środa, 31 grudnia 2025

Niech już się wreszcie skończy, czyli dawno tak niecierpliwie nie czkałam na Nowy Rok

 

    Zanim przejdę do najsmutniejszej refleksji na read2sleep.pl w tym roku, chciałabym zrobić krótkie podsumowanie techniczne bloga. Niniejszym prezentuję sto siedemdziesiąty post w tym roku i sześćset czterdziesty post na blogu. Sporo tego, nawet jak na ponad trzy lata działalności. Jak znalazłam  czas na stworzenie tyle treści? Nie mam pojęcia, ale jestem z siebie dumna. 😉 Z ciekawości zrobiłam wczoraj małą analizę statystyk i sprawdziłam, jakiego rodzaju posty są najczęściej czytane przez moich Czytelników. Oto wyniki.

1. Najchętniej czytane są recenzje książek publikowanych w aplikacjach do czytania typu Galatea i Novel. Jest to dla mnie, przyznam szczerze. pewnym zaskoczeniem.
2. Drugim najchętniej czytanym rodzajem postów są posty o osobach sławnych. Nie ma tych postów zbyt wiele, ale statystki mają imponujące ;).
3. Trzeci najchętniej czytany rodzaj postów na read2sleep.pl to (uff, całe szczęście! ;) ) moja twórczość około literacka, czyli moje wiersze!!! i opowiadania. Byłoby mi nieco smutno, gdyby ta część mojego bloga nie znalazła się na podium, więc bardzo dziękuję, Kochani!
4. Tuż za podium mamy... Uwaga, uwaga! Fotorelacje! Cieszę się! Uwielbiam wrzucać Wam fotki z moich krótkich wypraw.
5. Chętnie czytane są również moje wypowiedzi o rynku książki, o wydawnictwach. Dziwne, prawda?😉
6. Co ciekawe, informacje o zagranicznych powieściach nie mają aż tak wielu odsłon. Jest to dla mnie największym zaskoczeniem, gdyż to z ich  powodu właśnie założyłam blog read2sleep.pl ;). Może po prostu klasycznych stron/blogów z recenzjami książek jest zbyt wiele?
7. Pozostałe posty mają pojedyncze odsłony, ale jednak jakieś mają, więc póki co niczego nie usunę i będę obserwować, co dalej.

A teraz, Kochani, przechodzę do podsumowania Roku 2025...

    Jak ja się cieszę, że mam to już za sobą! (Tzn. prawie...) 1993, 1994, 1998, 2012, 2015, 2019 (choć nie cały, na szczęście)  - są to lata, które znalazły się na mojej czarnej liście. To do nich niniejszym dołączył rok 2025! Ponieważ jest to siódmy tego typu rok, mam nadzieję, że w myśl starego przysłowia o siedmiu latach chudych i siedmiu tłustych, niniejszym te trudne już nie będą się w moim życiu pojawiać. Tłustych jeszcze nie miałam, tylko takie normalne, więc teraz czekam na tłuste 😉.  Rok 2025, o którym horoskopy zgodnie pisały, że ma być MOIM ROKIEM, rokiem mojego nieprzerwanego szczęścia i sukcesu, stał się zamiast tego moją traumą. Chcę, żeby odszedł. Chcę o nim pamiętać, ale tylko ku przestrodze. Chcę, żeby się już nie powtórzył. 

Zacznijmy od początku...

    Styczeń... po wielkiej radości i wielkiej nadziei związanej z premierą mojej pierwszej wydanej pod pseudonimem Silentia książki -  "Tylko jeden dzień", nastąpił zgrzyt. Powieść wydrukowano z błędnym ISBN. Z tego powodu, w momencie premiery i jeszcze wiele tygodni później, nie była dostępna do sprzedaży, a co za tym idzie nikt, kto zobaczył ją w mediach społecznościowych czy na niniejszym blogu, nie mógł jej nabyć. Gdy już "problem rozwiązano" i otrzymałam w końcu informację, że książka wreszcie trafiła do sprzedaży - ZONK! Spróbowałam ją kupić i niestety. Zamiast testowego egzemplarza własnej książki otrzymałam... zwrot pieniędzy, bo pozycja była niedostępna. Napisałam do Wydawnictwa z prośbą o wyjaśnienie i otrzymałam informację, że akurat zmieniają hurtownię. Do dwóch tygodni sprawa miała się rozwiązać. Niestety, zamiast dwóch tygodni było ich kilka razy więcej i nagle okazało się, że powieści nie można wciąż nabyć pod żadną postacią, choć od premiery minęły już cztery miesiące... Cóż... później  nie wiem, jak było, bo od rana do nocy byłam zajęta innymi sprawami, związanymi z nauką, pracą, szkołą, dziećmi, zdrowiem... Pogarszającym się zdrowiem, niestety. Chcąc nie chcąc przestałam monitorować sprawę dostępności książki. Gdy zaś myślałam, że już na pewno powoli wszystko się układa, spotkał mnie osobisty ból, osobista strata, której poświęcę więcej niż trochę miejsca w osobnym akapicie... Książka znów odeszła w moim życiu na dalszy plan. Nie wiedziałam, co się z nią dzieje i może tak było lepiej...
    Powoli radziłam sobie. Ratowały mnie dzieci, którymi musiałam się zająć pomimo bólu. Ratował mnie też nadmiar obowiązków i blog. A gdy jako tako się otrząsnęłam i znów chciałam sprawdzić, jak się ma książka, nad którą myślałam i pracowałam od wielu lat, na której wydanie oszczędzałam pieniądze, by wydać ją na własnych warunkach i nikogo o nic nie prosić, stało się coś jeszcze innego. Moja książka znów na kilka miesięcy zniknęła ze sprzedaży przez atak hakerski na hurtownię, z której usług obecnie korzysta Wydawca. Nie wiem już teraz, czy śmiać się, czy płakać. Rok premiery mojej debiutanckiej powieści jako Silentii, mojej dopieszczonej romantycznej historii "Tylko jeden dzień", był rokiem, w którym książka była praktycznie niemożliwa lub bardzo trudna do zakupu! A jakby tego było mało, nie trafiła nawet do bibliotek z listy egzemplarzy obowiązkowych i Wydawnictwo nadal nie potrafi mi powiedzieć, dlaczego ich tam nie ma. Dostaję tylko co kilka tygodni informacje, że sprawdzą i nadal nic. 
    Pojawił się też problem z pozycjonowaniem powieści w Internecie, gdyż - jak już kiedyś wspominałam na read2sleep.pl - od momentu nadania przeze mnie tytuły do faktycznego wydania książki minęło trochę czasu. Pod tytułem "Tylko jeden dzień" zdążyła już napisać oraz wydać inną powieść i to romantyczną... inna osoba. Okazało się też, że mój pieczołowicie przed laty wybrany pseudonim stał się pewnym problemem, gdyż Silentia to również firma produkująca między innymi parawany medyczne. Jest to firma wielka i znana, a przez to trudno się przebić mojemu pseudonimowi w sieci. Autorka Silentia (o powstawaniu mojego pseudonimu opowiem Wam jeszcze raz w przyszłym roku) długo jeszcze nie pokona w Internecie firmy produktów marki Silentia i to również wpływa na możliwość odnalezienia mojej książki w sieci. Na razie o mojej książce możecie poczytać na stronie lubimyczytac.pl (https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5178469/tylko-jeden-dzien).
    Cóż, nauki Zen mówią, że "co straciłeś, nigdy nie miało być twoje". Może jest jakiś powód, dla którego straciłam potencjał swojej pierwszej, wydanej powieści romantycznej. Może kiedyś dostrzegę w tym sens. Teraz go nie widzę, ale może czas mi go pokaże.

