środa, 7 stycznia 2026

Zabawny wierszyk z dzieciństwa, czyli jak szybko nauczyć się oksymoronów ;)

 

    Któregoś dnia pod koniec szkoły podstawowej, zawołała mnie koleżanka i zapytała, czy chcę usłyszeć coś bardzo zabawnego. Odparłam - "Jasne!" W efekcie usłyszałam następujący wierszyk:

"W słonecznym cieniu
na miękkim kamieniu
siedziała stojąc 
młoda staruszka
nic nie mówiąc 
rzekła do wysokiego pana
niskiego wzrostu
z długą brodą
bez zarostu
Jestem wdową bezdzietną
mam męża i troje dzieci!"

    Koleżanka wierszyk powiedziała mi tylko raz a mimo to pamiętam go do dziś. Nie jestem pewna, dlaczego akurat teraz mi się przypomniał, ale uznałam to za znak i postanowiłam podzielić się tym swoistym dziełem na read2sleep.pl. Próbowałam też odszukać autora utworu, ale niestety - wciąż tylko czytam na najróżniejszych stronach internetowych, że autor jest nieznany. Znalazłam za to wiele różnych wersji tekstu, które zaczynały się podobnie, ale kończyły różnie. Zawsze jednak treść opierała się na oksymoronach, w czym tkwił zabawny urok wierszyka. Być może to w Internecie tekst zaczęła żyć własnym życiem. :)

    Kogo rozbawił ten krótki żart a la poetycki, zachęcam do zgłębienia pozostałych jego wersji. Można je łatwo znaleźć w Internecie wpisując w wyszukiwarkę pierwszy wers.


Ściskam i pozdrawiam

Sil


wtorek, 6 stycznia 2026

Ambicje rodziców a pasje dzieci, czyli co łączy krótki filmik w mediach społecznościowych i mój "Tylko jeden dzień"

 

    Minął już prawie rok odkąd na rynku ukazała się moja powieść "Tylko jeden dzień" (Silentia) i choć nie wszystko potoczyło się tak, jakbym sobie życzyła, jest już niewielkie grono czytelników książki. Myślałam ostatnio, że może warto byłoby napisać znów kilka ciekawostek na jej temat, ale ciągle coś stawało mi na drodze lub akurat postanowiłam napisać jednak inny post. I nagle dziś nadarzyła się pewna okazja...

     Przez zupełny przypadek, zobaczyłam o poranku krótki filmik o malutkiej dziewczynce, z której rodzice postanowili zrobić mistrzynię gimnastyki artystycznej. Filmik pokazano jako kontrowersyjny, gdyż zmuszana do nadmiernego wysiłku kilkulatka wyglądała na bardzo nieszczęśliwą. Zajrzałam do komentarzy i, tak jak się spodziewałam, dziewięćdziesiąt dziewięć procent osób komentujących uznało, że rodzice przez swoje chore, niespełnione ambicje robią dziecku z życia piekło. Myślałam o tym długo i chyba jednak przychylam się do większości opinii. Uważam, że proponowanie czy też próba zaszczepienia w dziecku swoich pasji jeszcze jest w porządku, ale zmuszanie kilkulatki do uprawiania sportu, którego wyraźnie nie lubi i nie chce, bo rodzice pragną mieć córkę-mistrzynię, to jednak przesada. Sama swoim dzieciom proponuję oczywiście różne aktywności, ale decyzja czy coś je interesuje, czy nie jest ich. Jeśli wyrażą chęć na daną aktywność, robię wszystko, aby hobby wspierać. Jednak nie wyobrażam sobie zmuszania dziecka do powielania moich pasji i nie wyobrażam sobie, żeby kosztem dziecka ratować niespełnione ambicje. 

