poniedziałek, 13 kwietnia 2026

To przedostatni raz, czyli refleksja o próżności wydawniczej w nieco kolokwialnym stylu

 

    Dziś na FB podpowiedziała mi się grupa, której nazwę muszę ocenzurować dla spokojności własnego sumienia, czyli "Literackie napie**alanie się maczetami".  Od razu podpowiedział mi się również najnowszy wpis tej grupy. Treść posta znajdziecie na zdjęciu poniżej i niestety jest ona dla mnie nie do przyjęcia z kilku powodów, o których wspomnę później. Przy okazji... jeszcze bardziej nie do przyjęcia są dla mnie komentarze obserwatorów. Zastanawiam się czasem, skąd w ludziach tyle jadu, ale tego nie zrozumiem chyba nigdy.

    Pisząc w telegraficznym skrócie, zarówno post jak i komentarze pod nim służą temu, aby ponaśmiewać się z pisarki, która żali się, iż zainwestowała spore pieniądze w wydanie książki w nietradycyjnym wydawnictwie a sprzedaż właściwie stoi w miejscu. W komentarzach można przeczytać, że osobom korzystającym z wydawnictw typu vanity powinno się odebrać prawa wyborcze... Można przeczytać też inne niefajne rzeczy. Jednak, przede wszystkim, obserwatorzy po prostu urządzają mało inteligentne śmiechy-chichy z autorki. A teraz słówko ode mnie...

    Pisałam o tym już wielokrotnie i napiszę ponownie. Wydawnictwa typu vanity będą w Polsce istnieć i będą miały się dobrze, dopóki nie zakaże ich prawo. A dlaczego? Ponieważ wydawnictwa tradycyjne są (nomen omen) zbyt próżne, aby potraktować poważnie i z szacunkiem debiutującego pisarza. I ostatnio doszłam do wniosku, że to nie usługowe, działające na granicy oszustwa (zaraz wyjaśnię, co mam na myśli) wydawnictwa powinno się określać mianem vanity (co w wolnym tłumaczeniu oznacza próżność), ale właśnie te tradycyjne. Dlaczego? Bo wydawnictwa tradycyjne są tak przekonane o własnej wspaniałości, nieomylności i bezkarności, że nawet nie próbują okazywać szacunku debiutantom. Dlatego też zawsze znajdą się ludzie, którzy po prostu się nie zgodzą na takie traktowanie i sięgną po milusią współpracę za jakieś tam, często niemałe i często długo ciułane, pieniądze.

    Co mam na myśli pisząc, ze wydawnictwa typu vanity działają często na granicy oszustwa? Cóż, te wydawnictwa na etapie pierwszego kontaktu z pisarzem są niezwykle uprzejme, ale bardzo małomówne. Np. bardzo mało mówią o tym, że niespecjalnie zależy im na tym, żeby książka się sprzedała, na czym - jak wiadomo - zależy autorom. Dlaczego wydawnictwom vanity nie zależy? Bo ich głównym zarobkiem jest zapłata od pisarza, z którym podejmą współpracę. Wydawnictwa tego typu często wprowadzają debiutantów w błąd. Na etapie przed podpisaniem umowy zapewniają, że książka może się sprzedać w tysiącach egzemplarzy. Zapominają jednak dodać, że żeby tak się stało, należałoby zainwestować tysiące złotych w działania marketingowe i, że tym się akurat nie zajmują. To wychodzi w praniu... Gdy autor ma jakieś uwagi, że wydawnictwo nie podejmuje działań w kierunku polepszenia sprzedaży, dowiaduje się, że przecież o takich działaniach w umowie nic nie było... I faktycznie, zwykle nie ma. Są tylko zapewnienia ustne, przypuszczenia, przykłady. Kochani, wydawnictwa typu vanity wiedzą, co robią. Nie robię tego od wczoraj.

