środa, 27 sierpnia 2025

Dziwna, przypadkowa, dwudziestoletnia książka, czyli "Horoskopy z czterech stron świata"

 

    Porządkując biblioteczkę mojej niedawno zmarłej babci, natknęłam się na książkę, której bym się tam nie spodziewała. Była to dość obszerna pozycja "Horoskopy z czterech stron świata" pióra Andrzeja Sieradzkiego. Wydana w 2005 roku, pod kilkoma względami jest już nieaktualna, ale to nie jest powód, dla którego nie polecę "Horoskopów". Jest nim brak precyzji, spójności, zbyt sztywny styl oraz przede wszystkim błędy.    

    Horoskopy to często wyśmiewany temat, często również jest po prostu tabu. Znam osoby, które "wierzą w takie rzeczy", ale robią to w tajemnicy przed światem, by właśnie nie narazić się na śmieszność. Są oczywiście, a nawet jest ich sporo, osoby, które otwarcie mówią, że w "prawdziwe" horoskopy wierzą, ale wśród moich znajomych osoby takie są w mniejszości.

    Ja do horoskopów mam dość ciekawy stosunek. Uwielbiam je czytać i jeżeli zwiastują mi coś dobrego myślę sobie "ale fajnie!", natomiast gdy zwiastują mi coś złego myślę "ale bzdury!". Zawsze traktowałam je z przymrużeniem oka, bo gdyby wg najlepszych chęci uznać, że horoskopy, zwłaszcza te najbardziej znane w Polsce, czyli horoskopy dla dwunastu znaków zodiaku umieszczane w gazetach, są absolutnie prawdziwe, mogłoby się okazać, że jednej dwunastej wszystkich ludzi powinno się wieść w danej chwili dokładnie tak samo... Astrolog w tym momencie pewnie powie "Co za bzdury! Przecież jest milion dodatkowych czynników!", ale o to i rzecz się rozchodzi. Horoskopy znane większości z nas tych elementów po prostu nie uwzględniają.

    Jednak lubię poznawać horoskopy, również te w postaci książkowej, jeszcze z innej przyczyny. Lubię czytać o tym elemencie kultury danej części świata. To właśnie dlatego zabrałam się z zapałem za lekturę autorstwa Andrzeja Sieradzkiego. Dlatego też poczułam się nią zawiedziona. Kultury było tu tyle co nic, autor zaś pisał w sposób dość nieskładny, krzywdzący i niejednokrotnie zbyt nadęty. Wspominając chociażby o dzieciach urodzonych w danym zodiaku, pozwalał sobie na stwierdzenia, że dziecko spod takiego znaku nie jest inteligentne a spod innego jest, co wg mnie jest po prostu niemądre. 

    Kolejną wadą "Horoskopów z czterech stron świata" jest brak precyzji i daleko idące uproszczenia. Autor zapomniał np., że chińskie znaki zodiaku nie są wyznacza dokładnie od 1 stycznia do 31 grudnia. Są pewne przesunięcia. Czytywałam książki o chińskich horoskopach pisane przez chińskich specjalistów w tej dziedzinie i pozycja Andrzeja Sieradzkiego mocno się od nich różni, dlatego zastanawiam się, skąd autor polskiej książki czerpał wiedzę.

    Zawiedziona byłam też częścią poświęconą horoskopom z innych części świata. Były one napisane tak skrótowo, jak gdyby autor koniecznie chciał je uwzględnić w książce ze względu na tytuł, ale nie miał już ochoty zagłębiać się w temat. Innymi słowy o tym, co mnie ciekawiło najbardziej, nie dowiedziałam się zbyt wiele. 

    Co uważam za zaletę "Horoskopów z czterech stron świata" Andrzeja Sieradzkiego? Cóż można uznać, że jeśli ktoś dopiero zaczyna zgłębiać temat horoskopów, może potraktować pracę pana Sieradzkiego jako wstęp a następnie sięgać do innych pozycji.