    A teraz dlaczego wspomniałam tutaj o moje zeszłorocznej powieści "Tylko jeden dzień". Główny bohater - Adrian to sportowiec z zamiłowania, który trenuje przede wszystkim judo. Uwielbia to, jednak musi mierzyć się również z despotycznym ojcem, który sportowcem nie jest, ale sportem się pasjonuje i wymaga od syna, aby ten osiągał wyżyny. W pewnym momencie Adrian zaczyna odczuwać bunt i sam przyznaje, że jedyne co go zniechęca do jego pasji to jest właśnie jego ojciec. Poniżej wklejam wam zdjęcie kawałka strony 122 z mojej powieści, gdzie Adrian wspomina coś na ten temat :). Nie był to może aż tak istotny wątek, ale też nie znalazł się w powieści bez przyczyny. Od zawsze miałam w tyle głowy, że czasem największą barierą w realizacji naszych pasji są niestety nasi właśni rodzice. Coś o tym wiem niestety również i z własnego, dziecięcego doświadczenia.

     Kto jeszcze nie zna mojej powieści a lubi romanse obyczajowe - zachęcam, aby sprawdzić "Tylko jeden dzień" (Silentia). Opowieść o Ani i Adrianie pisałam z pasją, zaangażowaniem i miłością, dla osób podobnych do mnie. Wierzę, że takich ludzi jak my, lubiących proste historie pełne nostalgii i nadziei,  jest na świecie więcej.


Ściskam i pozdrawiam

Silentia


   

fot. Silentia
(fragment  "Tylko jeden dzień" Silentia,
strona 122, 2025r.)

fot. Silentia


niedziela, 4 stycznia 2026

Silentia, czyli dlaczego Sil to Sil

 