    A jednak ja będę bronić debiutujących autorów i tego, że z wydawnictw typu vanity korzystają. Bo dlaczego z nich korzystają? Po pierwsze dlatego, że nie bardzo mają wyjście. Ktoś napisał, że zostaje selfpublishing, ale moi drodzy - redakcja, korekta, skład... to też wymaga nakładów finansowych i jeszcze wiedzy, kontaktów. Może wyjdzie taniej, gdy zajmiemy się sami wszystkim, ale... czy pisząc książki automatycznie musimy mieć czas na zaplecze techniczne? Czy musimy mieć fachową techniczną wiedzę, jak wydać książę? Czy myślicie, że te usługi są za darmo? Wyliczyłam, że za samą redakcję i korektę mojej książki na wolnym rynku musiałabym zapłacić połowę kwoty, którą wyliczyło dla mnie wydawnictwo typu vanity za wydanie całości razem z ebookiem i jakimś tam drukiem. Połowę za tylko te dwa składniki... 

    Po drugie: wysyłamy, czasem dzwonimy do wydawnictw tradycyjnych w sprawie naszych tekstów. Jeśli nie jesteśmy Mrozem, Tokarczku itp. w najlepszym wypadku każą nam czekać na ewentualną odpowiedź. W najgorszym i najczęstszym w ogóle nas zignorują. Nie znając nawet naszego dzieła i nie wiedząc, co sobą reprezentuje, często potraktują nas jak domokrążcę, który próbuje wcisnąć pastę do zębów przypadkowym mieszkańcom bloku. Ba! Niedawno jeden redaktor ze znanego wydawnictwa chwalił się, że on niektóre propozycje wydawnicze bez czytania przenosi do kosza, bo nie ma na nie czasu. A ludzie dziwią się, że początkujący pisarz ostatecznie nawiąże współpracę z wydawnictwem typu vanity, które nie tylko materiał odbierze, przeczyta i często pochwali, ale również - o zgrozo! - uśmiechnie się przy tym. Nie spuści naszego nieraz latami pisanego dzieła do mailowej toalety, nie będzie chwaliło się w Internecie, że tak robi...

    Piszą "w Internetach", że w dzisiejszych czasach najpierw trzeba wypromować autora a później dzieło. A co z ludźmi, którzy nie chcą się promować? Którzy sądzą, że dzieło to dzieło a ich życie to ich życie? Dlaczego trzeba dążyć do bycia celebrytą ponad bycie pisarzem? Ja tego nie chcę, ja się na to nie godzę i sądzę, że są osoby, które mają podobne zdanie. I niestety, dla takich osób wydawnictwa tradycyjne również się po prostu nie sprawdzą. Wydawnictwo vanity zrobi tylko to, za co autor zapłaci. Nie zapłaci za autoprezentację na okładce? To jej nie będzie. Nie jestem pewna, czy tak łatwo byłoby się odciąć od książki w wydawnictwie tradycyjnym. Może tak... Może nie...

    Po trzecie... Są w Polsce ludzie, którzy sądzą, że wszystko zrobione "prywatnie" czy też "odpłatnie" będzie lepszej jakości. Od edukacji i służby zdrowia po wydawanie książek. I wiecie co? Takie osoby będą wolały odłożyć pieniądze i wydać swoje ukochane dzieło u "prywaciarza".  Po prostu. 

    Kolejna sprawa to terminy. Przeczytałam niedawno artykuł, że jakieś tam wydawnictwo ma już plany wydawnicze na 2028 czy 2029 rok... Nie każdy chce tyle czekać na swoją kolej. Wydawnictwa typu vanity proponują wydanie książki w 3-4 miesiące... 

    I ostatnia sprawa, o której również już kiedyś wspominałam na read2sleep.pl. Są wydawnictwa, które za pieniądze wydadzą po prostu wszystko. No prawie wszystko, bo nie chcą też narobić sobie kłopotów, gdyby dzieło było szczególnie kontrowersyjne. Wydadzą również tekst z błędami, jeśli autor odrzuci poprawki redaktora. Znam jednego wydawcę tradycyjnego, który wydaje bardzo konkretne książki - naukowe oraz podróżnicze. Powiedział mi kiedyś, że ma mnóstwo rozgrzebanych projektów, bo autorzy kłócą się z redaktorami całymi latami a on z błędami nie wyda i już. Czasami autorzy nie godzą się na żadne zmiany w swoich tekstach uważając, że jest idealnie jak jest. Wtedy zostają im tylko wydawnictwa typu vanity. 


Ściskam i pozdrawiam 

Sil


fot. Sil


   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Najpopularniejsze posty :)