    A teraz druga a jednocześnie ważniejsza i trudniejsza sprawa, druga DUŻA czy też NAJWIĘKSZA, bo mniejszych jest lista, która sięga pewnie kilometra... Jest to oczywiście strata, strata ostateczna. W połowie mijającego roku straciłam jedną  z najbliższych mi osób. Strata ta była nie tylko zupełnie niespodziewana, ale przede wszystkim niepotrzebna i okrutna. Przez błędy, szereg błędów lekarzy - ludzi, którzy mieli przecież ratować a nie odbierać życie, odeszła moja Babcia. Miejsce, do którego pojechała sama, uśmiechnięta, w letniej sukience... Szpital o dobrej sławie, w którym miał być przeprowadzony prosty zabieg (nawet nie pod narkozą!) a zakończył się śmiercią i to śmiercią okrutną... Nie mogę tego przeboleć. Nie mogę się z tym pogodzić. Nie było choroby, nie było nieszczęśliwego wypadku. Był tylko błąd, kolejny błąd i wreszcie ten ostateczny. Babcia z nikim się nie pożegnała, za dwa dni mieliśmy się z nią spotkać przy wspólnym stole. Pojechała z torebeczką i pewnością, że na drugi dzień będzie w domu. Nigdy już nie zobaczyła swoich prawnuków, wnuków ani dzieci.
Pocieszając innych mówiłam, że po prostu nadszedł jej czas i trzeba się z tym pogodzić. Uwierzyli mi, ale ja nie jestem w stanie przekonać samej siebie.

    Wobec powyższego wszystkie inne sprawy wydają się błahe. Choć i przez moją powieść smucę się nocami, to jednak tego bólu po stracie Babci nie mogę porównać z niczym. Nie jestem młoda i straty wśród bliskich bywały już w moim życiu, ale to były straty sensowne, uzasadnione - choroba, wypadek... Z tą, pozbawioną większego sensu śmiercią, nie pogodzę się chyba nigdy.

    Rok 2025 to było również sporo rozsypywania się wszystkiego, co mnie otacza. Popsuło mi się mnóstwo sprzętów w domu i bez niektórych musze się wciąż obywać. Popsuło mi się zdrowie, popsuły mi się relacje międzyludzkie... Rozluźniły mi się stosunki z wieloma, naprawdę bliskimi mi osobami, pogorszyły się relacje z osobami, z którymi muszę współpracować. Oszukali mnie nawet sprzedawcy ;). Szwankujący wzrok ograniczył moje możliwości czytania wieczorami.  Stało się tak wiele innych, niefajnych rzeczy. Nie, nie będę tęsknić za rokiem 2025.

    Ale na koniec, po oczyszczającym tekście, w którym podzieliłam się ze "światem" swoim żalem, przez co czuję, jakbym trochę zrzuciła go z własnych pleców, mam ochotę zasiać iskierkę nadziei. Kilka godzin wcześniej szukałam czegoś w mediach społecznościowych i nagle natrafiłam na zdjęcie kobiety w rękawicach bokserskich. Zdjęcie było czarnobiałe, nostalgiczne. Pod spodem znalazłam napis. Był to tekst, który brzmiał mniej więcej tak "Rok 2025 nauczył cię walczyć z przeciwnościami. Rok 2026 nauczy cię cieszyć się z osiągniętego sukcesu."

    I tym optymistycznym akcentem, żegnam na read2sleep.pl rok 2025! W Nowym 2026 Roku życzę Wam oraz sobie UKOJENIA.

Ściskam i pozdrawiam
Silentia


fot. Sil


Małe światełka z rana, czyli WrocLove

 

    To nie będzie dziś jedyny post na read2sleep.pl. Za parę godzin dodam kolejny. Ponieważ jednak ostatni post w tym roku będzie nieco smutny, zacznę od krótkiej wzmianki o czymś pozytywnym. 

    Jako mieszkanka obrzeży miasta, poruszam się po Wrocławiu komunikacją miejską i w tym roku czekała mnie oraz tysiące innych pasażerów pewna miła niespodzianka. Otóż od jakichś dwóch tygodni po Wrocławiu, a przynajmniej na mojej stałej trasie, kursuje poza rozkładem niezwykły autobus-choinka! Jest w nim mnóstwo światełek, naklejek świątecznych łańcuchów i... uśmiechniętych ludzi, bo nie ma nic przyjemniejszego niż, gdy wsiada się na przystanku, na którym marzło się od kilku minut, w ciepły, rozświetlony autobus miejski, który w dodatku nadjechał niespodziewanie ;). Poniżej kilka malutkich fotek :D.


Ściskam i pozdrawiam

Sil




fot. Sil


wtorek, 30 grudnia 2025

poniedziałek, 29 grudnia 2025

I po świętach, czyli słów kilka o tradycji ze Szczodrymi Godami w tle

 

    Fajnie, że mówi się coraz więcej o tym, dlaczego święta Bożego Narodzenia w Polsce wyglądają tak a nie inaczej oraz o tym, że to, co obchodzimy w domach jako święta katolickie, tak naprawdę więcej ma wspólnego z dawnymi, pogańskimi obrządkami niż z czymkolwiek innym. Mowa tu oczywiście o Szczodrych Godach, czyli tradycyjnej kolacji (Szczodry Wieczór ;)), którą spożywano z okazji zwycięstwa światła nad ciemnością, czyli po prostu, z takiego powodu, że noc przestawała się w końcu wydłużać na rzecz wydłużającego się dnia. Piszę to oczywiście w ogromnym uproszczeniu, ale jeśli ktoś ma ochotę, polecam poszukać informacji o tradycyjnych świętach pogańskich. Bardzo ciekawe materiały można znaleźć bez większego wysiłku w Internecie oraz w książkach o obrządkach słowiańskich. Dziś jednak chciałam krótko napisać o czymś zupełnie innym. Chciałam w kilku zdaniach opowiedzieć o tradycjach świątecznych z mojego dzieciństwa.