    Kto pamięta jeszcze blog "Kim jest Sil?"? Zniknął już czas jakiś temu, gdyż założyłam go w bardzo konkretnym celu i, gdy cel zniknął - blog również. A dlaczego o tym piszę? Zaraz zobaczycie.
     Gdy powstawał read2sleep.pl, chciałam, aby był bardzo dedykowany czytanym przeze mnie książkom oraz (trochę później) mojej twórczości. Nie chciałam tu niczego innego, aby nie zaśmiecać treści. Wówczas, wzorem siebie z roku 2010, pozakładałam kilka blogów tematycznych, takich jak blog do publikowania "zwykłych" opowiadań, blog do opowiadań typu fan fiction czy właśnie "Kim jest Sil?", czyli blog, który miał zawierać informacje "o mnie". I jak to w życiu bywa, szybko pojawiło się kilka problemów. Po pierwsze nie miałam czasu, aby prowadzić cztery blogi na raz. Okazało się bowiem, że małe dzieci zabierają znacznie więcej wolności niż praca zawodowa ;). A po drugie, nie wiedziałam wówczas, że blogi trzeba specjalnie opisywać dla przeglądarek, więc nikt nie miał szansy dowiedzieć się, że istnieją, a co za tym idzie istnienie tych blogów nie miało sensu. Ostatecznie skupiłam się na read2sleep.pl, który jakimś cudem miał w miarę przyzwoite odsłony. Tylko co zrobić z resztą? Twórczość poetycką na chwilę wyeksmitowałam na Instagram, ale tam również niespecjalnie ktoś zaglądał, więc zrezygnowałam z takiego pomysłu. "O mnie" spróbowałam umieścić na silentiowym facebooku, ale to również nie bardzo wyszło. Na moich tematycznych blogach wciąż pojawiało się na tyle mało odsłon (poniżej dziesięciu...), że nie kusiło mnie, aby je prowadzić. Wróciłam więc do koncepcji, którą też już dawno temu przerabiałam (choć z innego powodu), gdy moje kilka blogów z lat 2010-2011 zamieniłam na jednego, zbiorczego i przy okazji ostatniego bloga ze "starych czasów", czyli z lat 2012-2013 - był to blog InsideArt.  Ostatecznie skonstatowałam też dwie rzeczy... Po pierwsze blogi odchodzą do lamusa, po drugie - nie uczę się na błędach. Usunęłam więc wszystkie strony oprócz read2sleep.pl i od dwóch lat szczęśliwie prowadzę tylko tę jedną jedyną.
     Na blogu "Kim jest Sil?" wyjaśniałam kiedyś szczegółowo skąd wziął się mój pseudonim, pisałam również o moich zainteresowaniach i hobby. Wspomniałam, że moją największą pasją jest pisanie i czytanie, a do nieco mniejszych należy pstrykanie zdjęć czy od czasu do czasu namalowanie obrazu. Pisałam również o mojej przygodzie ze śpiewaniem (jak choćby lata w chórach) i ogólnie muzyką. Opowiadałam, dlaczego przez lata nie dzieliłam się swoją twórczością, zwłaszcza poetycką i dlaczego do dziś nie ufam żadnym konkursom (o tym jeszcze kiedyś napiszę na read2sleep.pl, bo to ciekawa, choć smutna historia). Moich postów jednak prawie nikt nie czytał a ja długo nie wiedziałam, dlaczego. Dopiero po dwóch latach zrozumiałam, że przez mój brak doświadczenia z nowoczesnym blogowaniem, przeglądarki internetowe po prostu nie widziały moich postów. Nie było ich można znaleźć praktycznie w ogóle i dlatego nikt na nie nie wchodził. Usunęłam blogi z opowiadaniami, usunęłam też "Kim jest Sil?" ze wszystkimi informacjami "o mnie". Później nie przyszło mi do głowy, aby pisać aż tyle o sobie uznając, że moich Czytelników pewnie i tak to nie interesuje. Temu jednak zaprzeczył jeden z wydawców, z którym półtora roku temu rozmawiałam o mojej książce "Tylko jeden dzień" jeszcze na etapie uzgadniania warunków ewentualnej współpracy. Powiedziano mi, że ludzie lubią wiedzieć, czyje książki czytają i, że bardzo dobrym pomysłem jest umieszczanie na okładce kilku informacji o sobie oraz zdjęcia zaraz obok blurba. Na to jednak nie chciałam się zgodzić ani wtedy, ani później. Przy okazji... odradzano mi też używanie pseudonimu... :)
    A teraz o tym, skąd wziął się pseudonim Silentia. Może coś wspominałam na ten temat na read2sleep.pl, ale nie przypominam sobie, żebym wyjaśniała temat kompleksowo. Czas troszkę nadrobić. 
