poniedziałek, 29 grudnia 2025

I po świętach, czyli słów kilka o tradycji ze Szczodrymi Godami w tle

 

    Fajnie, że mówi się coraz więcej o tym, dlaczego święta Bożego Narodzenia w Polsce wyglądają tak a nie inaczej oraz o tym, że to, co obchodzimy w domach jako święta katolickie, tak naprawdę więcej ma wspólnego z dawnymi, pogańskimi obrządkami niż z czymkolwiek innym. Mowa tu oczywiście o Szczodrych Godach, czyli tradycyjnej kolacji (Szczodry Wieczór ;)), którą spożywano z okazji zwycięstwa światła nad ciemnością, czyli po prostu, z takiego powodu, że noc przestawała się w końcu wydłużać na rzecz wydłużającego się dnia. Piszę to oczywiście w ogromnym uproszczeniu, ale jeśli ktoś ma ochotę, polecam poszukać informacji o tradycyjnych świętach pogańskich. Bardzo ciekawe materiały można znaleźć bez większego wysiłku w Internecie oraz w książkach o obrządkach słowiańskich. Dziś jednak chciałam krótko napisać o czymś zupełnie innym. Chciałam w kilku zdaniach opowiedzieć o tradycjach świątecznych z mojego dzieciństwa.

    Wychowana w całkowicie polskim domu, od zawsze obchodziłam z rodziną wszystkie ważniejsze święta uznawane za katolickie a tym, które było moim ulubionym, było Boże Narodzenie. Czekałam na choinkę, którą tata przywoził z leśniczówki w wigilijny poranek i, którą ubieraliśmy całą rodziną, aby było szybciej, bo przecież "tyle jeszcze roboty do kolacji". Czekałam również na świąteczne wypieki, zwłaszcza ciasteczka kruche z cukrem, własnoręcznie wykrajane w najróżniejszych kształtach. Jako dziecko uwielbiałem oczywiście również prezenty, gdyż poza urodzinami, był to jedyny czas, gdy w domu moich rodziców otrzymywało się podarunki. Nie było u nas tradycji obdarowywania się np. z okazji Wielkanocy, a z okazji Mikołajek były najczęściej tylko paczki z zakładu pracy mojej mamy. W przedszkolu biskup "Mikołaj", daleki od obecnego wizerunku grubiutkiego staruszka w czerwonej piżamce, rozrzucał tylko cukierki, które zbieraliśmy w rytm piosenki "Mikołaju, Mikołaju zostań z nami!" O prezentach nie było mowy, ewentualnie trochę później otrzymywało się woreczek z pomarańczą i np. piernikiem lub czekoladą. A później pisywałam listy do "Gwiazdora", bo tak mówiło się w moim domu na osobnika podrzucającego prezenty pod choinkę. Najpierw pisałam je z pomocą kogoś dorosłego, w szkolnych latach zaś, sama. Listy takie zostawiało się na parapecie i miało nadzieję na cud.
    Odkąd zaczęłam chodzić do szkoły i odkryłam gdzieś koło 3-4 klasy, że prezentami obdarowują się po prostu normalni ludzie a nie mistyczne postacie, sama również próbowałam przygotowywać podarki dla bliskich. Głównie kupowałam je w sklepiku szkolnym za pieniądze, które mama od czasu do czasu dawała mi zamiast drugiego śniadania... Nie było tego wiele, więc i moje prezenty były raczej skromne. Zeszyt dla mamy, ciastka czy długopis dla taty, chipsy, które były wówczas w Polsce nowością, dla brata.
    W domu, w Wigilię był zawsze rozgardiasz. Jeśli dwudziestego czwartego grudnia przypadało w tygodniu, mama była w pracy do około południa. Tata zawsze brał wolne, by kupić od leśniczego jeden ze świerków przeznaczony do wyrębu. Sam go wycinał, przywiązywał do dachu auta i przywoził. Pachniało w całym domu. Gdy już choinka stała w wiadrze z piaskiem... ;), ubierało się ją w szesnaście sporych lampek, które mama pieczołowicie rozkładała jak najrównomierniej. Zabawa była przednia, gdy okazało się, że lampki nie świecą. Oznaczało to, że któraś żarówka się przepaliła i trzeba teraz każdą sprawdzać, aby ewentualnie wymienić. Mieliśmy około dwudziestu bombek, pięknych, ręcznie malowanych, ale poza tym ubierało się drzewko w ozdoby z papieru oraz specjalną "mieszankę choinkową" cukierków. Nikt nie był pewien, co będzie w środku kolorowych papierków... Tego dnia mama gotowała a ja i mój brat musieliśmy sprzątać, pomagać z nakrywaniem do stołu czy zmieniać pościel. Tata po oprawieniu choinki, najczęściej po prostu szedł się wykąpać i czekał. Później przyjeżdżali rodzice mamy, przywożąc zawsze pomarańcze, mandarynki, jabłka, banany i uszka ulepione przez babcię. Dziadek przywoził również karpia dla taty oraz siebie. Czasem śledzie typu matias. Mama odbierała rybę od dziadka i piekła ją w cebuli. Koło godziny szesnastej zasiadaliśmy wreszcie do stołu i tam spędzaliśmy jakąś godzinę. Później były prezenty, śpiewanie kolęd i oczywiście ciasta - sernik, makowiec, ciasteczka kruche z cukrem.
    Moi rodzice nie chadzali na pasterkę, więc dziadkowie wracali wieczorem do siebie, by pójść na mszę we własnej parafii. My zaś oglądaliśmy zwykle jakiś film, który puszczano w telewizji.
    Pozostała część świąt nie miała w mojej rodzinie większego znaczenia. Dwudziestego piątego grudnia chodziliśmy najczęściej do kościoła, ale w drugi dzień świąt już nie. Cieszyliśmy się jednym i drugim wolnym dniem, czasem jechaliśmy do dziadków na obiad, ale nie było to regułą.
    Mimo wszystko święta Bożego Narodzenia wydawały mi się już wtedy bardzo intensywnym przeżyciem. Czekałam na nie z niecierpliwością, ale gdy minęły, nie żałowałam. A im byłam starsza, tym bardziej mnie męczyły. Zaraz po Wigilii czekałam, by już można było rozebrać choinkę, odnieść wszystkie ozdoby i schować na następny rok. I czekać na wiosnę... Tak pozostało do dziś. Staram się maksymalnie opóźnić szykowanie się do świąt a po świętach jak najszybciej pozwala tradycja, wszystko uprzątnąć. Zwykle sprzątam wszystkie ślady po Bożym Narodzeniu już siódmego stycznia a w zamian kupuję w kwiaciarni jakiś wiosenny kwiatek, np. prymulę.