    Wychowana w całkowicie polskim domu, od zawsze obchodziłam z rodziną wszystkie ważniejsze święta uznawane za katolickie a tym, które było moim ulubionym, było Boże Narodzenie. Czekałam na choinkę, którą tata przywoził z leśniczówki w wigilijny poranek i, którą ubieraliśmy całą rodziną, aby było szybciej, bo przecież "tyle jeszcze roboty do kolacji". Czekałam również na świąteczne wypieki, zwłaszcza ciasteczka kruche z cukrem, własnoręcznie wykrajane w najróżniejszych kształtach. Jako dziecko uwielbiałem oczywiście również prezenty, gdyż poza urodzinami, był to jedyny czas, gdy w domu moich rodziców otrzymywało się podarunki. Nie było u nas tradycji obdarowywania się np. z okazji Wielkanocy, a z okazji Mikołajek były najczęściej tylko paczki z zakładu pracy mojej mamy. W przedszkolu biskup "Mikołaj", daleki od obecnego wizerunku grubiutkiego staruszka w czerwonej piżamce, rozrzucał tylko cukierki, które zbieraliśmy w rytm piosenki "Mikołaju, Mikołaju zostań z nami!" O prezentach nie było mowy, ewentualnie trochę później otrzymywało się woreczek z pomarańczą i np. piernikiem lub czekoladą. A później pisywałam listy do "Gwiazdora", bo tak mówiło się w moim domu na osobnika podrzucającego prezenty pod choinkę. Najpierw pisałam je z pomocą kogoś dorosłego, w szkolnych latach zaś, sama. Listy takie zostawiało się na parapecie i miało nadzieję na cud.
    Odkąd zaczęłam chodzić do szkoły i odkryłam gdzieś koło 3-4 klasy, że prezentami obdarowują się po prostu normalni ludzie a nie mistyczne postacie, sama również próbowałam przygotowywać podarki dla bliskich. Głównie kupowałam je w sklepiku szkolnym za pieniądze, które mama od czasu do czasu dawała mi zamiast drugiego śniadania... Nie było tego wiele, więc i moje prezenty były raczej skromne. Zeszyt dla mamy, ciastka czy długopis dla taty, chipsy, które były wówczas w Polsce nowością, dla brata.
    W domu, w Wigilię był zawsze rozgardiasz. Jeśli dwudziestego czwartego grudnia przypadało w tygodniu, mama była w pracy do około południa. Tata zawsze brał wolne, by kupić od leśniczego jeden ze świerków przeznaczony do wyrębu. Sam go wycinał, przywiązywał do dachu auta i przywoził. Pachniało w całym domu. Gdy już choinka stała w wiadrze z piaskiem... ;), ubierało się ją w szesnaście sporych lampek, które mama pieczołowicie rozkładała jak najrównomierniej. Zabawa była przednia, gdy okazało się, że lampki nie świecą. Oznaczało to, że któraś żarówka się przepaliła i trzeba teraz każdą sprawdzać, aby ewentualnie wymienić. Mieliśmy około dwudziestu bombek, pięknych, ręcznie malowanych, ale poza tym ubierało się drzewko w ozdoby z papieru oraz specjalną "mieszankę choinkową" cukierków. Nikt nie był pewien, co będzie w środku kolorowych papierków... Tego dnia mama gotowała a ja i mój brat musieliśmy sprzątać, pomagać z nakrywaniem do stołu czy zmieniać pościel. Tata po oprawieniu choinki, najczęściej po prostu szedł się wykąpać i czekał. Później przyjeżdżali rodzice mamy, przywożąc zawsze pomarańcze, mandarynki, jabłka, banany i uszka ulepione przez babcię. Dziadek przywoził również karpia dla taty oraz siebie. Czasem śledzie typu matias. Mama odbierała rybę od dziadka i piekła ją w cebuli. Koło godziny szesnastej zasiadaliśmy wreszcie do stołu i tam spędzaliśmy jakąś godzinę. Później były prezenty, śpiewanie kolęd i oczywiście ciasta - sernik, makowiec, ciasteczka kruche z cukrem.
    Moi rodzice nie chadzali na pasterkę, więc dziadkowie wracali wieczorem do siebie, by pójść na mszę we własnej parafii. My zaś oglądaliśmy zwykle jakiś film, który puszczano w telewizji.
    Pozostała część świąt nie miała w mojej rodzinie większego znaczenia. Dwudziestego piątego grudnia chodziliśmy najczęściej do kościoła, ale w drugi dzień świąt już nie. Cieszyliśmy się jednym i drugim wolnym dniem, czasem jechaliśmy do dziadków na obiad, ale nie było to regułą.
    Mimo wszystko święta Bożego Narodzenia wydawały mi się już wtedy bardzo intensywnym przeżyciem. Czekałam na nie z niecierpliwością, ale gdy minęły, nie żałowałam. A im byłam starsza, tym bardziej mnie męczyły. Zaraz po Wigilii czekałam, by już można było rozebrać choinkę, odnieść wszystkie ozdoby i schować na następny rok. I czekać na wiosnę... Tak pozostało do dziś. Staram się maksymalnie opóźnić szykowanie się do świąt a po świętach jak najszybciej pozwala tradycja, wszystko uprzątnąć. Zwykle sprzątam wszystkie ślady po Bożym Narodzeniu już siódmego stycznia a w zamian kupuję w kwiaciarni jakiś wiosenny kwiatek, np. prymulę.

    Co ciekawe, w moim domu nigdy nie było specjalnych przygotowań do Wielkanocy, za to gości było sporo, więcej niż na  Boże Narodzenie. Przez lata nie mieliśmy nawet żurku do śniadania a jego odświętny charakter tkwił bardziej w ilości zwykłego jedzenia i liczbie gości, niż czymkolwiek innym. Może dlatego też wiosenne święta nigdy mnie nie męczyły w przeciwieństwie do tych zimowych. Nie było takiego uroku, mroku, tajemniczości, światełek, prezentów... Było za to dużo radości, gości i jedno czy dwa ciasta, które odróżniały Wielkanoc od normalnego weekendu. Od szkoły również miało się tylko jeden wolny dzień. Mniej niż w grudniu. Ale to mi nie przeszkadzało, podobnie jak brak prezentów.

    To wszystko pozostało ze mną do dziś. Obchodzę i Boże Narodzenie, i Wielkanoc, bo ta kazała tradycja, którą wpoili mi rodzice, ale Gwiazdka jest dla mnie z jednej strony przepięknym przeżyciem, z drugiej czymś zbyt intensywnym, za czym nie tęsknię przez resztę roku. Wielkanoc to w moim odczuciu po prostu nieco głośniejszy wiosenny weekend, w którym gotuje się żurek, je więcej jajek niż zwykle i oczywiście spotyka z bliskimi.

    Mam nadzieję, że moja krótka opowieść była dla Was interesująca, Drodzy Czytelnicy. Jeśli macie ochotę, dajcie znać jakie macie doświadczenia z własnych świąt, z dzieciństwa.

Ściskam i pozdrawiam
Sil


fot. Sil



niedziela, 28 grudnia 2025

Planeta Ziemniak, czyli książka kucharska, która wzbudza we mnie ambiwalentne odczucia...

 

    "Planetę Ziemniak" Dominiki "Stewuni" Olejnik znalazłam pod choinką. Sama na pewno bym jej nie kupiła i to nie dlatego, że jest to przede wszystkim książka kucharska, a ja z takowych raczej nie korzystam, ale również dlatego, że patrząc na okładkę, byłabym pewna, że jest to książka dla dzieci. Choć jednak ta wydana w bieżącym roku pozycja jest napisana w sposób dość infantylny, z całą pewnością nie jest przeznaczona dla małych czytelników a raczej dla młodych ludzi, zwłaszcza kobiet, które pasjonują się gotowaniem. Muszę przyznać, że pomimo początkowych wątpliwości, książka wzbudziła we mnie pewną ciekawość i już w drugi dzień świąt udało mi się ją przeczytać, choć nie należy do cienkich. "Planeta Ziemniak" liczy 448 stron, ale na tych stronach za wiele treści nie ma, papier jest gruby a zdjęcia (miłe dla oka) wypełniają prawię połowę objętości i to jest główny powód, dla którego udało mi się tak szybko przebrnąć przez lekturę.

