzew leszczyny, jakby niepasujący do reszty... Skądś to znała. Był marzec i jeszcze nie widać było liści, ale sam szum cieniutkich gałązek przy białoszarych pniach działał na Łucję kojąco. Spacerowała dłuższą chwilę, ciesząc się powracającym śpiewem ptaków. "Kosy?" - zastanawiała się, ale ornitologia to nie była dziedzina, w której miała jakąkolwiek wiedzę. Wzruszyła ramionami, przymknęła oczy i przystanęła na chwilę, by poczuć ciepłe promienie przedwiosennego słońca. Tak, to była przyjemna chwila, ale niestety szybko została zmącona, gdy z jej niewielkiej torebki przewieszonej przez ramię na skos, dobył się irytujący dzwonek telefonu. "Muszę zmienić dźwięk dzwonka" - przeszło jej przez myśl.

- Tak? - odezwała się pospiesznie widząc, że dzwoni koleżanka z pracy. Marcelina była właściwie jej jedyną przyjaciółką, ale skoro dzwoniła o tej porze, nie oznaczało to, że dzwoni na pogaduchy.
- Łusia, gdzie jest teczka Alfeksu? - zaczęła bez przywitania.
- Mnie też cię miło słyszeć i może "cześć"? - mruknęła więc w odpowiedzi.
- Cześć, kochana, przepraszam, ale dość się spieszę. Później opowiem. Wiesz, gdzie ta teczka?
- Wczoraj zabrał ją szef IT. Nie oddał przed końcem dnia.
- Cholera. Szczyrk? Nie ma go dziś - Marcelina słyszalnie wypuściła powietrze - Muszę ją mieć za pięć minut, prezes Alfeksu.... tak jakby jest tu i domaga się pewnych wyjaśnień.
- Od ciebie?
- Nie, od ciebie, ale tak się składa, że cię zastępuję.
- Zadzwoń do Szczyrka, niech powie, gdzie dał tę teczkę.
- Nie mogę, ma wbity urlop.
- A ja to co?
- A ty jesteś moją przyjaciółką. Dobrze, kochana, muszę kończyć. Zdzwonimy się, pa.
- Pa... - odpowiedziała pospiesznie, ale i tak wiedziała, że już nie zdążyła. Marcelina rozłączała się w tej sekundzie, w której powiedziała "pa".

    Łucja schowała telefon do torebki i rozejrzała się po okolicy, jakby ta jedna, krótka rozmowa sprawiła, że czas zatrzymał się na moment. Przez sekundę nie wiedziała, gdzie jest, czego tu szuka i dokąd powinna iść, ale na szczęście szybko wróciła orientacja i mogła ruszyć przed siebie, choć beztroska chwila minęła bezpowrotnie.
    "Dlaczego Szczyrka nie było dziś w pracy?" - mimowolnie zaczęła się zastanawiać. Nie pracowali razem, ich działy nie mieszały się. Ona - jedna z licznych księgowych w firmie, on - szef działu IT, najważniejszego działu w instytucji, jak to mówił ich prezes. Miał na imię Łukasz i był naprawdę przystojnym mężczyzną, ale Łucja nie wiedziała o nim zbyt wiele. Tylko tyle, że rozstał się z żoną, że przeżył jakąś tragedię przed dwoma laty. O tym huczała cała firma, ale ją plotki raczej omijały. Nie była z tych, którzy dwadzieścia razy w ciągu dnia robili sobie przerwę na kawę. Może dlatego, że kawy w ogóle nie piła? Ona sama też była po przejściach. Jej mąż... również się rozeszli. Zostawił ją, gdy okazało się, że nie może mieć dzieci. Nie mogła w to wszystko uwierzyć. Jej niepłodność nie była tajemnicą, wiedział to przed ślubem i twierdził, że on i tak dzieci nie planuje. I nagle, po trzech wspólnych latach okazało się, że związał się z kimś, kto mu wkrótce dziecko urodzi. "Zawsze chciałem być ojcem, przykro mi Łusiu" - tłumaczył. Ale to było kłamstwo lub okłamywał ją wcześniej. Tylko po co? Po co się z nią związał, skoro zawsze chciał być ojcem? Nie mogła zrozumieć jeszcze długo po rozwodzie, ale teraz? Teraz już jej to nie obchodziło. Nie była już młodą, zdradzoną dziewczyną. Była pewną siebie kobietą żyjącą dla siebie samej. Nie zależało jej na nowym związku, jednak lubiła od czasu do czas pofantazjować sobie o mężczyznach spotkanych na swojej drodze. Jednym z nich był Łukasz Szczyrk, przystojny, ponury kolega z pracy.
    Dochodziła już na skraj lasku, gdy do jej uszu doszedł podenerwowany, męski głos.

