wtorek, 10 lutego 2026

Na początku było spojrzenie - Rozdział pierwszy

 

Trzy miesiące później…


Rozdział 1. Nowy początek


Alicja…


Nie znosiłam zapachów szpitali i dlatego, gdybym tylko mogła, umawiałabym się z moim lekarzem daleko od jego stałego miejsca pracy. Problem w tym, że doktor Burzański był naprawdę wyjątkowym lekarzem. Nie prowadził swojej prywatnej praktyki lekarskiej, poświęcając cały swój czas pacjentom oraz studentom, których z niezwykłym wręcz zaangażowaniem szkolił już prawie trzydzieści lat. Był wspaniałym, przystojnym mężczyzną w średnim wieku. Uwielbiali go wszyscy od współpracowników przez studentów aż po pacjentki takie jak ja. Tak, nadal go uwielbiałam nawet pomimo faktu, że od kilku miesięcy byłam święcie przekonana, że każdy mężczyzna to świnia. Jednak trzeba było sobie jasno powiedzieć - jeśli istniał na świecie jakiś wyjątek potwierdzający regułę, był nim właśnie doktor Burzański.


- O, jest pani, pani Alu – pomachał do mnie zza uchylonych drzwi gabinetu, gdy tylko podniosłam się z niewygodnego, plastikowego krzesełka poczekalni w przyszpitalnej przychodni.

- Dzień dobry, doktorze! - uprzejmie siknęłam głową.


Weszliśmy do środka i doktor powoli zamknął za nami drzwi.


- Siadaj, siadaj, Alunia – uśmiechnął się do mnie tym wyjątkowym uśmiechem, który zawsze kojarzył mi się z takim kierowanym do córek a nie pacjentek. Doktor nie ukrywał, że wszystkie swoje pacjentki tak właśnie traktował, jak córki – Jak tam? Jakieś dolegliwości? Coś nowego? Badania zrobione?

- Zrobione, doktorze – przesunęłam do niego kilka kartek naprędce wyjętych z teczki – Chyba wszystko w porządku.

- Zaraz zobaczymy – odebrał moje wyniki i powoli zaczął je analizować – Świetnie, doskonale. Faktycznie, wszystko dobrze. Nawet cytologia rewelacyjna. Brawo, młoda damo.

- Dziękuję, ale to chyba pańska zasługa.

- Bzdura, żaden lekarz nie wyleczy, jeśli pacjent nie chce być zdrowy. Jest naprawdę dobrze, a to oznacza, że dbasz o siebie i tak ma być. To ostatnia krytyczna kontrola. Teraz spokojnie możemy się zobaczyć dopiero za dwa czy nawet za trzy lata, córciu.

- Naprawdę? Nie muszę już przychodzić co pół roku?

- Naprawdę. Wszystko wygojone, wyniki wzorowe. Teraz możesz przyjść jedynie, aby mnie odwiedzić, ale wolałbym, żebyś bez potrzeby nie kręciła się po szpitalu. I tak wiem, że tego nie znosisz.

- Szpitala nie, ale pana uwielbiam, doktorze, i może tak być, że się stęsknię nieco szybciej – roześmiałam się, a następnie westchnęłam, bo niestety, miałam na myśli dokładnie to, co powiedziałam. Aż zakręciła mi się łezka w oku.

- No, no, kiciuś. Nie trzeba się tak wzruszać! Ja też będę tęsknił, więc powiedzmy, że na kontrolę zapraszam już za dwa lata. Co ty na to? - puścił mi oczko.

- Dobrze, doktorze, postaram się wytrzymać.


Wstałam, aby się pożegnać i doktor również. Uścisnął mnie krótko a następnie niemal wypchnął za drzwi.


- Pani Alu – krzyknął za mną, gdy już odeszłam kilka kroków w głąb korytarza – Proszę dbać o siebie! Tak samo albo i lepiej.

- Obiecuję – pomachałam mu.


I już mnie nie było. Już kierowałam kroki gdzieś indziej, do pobliskiego parku, którego unikałam z jednego tylko powodu, przez Aleksa, którego wspomnienie wciąż napawało mnie żalem. Ale dziś mijał rok odkąd bez większego wyjaśnienia rzucił mnie pod moim własnym biurem. Rok! Jak to zleciało? Już nie płakałam za nim po nocach, nie czułam tej głębokiej boleści, która przez pierwsze tygodnie co noc od nowa łamała mi serce. Teraz byłam zła, naprawdę zła i z tej złości w końcu udało mi się podnieść. Zmieniłam pracę, aby nie musieć łączyć jej z naszym bezsensownym rozstaniem. Zmieniłam kuchnię, którą wybudował dla mnie własnoręcznie a dziś rano powzięłam kolejną decyzję. Koniec z unikaniem miejsc, które kojarzyły mi się z nim. Będę chodzić do ulubionej galerii handlowej, w której razem robiliśmy zakupy. Pójdę do ulubionej parkowej kawiarni po moją ulubioną herbatę różaną i do mojego parku miejskiego, w którym spacerowaliśmy trzymając się za ręce. Aleksa już nie ma, jestem sama, ale to nie oznacza, że nie mam prawa do wszystkich swoich ukochanych miejsc. Jest pełnia wiosny, jest maj. Zamierzam znów cieszyć się życiem i nie myśleć o tym, że nie jesteśmy już razem i to dłużej niż ze sobą byliśmy. Ani o tym, że spodziewałam się z nim zestarzeć, że serce podopowiadało mi, że to ten jedyny. Głupie! Wiedziałam, że miłość jest przereklamowana.