    Jak wspomniałam we wstępie, "Planeta Ziemniak" to książka kucharska, ale dość specyficzna, gdyż poświęcona ziemniakom i wariacjom na ich temat.  A i to nie wszystko! Jest ona bowiem poświęcona potrawom z ziemniaków w wersji wegańskiej. Można by więc domniemywać, że ja jako zadeklarowana od kilkunastu lat wegetarianka, będę zachwycona przepisami zawartymi w "Planecie", ale nie jestem, choć przeczytałam je z ciekawością. A dlaczego nie jestem? Bo nie widzę w nich niczego odkrywczego. A te, w których coś odkrywczego znalazłam, nie wzbudziły mojego zainteresowania. Jednak w tym momencie chciałam coś wyraźnie zadeklarować. Gdybym pasjonowała się gotowaniem, pewnie chciałabym mieć tę pozycję w swojej kucharskiej biblioteczce. I tu kolejna deklaracja! Ale tylko jako książkę kucharską, gdyż pozostała treść wzbudza szereg moich wątpliwości.

    Nie chcę na koniec roku zamienić się w krytykantkę, dlatego poniżej przedstawię swoją opinię na temat "Planety Ziemniak" w kilku punktach, w podziale na wady i zalety.  Zacznę od zalety.

Zalety pozycji "Planeta Ziemniak"

1. Jest to obszerny zbiór potraw z ziemniaków, przydatny dla osób, które pasjonują się gotowaniem lub, podobnie jak autorka, są smakoszami ziemniaków i szukają inspiracji.
2. Piękne ilustracje, miłe dla oka, zachęcające do spróbowania dań.
3. Zabawna, choć nieco myląca okładka - myślałam, że to bajka dla dzieci.
4. Stonowana kolorystyka, duże litery, które ułatwią czytanie. Twarda oprawa, dzięki której "Planeta" dobrze będzie wyglądać na półce.
5. Fajny, przejrzysty podział na rozdziały.
6. Świetna pozycja dla wegan, którzy nie chcą na własną rękę przerabiać przepisów tradycyjnych potraw z ziemniaków (np. pierogi ruskie) na wersję wegańską.
7. Sporo ciekawych informacji we wstępach do niektórych rozdziałów, ale z tym punktem będzie łączyć się również wada, o czym poniżej.

Przechodzimy do wad, których niestety jest sporo, chociaż od razu zaznaczę, że nie będę się wypowiadać na temat jakości samych przepisów kulinarnych.

1. Zdecydowanie za dużo błędów w tekście. Jeżeli książka przeszła profesjonalną redakcję oraz korektę to błędów jest naprawdę zbyt wiele. Ja wiem, że autorka nie jest (jak sądzę) polonistką, ale od tego właśnie w stopce redakcyjnej pojawiły się redaktorka oraz korektorka. Treści w "Planecie" nie ma tak wiele, by usprawiedliwione było aż tyle błędów. Mam na myśli powtórzenia, literówki czy przecinek w środku wyrazu... 
2. Treść, choć prawdopodobnie miała być napisana z humorem, wydaje mi się odrobinkę zbyt infantylna. Może to być różnie odbierane i pewnie część czytelników uzna, że to cały urok pozycji, ale mnie sposób narracji nieco przeszkadzał.
3. Autorka podaje bardzo dużo faktów historycznych bez odniesienia do źródeł. Pojawiła się jedynie informacja na końcu książki, że linki do materiałów można znaleźć na stronie wydawnictwa. Autorka uważa to za ułatwienie, co jest niedorzeczne. Aby zachować staranność, należałoby umieścić źródła informacji w książce a nie gdzieś na stronie wydawnictwa. Nawet nie chce mi się sprawdzać, czy faktycznie takie zestawienie jest i przypuszczam, że nie znajdzie się zbyt wielu czytelników, którzy będą mieli ochotę sprawdzać poprawność zawartych w książce informacji, szukając odnośników w jakimś pliku pdf na stronie wydawcy. Subiektywnie uważam takie rozwiązanie za niedopuszczalne. Ale cóż... Może to znak czasów? 
4. Autorka krytykuje influenserów, do których wg mnie sama się zalicza.
5. Dominika Olejnik nie przedstawia się w pozycji. Czytając jej teksty człowiek ma wrażenie, że autorka uważa się za autorytet, a równocześnie nie wiemy, z jakiego powodu. Czy ma wykształcenie kierunkowe? A może jest tylko smakoszem ziemniaków? Być może osoby, które obserwują "Stewunię" w Internecie wiedzą coś więcej, jednak z książki nie dowiemy się niczego na temat kompetencji autorki. 
6. Autorka bardzo krytykuje wszelkiego rodzaju diety i dostrzega w nich jedynie komercjalizację życia. Wg mnie nie jest tak do końca. Powstają nowe diety, gdyż ludzie poszukują swojego miejsca w kulinarnym świecie, aby zachować zdrowie, w tym również oczywiście zdrowy wygląd. O ile nie popada się w skrajności, czy też obsesje, nie widzę w tym niczego złego. 
7. Dominika Olejnik opiera się w książce na stereotypach i typowym podziale ról w domu. Wspomina o niewidocznej pracy kobiet, podając przykład obierania ziemniaków. Fajnie, zgadzam się, że praca gospodyń domowych jest niedoceniana i umniejszania, ale nie jestem pewna, czy jest to temat do podnoszenia w książce kucharskiej. I taka ciekawostka... Akurat w moim otoczeniu, większość sąsiadów obierających ziemniaki to jednak mężczyźni ;).

Ostatnia wada jest wg mnie dyskusyjna. Jeśli pani Olejnik ma ochotę w swojej książce kucharskiej walczyć o prawa kobiet to uważam, że powinna to robić. Mnie się to kłóci z tematyką książki, ale gdyby to była jej jedyna, subiektywna oczywiście wada, to nie zawracałabym sobie nią nawet głowy.

    Chciałabym napisać jeszcze coś, jako podsumowanie. Niezależnie od wszystkich wad i zalet pozycji "Planeta Ziemniak", uważam, że powinna była powstać i dobrze, że powstała. Jest dla mnie pewną ciekawostką i nadzieją, bo oznacza, że pisanie o swoich pasjach po prostu ma sens. Pani Dominika zdecydowanie włożyła w swoją książkę wiele serca i pracy, dlatego też na pewno nie będę odradzać zakupu jej dzieła. Natomiast pewne niedociągnięcia w treści sprawiają, że polecać pozycji również nie będę, chyba że ktoś szuka po prostu wegańskiej książki kucharskiej o ziemniakach :).

Ściskam i pozdrawiam
Sil

fot. Sil


sobota, 27 grudnia 2025

Westchnienie

 

światło upadło poniżej ciemności
swoje obie ręce straciło w nicości
a jeśli zniknęły czułe jego ręce
nie obejmie blaskiem
mej ciemności więcej

tęsknię nocami oczy kryjąc w mroku
wszystko, co trwa nadal spowolniło kroku
nie błądząc po gęstwinie
poplątanych ścieżek
mówili, że jest wieczne
ale już nie wierzę

Sil


fot. Sil


środa, 24 grudnia 2025

Świętowanie wg uznania, czyli krótkie życzenia ;)

 

Moi Kochani Czytelnicy!