    Co ciekawe, w moim domu nigdy nie było specjalnych przygotowań do Wielkanocy, za to gości było sporo, więcej niż na  Boże Narodzenie. Przez lata nie mieliśmy nawet żurku do śniadania a jego odświętny charakter tkwił bardziej w ilości zwykłego jedzenia i liczbie gości, niż czymkolwiek innym. Może dlatego też wiosenne święta nigdy mnie nie męczyły w przeciwieństwie do tych zimowych. Nie było takiego uroku, mroku, tajemniczości, światełek, prezentów... Było za to dużo radości, gości i jedno czy dwa ciasta, które odróżniały Wielkanoc od normalnego weekendu. Od szkoły również miało się tylko jeden wolny dzień. Mniej niż w grudniu. Ale to mi nie przeszkadzało, podobnie jak brak prezentów.

    To wszystko pozostało ze mną do dziś. Obchodzę i Boże Narodzenie, i Wielkanoc, bo ta kazała tradycja, którą wpoili mi rodzice, ale Gwiazdka jest dla mnie z jednej strony przepięknym przeżyciem, z drugiej czymś zbyt intensywnym, za czym nie tęsknię przez resztę roku. Wielkanoc to w moim odczuciu po prostu nieco głośniejszy wiosenny weekend, w którym gotuje się żurek, je więcej jajek niż zwykle i oczywiście spotyka z bliskimi.

    Mam nadzieję, że moja krótka opowieść była dla Was interesująca, Drodzy Czytelnicy. Jeśli macie ochotę, dajcie znać jakie macie doświadczenia z własnych świąt, z dzieciństwa.

Ściskam i pozdrawiam
Sil


fot. Sil



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Najpopularniejsze posty :)