Przyspieszyłam kroku i już po chwili zostawiłam za sobą obszerny teren szpitala uniwersyteckiego, do którego następnym razem będzie mi dane zajrzeć dopiero za dwa lata. Miła niespodzianka i powód do świętowania. A najlepszym miejscem do świętowania jakie przyszło mi teraz do głowy, była kameralna kawiarnia przy pobliskim parku.

Choć pogoda była dziś wyjątkowo piękna, o tej porze dnia w tej części miasta nie było zbyt wielu ludzi. Para emerytów siedziała na pierwszej ławeczce, jaką ustawiono w okolicy, a dalej właściwie nie widziałam nikogo. Tym lepiej. Była dziesiąta rano i pierwszy raz od pół roku byłam o tej porze poza biurem. Początkowo planowałam wrócić do pracy po wizycie u lekarza, ale nowa szefowa zachęciła mnie do wzięcia dnia wolnego. Nie spierałam się. Była dobrą szefową i zawsze dla swoich pracowników chciała jak najlepiej, dlatego też przyjęłam jej propozycję bez wahania. A teraz, dzięki jej wyrozumiałości, mogłam cieszyć się wiosennym dniem w otoczeniu przyrody. Kwiaty i drzewa były w pełnym rozkwicie, zieleń była tak soczysta, że aż chciało się żyć a błękitne niebo sprawiało, że czułam się lekka i szczęśliwa. Przez dłuższą chwilę manewrowałam więc pomiędzy alejkami a następnie poszłam prosto do uroczego budynku kawiarni, w której serwowano najlepszą herbatę z płatkami róży, jaką w życiu piłam. Pchnęłam przeszklone drzwi i już za moment czułam aromatyczny zapach, za którym zdążyłam się stęsknić przez ostatnie kilkanaście miesięcy.

Tak, jak się spodziewałam, w kawiarni było zupełnie pusto, moją herbatę dostałam więc błyskawicznie. Podziękowałam baristce uśmiechem i z papierowym kubkiem w dłoni, udałam się na swoje dawniej ulubione miejsce. Ale tu czekała mnie niespodzianka. Przy stoliku, który zwykle zajmowałam, siedział i wesoło majtał nogami w wysokim krzesełku około dwuletni chłopiec. Rozejrzałam się pilnie po okolicy, ale nigdzie nie namierzyłam jego rodziców. Tylko baristka zerkała w jego stronę od czasu do czasu. Czy to możliwe, że był tu sam?


- Ceść! - zamachał do mnie z szerokim uśmiechem, jakby to właśnie na mnie czekał.

- Cześć, maluchu – odparłam zdziwiona – A gdzie masz rodziców?

- Tata zaraz wlóci, miał tyci wypadek – odpowiedział płynnie maluszek. Może był jednak trochę starszy niż wydawało mi się na początku, skoro tak pięknie mówił? Owszem, troszkę seplenił, ale byłam w stanie wszystko zrozumieć. I mówił pełnymi zdaniami!

- Cieszę się, że tata zaraz wróci, ale i tak postoję tu obok ciebie dopóki go nie ma, w porządku?

- Pewnie! Jak mas na imię?

- Jestem Alicja – uśmiechnęłam się – A ty?

- Ksyś! Znam to! - ucieszył się.

- Co znasz, słoneczko?

- Alicja, znam to.

- To dość popularne imię – odpowiedziałam, choć w sumie jedyną Alicję oprócz siebie, którą znałam była ta z Krainy Czarów…

- Nie, nie! Tata casem tak mówi! Casem nagle mówi „Alicja!” Ale to chyba coś złego, bo później jest smutny.

- Ojej, już myślałam, że tak ma na imię twoja mama.

- Nie, mama to Sylwia, ale nie lubię jej! - zdenerwował się mały, a ja mało nie udławiłam się herbatą. Nigdy w życiu nie słyszałam, żeby tak małe dziecko mówiło, że nie lubi mamy. Chociaż z drugiej strony, nie znałam zbyt wielu dzieci. Może to jakiś etap czy coś takiego.

- Rozumiem – odpowiedziałam tylko, bo co innego mogłam odpowiedzieć a następnie odruchowo spojrzałam na zegarek i nagle poczułam niepokój – Długo nie ma twojego taty, wiesz dokąd poszedł?

- Do łazienki, umyć nos.

- Umyć nos? - wybałuszyłam na niego oczy a wtedy malec wybuchnął śmiechem.

- Tak i mas wielkie ocy!

- Ale dlaczego tata zostawił cię samego w kawiarni, żeby umyć nos – nie mogłam uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszałam i już zaczęłam się zastanawiać, czy aby nie będę zaraz musiała wezwać do parkowej kawiarni policji, gdy nagle ktoś podbiegł do naszego stolika.


Od niechcenie spojrzałam przez ramię, żeby zobaczyć, co się dzieje i zamarłam.


- Tata tego szkraba musiał umyć nos po tym, jak niniejszy maluch z całej siły uderzył go huśtawką i twarz taty zalała się krwią… - usłyszałam głos, który jeszcze do niedawna nawiedzał mnie w snach – Dzień dobry, Alicjo. Jesteś absolutnie ostatnią osobą, którą spodziewałem się zobaczyć gawędzącą z moim synem.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Najpopularniejsze posty :)