    Od roku około 2002 do mniej więcej roku 2011/12, istniałam w Internecie pod zupełnie innym pseudonimem. Był on już dość rozpoznawalny w pewnych kręgach tematycznych (związanych z fan fiction). Miałam swoje konta na najpopularniejszych czatach, forach tematycznych, a później na moich blogach. Gdybym podała Wam stary nick, prawdopodobnie znaleźlibyście trochę treści z nim związanych. Był to alias dość przewrotny, a jednocześnie zapożyczony po prostu z jednej z moich ulubionych powieści. Nie wymyśliłam go, tylko używałam. Gdy około roku 2011 zaczęłam mierzyć się ze swoistym hejtem w komentarzach na moim najpopularniejszym wówczas blogu oraz, przede wszystkim, w mailach, postanowiłam zakończyć sprawę. Usunęłam wszystkie blogi, które stworzyłam pod starym pseudonimem, w tym ten, który miał po dziesięć tysięcy odwiedzin miesięcznie. Tak, 10 000. Bez żadnego pozycjonowania, reklam a nawet specjalnych wzmianek na forach. Cała sprawa była dla mnie bolesna, ale chciałam odzyskać spokój. Przestałam wówczas sprawdzać maila powiązanego z tamtym blogiem a zamiast tego założyłam nowy. Zaczęłam też intensywnie myśleć nad innym pseudonimem. Ponieważ od około roku 2010 znana byłam z zamiłowania do motyli i zawsze nosiłam jakiegoś we włosach lub w uszach, postanowiłam, że to taki pseudonim wybiorę. Długo myślałam, długo szukałam. Ostatecznie zdecydowałam się na alias Papillonia, pochodzący z języka francuskiego od słowa "motyl". Gdy jednak tak zaczęłam się podpisywać, nieustannie (naprawdę nieustannie) pytano mnie, czy to od papilotów. W końcu się poddałam. Nie chciałam być kojarzona z papilotami i lokami, których absolutnie nie znoszę ;). Włosy proste, fale, ale nie poskręcane w drobne loczki. Wiecie dlaczego? Bo jak byłam nastolatką, moja ciotka za pomocą papilotów zrobiła mi przez przypadek afro. Chciała osiągnąć fale, ale nie spodziewała się, że moje włosy są aż tak podatne na skręcenie i w efekcie przez kilka dni nie mogłam sobie z tym poradzić. Wyglądałam gorzej niż źle, po prostu groteskowo. Od tej pory nie znoszę papilotów i drobnych loków, oczywiście u siebie. ;) I może przez to zacietrzewienie uznałam, że Papillonia musi odejść. Znów szukałam dla siebie pseudonimu i tym razem wybrałam coś innego. Były to czasy, gdy sporo czytałam oraz oglądałam filmów dokumentalnych o lokalnej atrakcji turystycznej a jednocześnie miejscu kultu, o Górze Ślęży. Historyczna, łacińska nazwa tej "Góry Milczenia" brzmiała Monte Silentii. Silentii - to słowo niezwykle mi się spodobało, poczułam też, że to jest to. Od tamtej pory stałam się więc Silentią, zdrobniale Sil. To pod tym pseudonimem prowadziłam swojego zbiorczego bloga InsideArt, który został zamknięty dopiero z powodu likwidacji całej platformy blogowej, a właściwie większości platform blogowych, które znałam. I to pod tym pseudonimem postanowiłam otworzyć kolejnego bloga po wielu, wielu latach przerwy. A ostatecznie pod tym pseudonimem zapragnęłam wydawać swoją twórczość.
    Jak pisałam w poście podsumowującym rok 2025, nie był to najszczęśliwszy wybór. Okazało się, że istnieje firma, znana w świecie medycznym, która posiada markę Silentia. Dopiero niedawno przekonałam się, że niestety ma to dla mnie spore znaczenie. Wpisując Silentia w wyszukiwarkę, większość odsłon będzie dotyczyć parawanów medycznych lub specjalistycznych wanien. Książki czy nawet mój całkiem dobrze radzący już sobie blog pewnie jeszcze długo nie wygrają w wyszukiwarkach internetowych z ogromną, popularną firmą. I w ten sposób niestety troszkę sama sobie zaszkodziłam. Pewnie jakimś rozwiązaniem byłby powrót do publikowania pod prawdziwym nazwiskiem, ale tego nie chcę. Będąc swojego rodzaju buntownikiem, postanowiłam mimo wszystko pozostać Silentią. Może doczekam kiedyś momentu, gdy wpisując w wyszukiwarkę "silentia" najpierw zobaczę odnośnik do swojej twórczości? Czas pokaże.
    A na koniec ciekawostka. Kilka osób pytało mnie kiedyś, dlaczego mój nick na Instagramie to p.silentia a nie po prostu silentia. Otóż "p" zostawiłam na pamiątkę... Papillonii ;).