Na podsumowanie roku jeszcze przyjdzie czas, a dziś mam dla Was krótkie życzenia. Zdrowia, szczęścia i pomyślności życzę Wam zawsze, dlatego dziś napiszę coś innego ;). Dziś życzę, aby każdy spędził święta tak, jak lubi. Bez presji, bez niesnasek. Życzę Wam, aby ten czas był godny zapamiętania i wspominania na starość!  ;)


Ściskam i pozdrawiam

Sil


fot. Sil


wtorek, 23 grudnia 2025

Wege bigos..., czyli obiecałam przepis i przepis jest ;)

 

    Biegając dziś za swoimi sprawami poczułam, że coś jest inaczej niż zwykle. Korki były o innej porze, ludzie zaczepiali się na ulicach mówiąc jakieś pozdrowienia, w sklepach tłum był już od 7 rano a choinki z pobliskich stoisk w tym roku sprzedały się praktycznie co do jednej. Ale to nie to zatrzymało mnie na chwilę w miejscu. To, co tak bardzo różniło się dziś od mojej okolicy, którą znam, to był zapach. Gdzie nie poszłam, w którą stronę nie skręciłam, czułam mieszaninę zapachów jak z restauracji. Po prostu wszędzie pachniało świątecznym jedzeniem. Zatrzymałam się więc w drodze i uświadomiłam sobie, że wspominałam Wam, iż w grudniu mogę pokusić się o podanie na read2sleep.pl przepisu kulinarnego. A tak się składa, że jestem świeżo po ugotowaniu wege bigosu.

    Poniższego przepisu nie znajdziecie nigdzie indziej. Jest mój, autorski, opracowany kilka lat temu, gdy metodą prób i błędów tworzyłam wege bigos, który wreszcie by mi zasmakował ;).

Składniki:

2 średnie kapusty pekińskie
1 opakowanie (około 500-600 g) kapusty kiszonej
1 duża cebula (najlepiej czosnkowa)
2 duże ząbki czosnku
1/2 opakowania przyprawy do bigosu
pieprz
sos sojowy (2-3 łyżki)
1-2 łyżki miodu (najlepiej akacjowego)
około pół litra wody
olej rzepakowy (co najmniej 3-4 łyżki)
1 łyżka bulionu warzywnego
2 łyżki przecieru pomidorowego
1/2 pokrojonego w kosteczkę tofu wędzonego
3 pokrojone w kostkę pieczarki

Oprócz tego potrzebne będą:

- duża deska do krojenia,
- ostry nóż,
- duży garnek (4 litry),
- kubek na sok,
- duży, półtoralitrowy słoik lub dwa weki.

Przygotowanie:

Kapustę pekińską porządnie umyć, odkroić końcówki i obrać wierzchnie liście (końcówka i wierzchnie liście idą do bioodpadów). Pozostałe liście osuszyć i posiekać na paseczki około 0,5 cm. Nadmiar białej części wyrzucić do bio lub dodać do sałatki ;), chyba że lubicie twardszy bigos. Można zostawić, robię różnie.
Z kapusty kiszonej odcisnąć sok do kubka i nie wylewać, może się przydać! W dużym garnku rozgrzać kilka łyżek oleju i krótko zeszklić posiekaną w kostkę cebulę z rozgniecionym czosnkiem. Do cebuli dodać posiekaną kapustę pekińską i krótko smażyć ciągle miszając a następnie zalać szklanką gorącej wody. Dusić na małym ogniu około pół godziny a następnie dodać przecier pomidorowy, sos sojowy, bulion i przyprawę do bigosu. Poddusić jeszcze pół godziny, dodać odciśniętą kapustę kiszoną i porządnie wymieszać. Dolać jeszcze około pół szklanki gorącej wody.
Dusić kolejną godzinę na małym ogniu aż część wody odparuje. Dodać miód, tofu i pieczarki. Doprawić pieprzem. Nie solić, bo sos sojowy oraz kapusta kiszona są już słone. Wymieszać i dusić kolejne pół godziny. Teraz spróbować, czy odpowiada nam kwaśność bigosu. Jeśli jest za słodki - dodać sok z kapusty (po troszkę, np. 2 łyżki i znów spróbować). Jeśli za kwaśny - można dodać jeszcze miodu.
Gdy większość wody odparuje a smak nam już odpowiada (jeśli nie - doprawić sokiem, miodem, pieprzem...), bigos zdjąć z ognia i przełożyć do wcześniej wyparzonego słoika (lub słoików). Porządnie zakręcić przez ściereczkę, bo słoik jest bardzo gorący i odwrócić do góry dnem. Gdy słoik ostygnie, można postawić normalnie i włożyć do lodówki na święta ;).

Zwykle robię mój wege bigos dwa dni przed świętami, ale może też być jeden dzień wcześniej lub później :)


Smacznego ;)

Ściskam i pozdrawiam
Sil

fot. Sil



niedziela, 21 grudnia 2025

Jeden, dwa, trzy - choinka rozbłysła... a Ty? ;) Czyli wiersz "Klucz"


Klucz

powiesiłam go na choince
może coś tym zamienię
nadzieja to marzenie
wepchnięte w ból i westchnienie


klucz do szczęścia ukryty w blasku
od świateł pomiędzy igłami
powiesiłam go na choince
by szczęście zostało z nami

Sil

fot. Sil


piątek, 19 grudnia 2025

"A ty z tej próżni czemu drwisz...", czyli kilka słów o "Dziewczynie" Bolesława Leśmiana

 

    Pamiętam swoją pierwszą styczność z twórczością Bolesława Leśmiana (1877*-1937). Byłam wówczas w liceum i w ramach przerabiania poezji na języku polskim, poznawaliśmy erotyki. To wtedy przeczytałam po raz pierwszy wiersz poety, a był nim utwór "W malinowym chruśniaku". Problem w tym, że choć moim koleżankom i kolegom świeciły się oczy na samo określenie "erotyk", mnie wiersz zupełnie nie przypadł do gustu. Jedyne, co mi w nim pasowało to był rytm. Dopiero po latach dowiedziałam się, że rytm był znakiem rozpoznawczym Bolesława Leśmiana i szczerze? To właśnie rytmy jego wierszy ujmują mnie najbardziej. 

    Grzebiąc w twórczości poety, natknęłam się wreszcie na "Dziewczynę" i utwór ten, który został opublikowany dwa razy (raz solo, raz jako element zbioru "Napój cienisty), do dziś jest jednym z najbardziej cenionych przeze mnie wierszy. Jest piękny w treści i w formie, choć krytykowany za nazbyt abstrakcyjne przesłanie.

    "Dziewczyna" to perfekcjonizm w czystej postaci. Nie tylko forma jest doskonała, ale treść również niesie za sobą dziesiątki możliwych interpretacji. To poezja przez wielkie P, bo jest to jeden z takich utworów, w którym każdy może znaleźć coś dla siebie. Treść obfituje w symbole, uczucia, mistycyzm. Lubię go za pewną prostotę, która jednak komplikuje się z każdą myślą czytelnika. To opowieść o marzeniach, które nieraz zaburzają świadomość, ale nadal nie przestają być celem. "Dziewczyna" to wreszcie nadzieja, która bywa złudna, ale czy nie bywa również konieczna, aby mieć siłę do działań? To opowieść o tym, co w życiu najważniejsze, o poszukiwaniu sensu istnienia.