- Powtarzam! Nie mam pojęcia, gdzie jest ta teczka. Odniosłem ją do archiwum! - ktoś zawołał, więc instynktownie  odszukała wzrokiem tę osobę - Nie, nie ma jej u mnie na sto procent. Jeśli nie ma w archiwum to nie wiem, gdzie jest. Przykro mi. Na razie.

Łucja poczuła dziwne drżenie w całym ciele, gdy mężczyzna rozmawiający jeszcze przed sekundą przez telefon nagle odwrócił się w jej kierunku. Nim jednak zdążyła umrzeć ze zdziwienia, znów rozdzwonił się jej własny. Bezmyślnie spojrzała na wyświetlacz, jakimś cudem rejestrując, że znów dzwoni Marcelina. Nie nacisnęła jednak słuchawki, aby odebrać połączenia. Zamiast tego głęboko z płuc wyrwało jej się pytanie

- Co ty tu robisz? 
- Dzień dobry! - przyglądał się jej przez chwilę - Nie odbierzesz?
- Za chwilę. Już rozmawiałam z Marceliną. 
- Ty też?
- Też.
- Alfeks?
- Tak. 
- Ty jej powiedziałaś, że wziąłem ich dokumenty?
- Przecież wziąłeś.
- Tak, ale odniosłem - podszedł bliżej, za blisko jak na gust Łucji - Nie zauważyłaś?
- Musiało mnie już nie być.
- Byłaś - mruknął - Byłaś, ale jak zwykle udawałaś, że mnie nie widzisz.
- Nie udawałam, po prostu nie widziałam cię - wzruszyła ramionami.
- Więc jest gorzej niż myślałem. Ignorujesz mnie celowo?
- Co takiego?
- Nic.

Zamilkł, ale Łucji szumiało w uszach. "Czy ignoruję go? Jak to? Przecież nigdy nawet dłużej nie rozmawialiśmy." - myślała gorączkowo - "Raz zapytał, czy nie napiję się kawy. Raz chciał wiedzieć, czy zalać mi herbatę. Było tego trochę, ale... Ale zawsze odpowiadałam, że dziękuję". Owszem, Łucja fantazjowała o nim niejednokrotnie, ale nigdy nie sądziła, że on jest w jakimkolwiek stopniu zainteresowany nią. 

- Włamałem się do danych personalnych - Łukasz zacisnął zęby, ale po chwili kontynuował - Sprawdziłem, gdzie mieszkasz. 
- Co zrobiłeś?
- Nie zwracasz na mnie uwagi. Musiałem spróbować.
- Włamałeś się do danych personalnych?
- No dobrze, mam do nich dostęp. Po prostu, nie powinienem z nich... korzystać.
- To jest karalne! 
- Okej, możesz zgłosić to na policję. Ale najpierw jedno pytanie. Pójdziesz ze mną na kawę?
- Co?
- Na litość - przewrócił oczami - Kobieto, od pół roku próbuję się z tobą umówić. Dziś postanowiłem zaryzykować, wziąłem wolne i postanowiłem cię odszukać. Słyszałem, jak mówiłaś Marcelinie, że masz wolne i wybierasz się na spacer po okolicy. Dlatego, proszę, chodź ze mną chociaż na kawę.
- Nie mogę - Łucja pokręciła głową, czując, że serce wali jej w piersi jak oszalałe. 

Czy zakładowy przystojniak Łukasz Szczyrk, o którym od czasu do czasu sobie fantazjowała naprawdę wziął w pracy urlop na żądanie, aby spróbować zaprosić ją na kawę? To było jak... książka fantasy.

- Dlaczego nie możesz? - wyglądał na zawiedzionego. Tak smutno, że aż komicznie i Łucji wyrwało się krótki, wesołe parsknięcie - Co w tym zabawnego?
- Nic, przepraszam.
- Więc dlaczego nie możesz wybrać się ze mną na kawę? To tylko kawa.
- Owszem to tylko kawa, jednak ja, drogi kolego z pracy, po prostu nie pijam kawy...  Ale mogę zaproponować ci herbatę w mojej kuchni.
- W porządku! Wezmę co mi dasz! - Łucja zobaczyła, jak do jego oczu powraca blask - Idziemy od razu, czy chcesz jeszcze dokończyć spacer?
- Chcę dokończyć spacer, ale sama. 
- Więc co ze mną? Mam tu zostać?
- Nie, wróć do mojego mieszkania i zaczekaj na mnie na osiedlu. Furtka będzie otwarta, jak znam życie. Są ławeczki. W końcu adres już znasz...

Uśmiechnęła się do niego. Ładnie. Ładniej niż dotychczas, gdy nieśmiało mijała go na korytarzu w pracy. Ładniej niż, gdy odmawiała kawy w kuchni dla pracowników. Teraz uśmiechnęła się tak po prostu, z nadzieją. A Łukasz? Odpowiedział tym samym.


Koniec


 

fot. Sil

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Najpopularniejsze posty :)