Ściskam i pozdrawiam
Silentia aka Sil

fot. Sil





sobota, 3 stycznia 2026

Styczniowa "Wróżka", czyli co czytałam sobie w sylwestrowy wieczór

     

    Zacznijmy od tego, że czasopismo "Wróżka" kupowałam dotychczas tylko kilka razy w życiu i do tej pory wnętrze było dla mnie stosunkowo ciekawe. Pisałam o tym miesięczniku już kilkakrotnie a później przestałam, bo uznałam, że jednak nie jest warty tych kilkunastu złotych i mojego czasu. Nie mniej jednak, gdy w osiedlowym markecie zobaczyłam na koniec roku styczniową "Wróżkę", postanowiłam kupić ją sobie na sylwestrowy wieczór. Przejrzałam tytuły i stwierdziłam, co następuje - ciekawe jest nadal, ale znalazłam również kilka wad. 
    Zacznijmy od tego, o czym pisałam również rok temu - wielki horoskop na 2026, który jest specjalnie reklamowany na okładce, nie jest wielki, tylko znów zawiera parę zdań na krzyż. Trochę mało, jak na czasopismo o podobnej tematyce. Ponadto autorka jednego z artykułów używa nieprawidłowego sformułowania "wziąć na tapetę" zamiast "wziąć na tapet" i najwidoczniej nikt tego błędu nie zauważył. Skoro już zaczęłam od wad to dodam jeszcze, że autor najważniejszego artykuł miesiąca (w moim odczuciu oczywiście) troszkę dziwnie odnosi się do tematu, który dla mnie ma dość proste przesłanie, ale o tym za chwilę. Do zalety przejdę na końcu ;).
    Dobrze wiecie, Drodzy Czytelnicy, bo nie robię z tego tajemnicy, jaki mam stosunek do horoskopów. Nie piszę oczywiście o horoskopach urodzeniowych, bo to inna bajka i do tego tematu nie będę się w ogóle odnosić. Piszę o horoskopach miesięcznych czy rocznych "przewidujących przyszłość". Lubię je czytać od zawsze, ale od zawsze traktuję je również z ogromnym przymrużeniem oka. Jeśli są pozytywne, mówię sobie "Ale fajnie!" Jeśli są negatywne, mówię "Ale bzdury". W każdym miesiącu, w magazynie "Wróżka" horoskopów jest sporo. Ogólna prognoza astrologiczna plus po jednej pełnej stronie dla każdego znaku zodiaku (razem 12 ;)). Do tego w każdej "Wróżce" są jeszcze dwie strony horoskopu numerologicznego. Innymi słowy - jest co czytać. Tymczasem "wielki" horoskop na właśnie rozpoczynający się rok to 4 strony na 12 znaków i kilka zdawkowych zdań. Trochę czegoś innego spodziewa się człowiek, gdy bierze do rąk czasopismo o nazwie "Wróżka" ;).
    Sprawa druga, jeżeli "zwykły ktoś" mówi "brać na tapetę" to jestem w stanie uwierzyć, że nie ma pojęcia, iż w sformułowaniu nie chodzi o tapetę na ścianie, w telefonie czy komputerze. Gdy jednak taki błąd popełnia dziennikarz? To już jest dla mnie za dużo. Powiedzenie "brać na tapet" pochodzi z języka niemieckiego i jest związane ze stołem do obrad. Tapet to był po prostu stół przykryty zielonym suknem, na który trafiały sprawy do dyskusji. Dlatego mówimy brać na tapet a nie na tapetę. Błąd jest nagminny, podobnie jak np. krokodyle łzy. Większość ludzi w naszym kraju sądzi, że chodzi o ogromny, intensywny płacz, podczas gdy "krokodyle łzy" to inaczej łzy fałszywe. Tak, jak wspominałam wcześniej, gdy błędnie używają tych powiedzeń "zwykli" ludzie - tak bardzo mnie to nie razi. Jednak podobne błędy u osób zawodowo zajmujących się pisaniem? Moim zdaniem nie powinny się zdarzać, a jeśli się zdarzą - nikt nie jest doskonały, to powinna je wyłapać korekta.
    I jeszcze jedna niespójność, którą dostrzegam w styczniowej "Wróżce". Artykuł "Po co nam ten bal" (Kazimierz Pytko). W zasadzie po lekturze można powiedzieć, że tekst jest poprawny. Artykuł stwierdza, że nie ma astrologicznego powodu, żeby tak hucznie obchodzić przełom roku (31 grudnia i 1 stycznia), wyjaśnia, że wybór pierwszego stycznia na początek roku jest przypadkiem i analizuje historię kalendarzy. Ponadto autor przyznaje, że najważniejsza jest tylko symbolika zakończenia i początku, nie zaś sama data. Czego więc się czepiam? - mówiąc kolokwialnie. Ano tego, że czytając tekst "Po co nam ten bal?" miałam wrażenie, iż autor nie tylko nie docenia symboliki początku i końca, ale również podchodzi do nich bardzo sceptycznie. Nie odebrałam tego artykułu jako obiektywnego, a raczej nacechowanego pejoratywnie. Czy taki był zamysł dziennikarza? Nie wiem i pewnie się nie dowiem. Po prostu do mnie nie trafił.
    A co widzę pozytywnego w styczniowej "Wróżce"? Oczywiście rewelacyjny felieton Doroty Sumińskiej, znanej pani weterynarz. Uwielbiam czytać teksty Sumińskiej i rzadko mnie zawodzą. Gdyby "Wróżka" posiadała w swoim wnętrzu więcej takich treści, pewnie chętniej bym ją kupowała. Podobał mi się również, choć od razu powiem, że nie wszystko do mnie przemówiło artykuł "Szamanizm na każdy dzień" Marty Bitner. Fajny jest również tekst o tańcu intuicyjnym. Taniec do mnie nie przemawia i nie mieści się w kręgu moich zainteresowań a jednak nieraz sprzątając czy gotując pląsam sobie po kuchni. Oczywiście, gdy nie widzi mnie nikt spoza moich najbliższych :). Dla mnie to jest właśnie taniec intuicyjny, a nawet mimowolny... ;)
     Jeśli coś miałabym jeszcze polecić dla czytelników styczniowej "Wróżki" to będzie to artkuł "Zagubiony w czasie" Krzysztofa Kwiatkowskiego. Pamiętacie film "Powrót do przyszłości"? Jeśli byliście jego fanami lub po prostu wspominacie go z sentymentem - ten artykuł może być dla Was ciekawy.
    Najprawdopodobniej przez jakiś czas znów nie będę kupować magazynu "Wróżka", ale gdy znów się skuszę to na pewno dam znać na read2sleep.pl.