    Bolesław Leśmian żył na przełomie wieków. Jego twórczość znalazła się na styku epoki Młodej Polski oraz Dwudziestolecia międzywojennego i obfitowała we wszystko, co te dwie epoki za sobą niosły. Widzę w jego wierszach niepokoje z Młodej Polski, widzę również poszukiwanie nowych rozwiązań, łączenie tego, co najlepsze z nurtów popularnych w epokach wcześniejszych. Choć mówiono mi, że na przełomie wieków rodzą się dekadenci, Leśmian nie był jednym z nich. Wolał szukać, niż cierpieć. Wolał świat fantazji, działanie, niż epatowanie poczuciem bezsensu. I o tym również jest wiersz "Dziewczyna" - o działaniu, poszukiwaniu, nie czekaniu w próżni. Bo nawet, jeżeli próżnia będzie w "całym niebie", po co z niej drwić?


Ściskam i pozdrawiam

Sil


fot. Sil

*Data narodzin Leśmiana jest dyskusyjna, podaje się również 1879 jako rok jego urodzenia.

wtorek, 16 grudnia 2025

Zawierucha

 

księżyc o świcie jak uśmiech 
od ucha do ucha
zmarznięty jak kamień
krok każdy pod butem
jest wciąż między nami
jakaś zawierucha
zbyt trudną naszym sercom
stworzono marszrutę

i biegną przed siebie
nie znając wytchnienia
splątane ścieżki
pomiędzy ciałami
jest jeszcze między nami
tyle do zrobienia
tyle różnych emocji
wciąż jest między nami

usiądźmy na chwilę,
by przemyśleć życie
trochę oklepane a jednak
tego nam dziś trzeba
nad świata niezwykłością
unieśmy się w zachwycie
trwa zawierucha
od piekieł do nieba

Sil

fot. Sil


niedziela, 14 grudnia 2025

Do świąt zostało dziesięć dni, więc czas najwyższy na świąteczne mikro opowiadanie, czyli "Plan ucieczki"

 

Plan ucieczki

Silentia


    Okej, już pamiętam z jakiego powodu przez ostatnie kilka lat unikałam przyjmowania zaproszeń na święta do domów moich znajomych i dalszych krewnych, którzy mi jeszcze pozostali. Problem w tym, że nie mogłam sobie przypomnieć takiego powodu kilkanaście dni temu, gdy moja wspólniczka a jednocześnie najlepsza przyjaciółka - Sara - zaproponowała, żebym dołączyła do Wielkiej Wigilii Kronosów w jej rodzinnym domu. Zapytała wówczas "Liz, dlaczego właściwie nie chcesz do nas wpaść? Przecież nie masz innych planów i siedzisz w święta sama od lat!" a ja w przypływie amnezji czy czegoś podobnego odpowiedziałam "Właściwie to nie wiem". "Wpadnij więc, proszę. Choć ten jeden raz!" - nalegała a ja z niewiadomych przyczyn odparłam "W sumie, dlaczego nie?" Wtedy nie potrafiłam znaleźć powodu "dlaczego nie", lecz teraz, gdy siedziałam wciśnięta w kąt między jednym a drugim wujkiem Sary, słuchałam ich żartów na poziomie ósmej klasy podstawówki i próbowałam setny raz poprosić ciotki, żeby nic mi nie nakładać na talerz "nawet na spróbowanie", moja pamięć jakby zaczęła wracać... Rychło w czas, nie ma co.

- Elizuniu, naprawdę nie chcesz spróbować sałatki śledziowej? To grzech nie spróbować wszystkich potraw na Wigilii!
- Nie dziękuję, pani Krysiu - uśmiechnęłam się do najstarszej ciotki mojej przyjaciółki - Naprawdę nie jadam ryb.
- Raz by ci nie zaszkodziło, dziecko.

Uśmiechnęłam się, ale już nawet nie chciało mi się tłumaczyć, że po pierwsze mam trzydzieści sześć lat i trudno mnie uznać za dziecko, po drugie owszem, zjedzenie ryby po dwudziestu latach wegetarianizmu mogłoby mi zaszkodzić a po trzecie jedyne, co jeszcze dziś uda mi się zmieścić w żołądku to krople na niestrawność...

Przez jadalnię przeszedł szmer niezadowolenia, gdy i Sara odmówiła jakiejś potrawy, zwłaszcza, że była w ciąży i przecież "powinna była jeść za dwoje", a następnie rozpoczęła się kolejna fala nietaktownych żartów nie tylko pod adresem niezamężnych kuzynek mojej przyjaciółki, ale i niestety pod moim. Przyjaźniłyśmy się z Sarą od pierwszej klasy szkoły podstawowej, już prawie trzydzieści lat. Znałam każdą z dwudziestu osób przy stole wigilijnym, przy których przyszło mi dziś biesiadować. Nikt nie uważał mnie za na tyle obcą osobę, żeby mieć dla mnie litość. Słuchałam więc, starałam się nie obrażać a nawet uśmiechnąć od czasu do czasu, jednak gdy wujek Albert zapytał na głos, czemu nikt jeszcze nie zechciał takiej ładnej "panienki" jak ja, uznałam że potrzebuję przerwy. Z miną sztucznie uprzejmą, posyłając Sarze znaczące spojrzenie, przecisnęłam się przez tłum ludzi w wieku sześćdziesiąt plus, po czym pobiegłam najpierw do toalety, a następnie narzuciłam płaszcz na ramiona i otworzyłam drzwi balkonowe w pokoju gościnnym. Musiałam dostać się do ogrodu. Marzyłam o chwili spokoju a tak się złożyło, że w domu rodziców Sary znałam idealne miejsce. Stara, drewniana huśtawka stała od zawsze na zadaszonej przez ojca mojej przyjaciółki werandzie. Musiałam tam teraz chwilę posiedzieć, odpocząć i zacząć logicznie myśleć. A pierwsze, co planowałam obmyślić, był grzeczny i nie wzbudzający podejrzeń plan ewakuacji z przyjęcia...

    Gdy tylko otworzyłam szklane drzwi prowadzące do ogrodu, owiał mnie ciepły, zupełnie nie zimowy wiatr. Jak to możliwe, że 24 grudnia nie tylko nie było mrozu i śniegu, ale temperatura sięgała dziecięciu kresek powyżej zera? Nawet wiatr zdawał się ciepły! Mimo to zaciągnęłam zamek w moim płaszczu pod samą szyję, myśląc o tym, że za chwilę na huśtawce pewnie noc wyda mi się jednak chłodna. Ale myliłam się, bo gdy tylko podeszłam bliżej wymarzonego miejsca odpoczynku, zrobiło mi się wręcz gorąco. Huśtawka nie była pusta, siedział na niej i jak gdyby nigdy nic sączył piwo prosto z butelki, doskonale znany mi osobnik. Ernest, starszy brat Sary, którego dziś miało tu nie być, a w którym podkochiwałam się przez cały okres szkoły podstawowej i co najmniej połowę liceum. A może i do dziś...

- Liz! - zasalutował mi butelką, gdy tylko nasze oczy się spotkały - Co ty tu robisz?
- Cześć, Ernest! Chciałam się przewietrzyć i zebrać myśli - starałam się zignorować płonące policzki. I tak nie mógł ich dojrzeć w panującym mroku - A ty? Co ty tutaj robisz? Sara wspominała, że cię nie będzie na Wigilii.
- Nie kłamała - zaśmiał się lekko ochrypłym głosem - Jak widzisz nie ma mnie na Wigilii, ale nie mówiłem, że nie zajrzę do staruszków, jak tylko cały ten tłum błaznów się wyniesie.
- A twoi rodzice...Wiedzą, że tu jesteś?
- Pewnie wiedzą... - przytaknął, następnie zaś wziął kolejny łyk ze swojej butelki - Tak jak wiedzieli, że nie pojawię się jako pożywka do paplaniny zbyt licznej rodziny matki.
- I akceptują twój brak przy stole?
- Nie bardzo mają wyjście - wzruszył ramionami, pociągając kolejny łyk - A ty? Skąd się tu wzięłaś?
- Uciekam. Jak widać nieskutecznie - zaśmiałam się nagle, niemal histerycznie.
- Jeszcze nie zauważyłaś przez trzydzieści lat przyjaźni z moją siostrą? Nie da się uciec przed Kronosami. - Ernest uśmiechnął się delikatnie. Jego uśmiech był ładny, czarujący wręcz, ale również smutny. Mogłam to dostrzec nawet przy nikłym świetle padającym zza niedomkniętych drzwi balkonowych, przez które dopiero co weszłam.
- Będę się jednak starać - odwzajemniłam uśmiech - Właśnie chciałam przysiąść na tej huśtawce i wymyślić plan ewakuacji.
- Cóż, zapraszam - odsunął się nieco w lewo robiąc mi miejsce - A co do planu...
- Tak?
- Mogę mieć pewną propozycję, jeśli jesteś zainteresowana.
- Jestem - przysiadłam wreszcie obok niego - Sama jeszcze nie mam pomysłu, więc chętnie wysłucham twojego.

Serce zaczęło walić mi wściekłe w klatce piersiowej, jakbym czuła, że propozycja Ernesta, starszego brata mojej najlepszej przyjaciółki, rozwiedzionego przystojniaka, który siedział teraz tuż obok mnie przegryzając wargę i łowiąc blask z moich oczu, miała nie być czymkolwiek, co spodziewałam się od niego usłyszeć.

- Chodźmy do mnie - wypowiedział wreszcie słowa, od których zrobiło mi się gorąco jak w największym upale  - Weźmy się za ręce tak dla sensacji, przejdźmy przez dom pełen ludzi, którzy nas wkurzają i życzmy im cholernie wesołych świąt, a następnie chodźmy do mnie, zostawiając ich w totalnym szoku. Mieszkam chwilowo trzy ulice dalej... zrobię grzane wino, obejrzymy coś a później... będziemy robić wszystko, na co być może od dawna mieliśmy ochotę. Co ty na to?
- Ernest... To jest kuszące, ale... - poczułam jakby moje serce właśnie miało wyskoczyć z klatki piersiowej.
- Ale co? - przysunął się bliżej - Czy jest coś, co masz do stracenia przyjmując moją propozycję?
- Nie, ale ..
- Ale co? - powtórzył.
- Nie wiem, jestem na Wigilii u twoich rodziców, u rodziców Sary. To trochę niegrzeczne...
- Bo przecież świetnie spędzasz czas, prawda? To pewnie dlatego ewakuowałaś się na ogród, aby obmyślić plan ucieczki? Liz, żadne z nas nie ma nic do stracenia. Ten wieczór może być tylko lepszy...
- Pewnie masz rację.
- Pewnie mam. Więc jak? Tak czy nie?
- Nie.

Skinął głową na znak, że akceptuje moją odpowiedź. Zobaczyłam jednak w jego oczach szczery zawód, ale niestety nie mogłabym się zgodzić na jego plan, gdyż w mojej głowie już uformował się lepszy.

- Mam inny plan, skoro nie masz w te święta nic do stracenia - zaczęłam wreszcie po pełnej napięcia chwili.
- Słucham więc, co może być lepszego od mojego planu - ponownie spojrzał w moim kierunku.
- Pójdziesz się przywitać z rodziną trzymając mnie za rękę, tak dla sensacji, życzymy im wspólnie wesołych świąt, a gdy już pozbierają szczęki z podłogi, podejdziemy do tego hoteliku na końcu ulicy, gdyż wynajęłam tam pokój na święta. Nie znoszę alkoholu, więc będziesz musiał obejść się bez grzanego wina, ale zapewniam, że możemy coś obejrzeć a następnie robić to, o czym być może od dawna oboje marzymy. Co ty na to?

Przez moment myślałam, że mi nie odpowie, później, że mnie wyśmieje a następnie już nawet nie byłam pewna, czy w ogóle jest rzeczywisty. Lecz w tym momencie Ernest nachylił się do mojego ucha i pieszcząc bok mojej twarzy gorącym oddechem, wyszeptał:

- Wygrałaś! Twój plan jest lepszy, więc chodźmy go zrealizować jak najszybciej.

Ernest energicznie odstawił swoją butelkę, wstał i wyciągnął do mnie rękę a następnie realizując plan ewakuacji, weszliśmy do domu jego rodziców. Pośpiesznie życzyliśmy wszystkim wesołych świąt, by móc udać się już robić te wszystkie rzeczy, o których być może od dawna marzyliśmy i nawet nie zauważyliśmy, jak odprowadza nas dwadzieścia par zszokowanych oczu.

Koniec


fot. Sil


wtorek, 9 grudnia 2025

Wprost z mojego kołowrotka przychodzę do Was z wierszykiem, czyli "Święty spokój"

 

Święty spokój

zachciało się czegoś więcej
więcej niż się miało
zachciało się szczęścia, miłości też mało
zachciało się sławy, choć ta niepisana
przeraża z wieczora, przeraża i z rana

zachciało się więcej
więcej niż już było
niech znów coś rozpocznie to, co się skończyło
zachciało się pozbyć wszystkich lęków wreszcie
by móc pożyć lepiej i dłużej, i jeszcze

i nagle człowiek czeka, by w świętym spokoju
nie pragnąć niczego w trudzie, zgiełku, znoju
nie myśleć o niczym od zmierzchu noc całą
lecz zasnąć w ciszy i noc mieć wspaniałą

Sil


fot. Sil


czwartek, 4 grudnia 2025

To nie AI, to życie, czyli krótki komentarz do artykułu z Onetu "Urodziła się po to, by opiekować się chorym bratem"

 

    To nie jest pierwszy raz, gdy czytam podobną historię. Nie jest też pierwszy, gdy o podobnej słyszę. Artykuł z portalu Onet.pl "Urodziła się po to, by opiekować się chorym bratem. "To był plan rodziców"" (Magdalena Gorostiza) nie jest dla mnie nowością, a jednak podobne historie smucą mnie za każdym razem tak samo.