Ściskam i pozdrawiam
Silentia






fot. Sil

piątek, 2 stycznia 2026

Jeden, dwa, trzy! Baba Jaga patrzy! Czyli o tym, jak z hukiem rozpoczęłam nowy rok 🫣

 

    Zwyczajny wieczór, który różni się od innych tylko tym, że jest pierwszy dzień nowego roku. Pięcioletni syn prosi mamę, by przed snem pobawili się jeszcze w "Jeden, dwa, trzy! Baba Jaga patrzy!". Mama odpowiada, że dobrze, ale tylko raz, bo już trzeba się szykować do spania. Syn staje tyłem i mówi rymowankę, podczas gdy mama zakrada się do niego. Już dosięga dziecka, gdy chłopiec widząc to kątem oka, z impetem nagle się odwraca.
    Pierwszych kilku chwil mama nawet nie pamięta, a dalej leży na ziemi, krew jej leje się z nosa, który puchnie. Dzieci krzyczą i płaczą, tata je odciąga. Mama próbuje zatamować krwawienie. Po kilku minutach się udaje, ale jeszcze trzeba poleżeć z lodem na nosie i czole. Boli jak jasna... Okej, po prostu boli 😉

    Tak, to ja byłam tą mamą. Tak, 2026 rok rozpoczęłam z hukiem, krwią i w bólu. I teraz wyglądam jak bokser, który właśnie zszedł z ringu... Na szczęście złamanie jest bez przemieszczeń, ale i tak trochę kłopotów się pojawiło. Pociesza mnie tylko jedno, że to ja ucierpiałam a nie mój młody 😉

Ściskam i pozdrawiam
Silentia


Fot. połamana Sil


czwartek, 1 stycznia 2026

Śniegiem i deszczem, czyli mamy Nowy 2026 Rok

 

Kochani!