    "Urodziła się po to, by opiekować się chorym bratem..." to historia młodej kobiety, lekarki, która została powalana do życia tylko w jednym celu. Po tym, jak jej rodzicom urodził się ciężko chory syn, zdecydowali się na poczęcie drugiego dziecka, aby pierwszemu zapewnić opiekę. I już w tym momencie mogłabym zakończyć streszczenie artykułu, bo historia w nim zawarta staje się bulwersująca. Jeżeli rodzice poczynają dziecko tylko dlatego, aby zapewnić komuś opiekę, jest to po prostu niemoralne. Dziewczynka od najmłodszych lat była uczona opieki nad bratem. Nie było mowy o zabawie czy dzieciństwie,. Wpajano jej, że najważniejszy dla niej musi być starszy brat i jego dobro. Całe jej życie było podporządkowane pod brata i potrzeby rodziców. Ale żeby tego było mało, matka i ojciec nie poświęcali się synowi. Chorym chłopcem opiekowały się babcie, opiekunki lub właśnie młodsza siostra. I to już druga, ogromna niemoralność w historii młodej kobiety - syn jest odpowiedzialnością rodziców a nie rodzeństwa. Żeby tego było mało, córka dla rodziny poświęciła wszystko - pasje, dzieciństwo, młodość. Poszła na medycynę, bo rodzice uważali, że tak będzie najlepiej. Lecz, gdy zapragnęła odrobiny wolności dla siebie, rodzice postawili sprawę jasno. Jeżeli nie będzie non stop do dyspozycji ich i starszego brata to ją wydziedziczą. To była trzecia, choć nie ostatnia niemoralność w historii. Pojawiła się jeszcze jedna rzecz. Rodzice kobiety zdecydowali się na trzecie dziecko. Mieli kolejnego, zdrowego syna i tym synem się zajmowali, ten syn miał wszystko i nawet nie musiał patrzeć w kierunku starszego brata. Od tego była przecież siostra, bo od opieki jest córka. Ale wiecie co? Choć może to ostatnie jest kwestią bardziej sprawiedliwości niż moralności, to bulwersuje mnie najbardziej, ponieważ jest mi najbliższe. Pamiętam, jak urodziłam drugiego syna i część mojej dalszej rodziny była zawiedziona, że to nie dziewczynka. Jedna z ciotek skomentowała "Chyba będziesz musiała spróbować jeszcze raz, żeby mieć córkę". Na moją odpowiedź, że chciałam mieć dwóch synków i jest dobrze, jak jest usłyszałam "No to kto się tobą zaopiekuje na starość?" Wtedy zrozumiałam. W Polsce, ale może i nie tylko w naszym kraju, kobieta wciąż ma być podporządkowana mężczyźnie. Wg mojej ciotki urodziłam "dwa książątka" a do roboty nie ma nikogo, bo nie ma dziewczynki. I to jest straszne. To jest niedopuszczalne wręcz myślenie,  któremu wciąż hołduje tak wielu mężczyzn, ale i (o zgrozo!) kobiet. 

    Dwadzieścia parę lat temu jedna z moich dalszych kuzynek urodziła syna, a później następnego i następnego. Uznała, że nie przestanie rodzić, póki "nie urodzi sobie córki do pomocy". Straszne myślenie, ale w ten sposób doczekała się siedmiorga dzieci i na tę chwilę to córka jest małą księżniczką wśród tylu starszych braci. 

    Ale wróćmy do meritum. Zawsze drażniło mnie przekonanie u niektórych matek i ojców, że ich dzieci są im coś winne. "Będziesz się mną opiekować na starość!" - słyszałam to zdanie tyle razy, choć na szczęście nie od własnych rodziców. "Dałam ci wszystko a ty jesteś taka niewdzięczna!" - kolejne popularne zdanie. "Będziesz się opiekować młodszym rodzeństwem, taki masz obowiązek" - usłyszałam też kiedyś, jak matka pouczała moją koleżankę. Nie, rodzice. Wasze starsze dzieci nie mają opiekować się za was młodszymi z obowiązku. Rodzeństwo powinno opiekować się sobą wzajemnie, wspierać się wzajemnie, ale na zasadzie miłości, chęci. Nie dlatego, że wam się nie chce i pragniecie pozbyć się problemu. I nie, dzieci nie są wam winne opieki na starość. Mogą się opiekować, jeśli tego chcą, bo czują z wami głęboką więź opartą na miłości. Jeśli myślicie, że poczęliście dzieci, zwłaszcza córki, aby kiedyś mieć pielęgniarki, to nie powinniście tymi rodzicami w ogóle być. 

    Kochani, wszystkie posty na read2sleep.pl to są moje poglądy lub moja twórczość. Każda interpretacja książki, każdy komentarz do artykułu to jest moje subiektywne postrzeganie danej kwestii, oparte na wieloletnim doświadczeniu życiowym. Zachęcam do lektury, dyskusji, polemiki. 


Ściskam i pozdrawiam

Sil


fot. Sil

środa, 3 grudnia 2025

niespełnione

 

niespełna wczoraj poszarzałe dłonie
półpuste, pół z niczym 
bo tak czasem bywa
opadły z ramion 
zawisły wzdłuż ciała
nie ma obowiązku, aby być szczęśliwym

niespełna wczoraj lub może przed latem
gorącym, dusznym jak dzień na Saharze
schroniły się w głębi myśli niemądre
skrojone jak zwykle w zbyt dużym rozmiarze

niespełnione... niespełnione?
i co im zrobicie?
nie ma obowiązku, by los uśmiechnął się do mnie
marzyliśmy o czymś i nagle przepadło
zapomniane w podły sposób
nieskończone życie

Sil

fot. Sil


poniedziałek, 1 grudnia 2025

Grudniowy blues...

 

    Choć grudzień trwa już od ładnych kilku godzin, ja wciąż jeszcze jestem w listopadzie, a właściwie w październiku... lub może we wrześniu - nie jestem pewna. W każdym razie nie jestem jeszcze mentalnie w grudniu, który zaskoczył mnie jeszcze bardziej niż kilka ostatnich miesięcy. Zaskoczył mnie nawet bardziej niż zima drogowców, co jednak o czymś świadczy... i teraz patrzę za okno na rozpadającego się bałwana, wciąż nie mogąc się zdecydować, czy na nadejście grudnia się cieszyć, czy nie. Chyba jednak będę się cieszyć. 

    Podsumowanie roku 2025 za kilka tygodni, jednak już teraz mogę powiedzieć, że mijający powoli rok bardzo mnie zawiódł i to główny powód, dla którego jednak cieszę się z nadejścia jego ostatniego miesiąca. Im szybciej minie grudzień, tym szybciej minie cały rok, o którym mogę powiedzieć jedno - ROZCZAROWUJĄCY.

    Okej, wyżaliłam się trochę i jakoś mi lżej, dzięki ;). A czego możecie spodziewać się w rozpoczynającym się odwilżą grudniu na read2sleep.pl? Wierszy! Tak, ostatnio jestem nastrojona poetycko, więc wierszy pewnie trochę będzie. Będzie również mikro opowiadanie lub dwa, zależy ile znajdę czasu na pisanie. Czy będzie jakaś recenzja? Może, może... To też zależy od czasu i tego, czy będzie dla mnie łaskawy. Jeśli znajdę chwilę na spacer, będzie również fotorelacja. Może wrzucę jakiś świąteczny przepis kulinarny? Tak, mogę się o to pokusić ;). W każdym razie read2sleep.pl na pewno nie będzie świecił pustkami, więc zapraszam. 

    Życzeń jeszcze nie składam, zrobię to w stosownym czasie ;). Na razie po prostu

Ściskam i pozdrawiam

Sil


fot. Sil


Najpopularniejsze posty :)