    Mamy niniejszym pierwszy dzień Nowego 2026 Roku. Jak minęła Wam noc? Mnie się całkiem nieźle spało aż do momentu, gdy o 23:30 zaczęły się pierwsze wybuchy... Nie ukrywam, że jestem przeciwniczką wszelkich fajerwerków, dlatego ledwo wytrzymałam do końca strzelaniny około godziny 1 w nocy. 

    Pożegnałam się z Wami wczoraj smutnym, pełnym żalu postem - dziś przeciwnie. Piszę pełna nadziei, radośnie i wesoło, pomimo niesprzyjającej pogody. Wczoraj mieliśmy bowiem śnieżycę, w nocy zaś padał deszcz. Nie udało się zmyć całego śniegu z okolicy, ale przynajmniej nocne opady deszczu oczyściły mi okna dachowe. Dziś jest raczej ponuro, raczej sennie, ale mi to zupełnie nie przeszkadza. Zapaliłam światełka na choince już o 8 rano, by się nimi nacieszyć przez ostatnie kilka dni. 

    Co planuję na najbliższe dwanaście miesięcy dla mojego read2sleep.pl? Nie będzie wielu zmian, ale coś tam nowego się pojawi. Przede wszystkim dalej będę umieszczać na blogu swoją szerokorozumianą twórczość - wiersze, mikro opowiadania, refleksje. W bieżącym roku pojawi się też sporo fotorelacji, gdy tylko znajdę chwilę na krótką wyprawę. Zauważyłam, że cieszą się one powodzeniem, więc nie będę się w tym roku ograniczać ;). Będą oczywiście moje komentarze i opinie. W miarę możliwości będę pisać o książkach, opowiadaniach, artykułach z najróżniejszej prasy oraz z portali internetowych. Opowiem też troszkę o sobie. Przypomnę, dlaczego Silentia to Silentia, czym się pasjonuję, czego nie lubię. Prawdopodobnie będę też wspominać o mojej pierwszej, wydanej pod pseudonimem Silentia, powieści. "Tylko jeden dzień" ukazał się już prawie rok temu. Może czas napisać znów kilka ciekawostek na jego temat? I na koniec pewna nowość! Będę co jakiś czas pisać o najróżniejszych akcjach charytatywnych. Czasem coś wyjątkowo mnie ujmuje i, choć do tej pory tylko wspierałam lub udostępniałam w swoich nieoficjalnych mediach społecznościowych, w tym roku postanowiłam wrzucić czasem jakiś post na ten temat również na blog. Dla przykładu poniżej wklejam zdjęcie zakupionego kalendarza charytatywnego od fundacji Koci Zakątek. Polecam tego typu gadżety. Są piękne, zdobią wnętrze, są użyteczne, ale przede wszystkim POŻYTECZNE.

    Celu ilościowego na 2026 rok nie wyznaczyłam sobie. Będę wstawiać posty na read2sleep.pl zawsze, gdy będę mieć taką możliwość. Myślę, że ta forma jest lepsza, bardziej naturalna niż odgórnie narzucony harmonogram...

    Drodzy Czytelnicy, składam Wam najlepsze, noworoczne życzenia! 2026 to numerologiczna jedynka - nowe początki, nowa podróż. Cieszcie się możliwościami, które znajdziecie na swoich drogach. I oby omijały Was przeciwności.

Ściskam i pozdrawiam

Silentia



fot. Silentia


Najpopularniejsze posty :)