Ściskam i pozdrawiam

Sil


fot. Sil


    

niedziela, 24 sierpnia 2025

Oskar i Pani Róża, czyli o książce, która była dla mnie wyjątkiem od reguły

 

    Książkę "Oskar i Pani Róża" poleciła mi koleżanka. Było to kilkanaście lat temu, gdy rozmawiałyśmy o ulubionych powieściach. Wspomniałam wówczas o czymś, co nie jest tajemnicą, czyli że nie czytuję książek ze smutnym zakończeniem, moja koleżanka zaś odpowiedziała, że ona też tak ma, ale jest jeden wyjątek - "Oskar i Pani Róża". Wówczas na wieść, że nie będzie to wesoła książka zareagowałam jak zwykle. Stwierdziłam, że podziękuję i nie przeczytam, ale pech chciał, że książka trafiła niedługo po tym w moje ręce. Nie była długa, postanowiłam więc raz złamać swoją żelazną zasadę. W efekcie po "Oskara" sięgnęłam, przeczytałam, popłakałam się i... nie żałuję, że to zrobiłam.
    "Oskar i Pani Róża" w wersji, którą przeczytałam, została wydana w 2005 roku przez Wydawnictwo ZNAK (Na zdjęciach poniżej jest również książka wydana przez ZNAK, ale z 2011 roku). Autorem jest Éric-Emmanuel Schmitt znany z filozoficznych dzieł. Opowieść liczy zaledwie kilkadziesiąt stron, ale stanowi całość, której nie trzeba sztucznie rozszerzać.
    "Oskar i Pani Róża" to wartościowa pozycja, nawet jeśli jest typowym wyciskaczem łez. Książka pisana jest dość skrótowo, w postaci czegoś w rodzaju dziennika. Opowiada historię ostatnich dni chorego chłopca, tytułowego Oskara oraz jego relacji z bliskimi, innymi pacjentami, personelem szpitala oraz z wolontariuszką - Panią Różą. Dla krytyków fabuła mogłaby wydawać się mało odkrywcza. Wszak wiadomo, że ciężka choroba często kończy się śmiercią, że ta świadomość jest trudna, wręcz bolesna, a jednak autor opowieści pokazuje te ostatnie dni tak mądrze, jak i delikatnie. Przechodzi przez różne etapy odchodzenia z godnością, pokazuje różne aspekty końcówki życia i różne punkty widzenia w trudnych chwilach. Możemy podglądnąć, co dzieje się w dziecięcej głowie, gdy dociera do niej nieuchronność końca, jak zachowują się dorośli w tej sytuacji. Czytamy o wsparciu i zrozumieniu, ale również o chwilach buntu. Widzimy, że w każdej sytuacji może kryć się pewna wyjątkowość, coś nieuchwytnego, co po nas zostanie...
    "Oskara i Panią Różę" porównuje się często do "Małego Księcia", lecz ja nie widzę wielkiego podobieństwa. Jeśli miałabym się go doszukiwać to dlatego, że zostało mi to zasugerowane przez krytyków literackich. Owszem, bohaterami są dzieci, mądre dzieci o skłonnościach filozoficznych, lecz sens fabuły jest zupełnie inny. "Mały Książę" zawsze był dla mnie czymś nierzeczywistym, "Oskar i Pani Róża" to wręcz surowa rzeczywistość. 

    Choć trochę wbrew swoim zasadom, wszak jestem za czytaniem dla pokrzepienia serc a nie po to, by mieć kolejny powód do smutku, książkę "Oskar i Pani Róża" polecam. Ale nie na każdą chwilę, bo choć opowieść ta może dać też swego rodzaju pocieszenie, to jest raczej lekcją życia niż miło i lekko spędzonym czasem. "Oskar i Pani Róża" to nie jest rozrywka, to coś zupełnie innego - chwila refleksji nad światem, zatrzymania w biegu i głębokiej zadumy nad tym, co w życiu ważne.

Ściskam i pozdrawiam
Silentia


fot. Sil


sobota, 23 sierpnia 2025

chwila

 

nie daleka przyszłość, nie bliska
niczym kwiat paproci - ideał niedościgniony
czasami to tylko chwila
rzadziej złota godzina

a wieczność trwa niewzruszona
jakby nic się nie stało

Silentia


fot. Sil


piątek, 22 sierpnia 2025

Ruiny Zamku na Wyspie, czyli udana próba odnalezienia zabytku, na przekór przeszkadzającej mapie ;)

 

    W zeszłym roku poddałam się i nie zobaczyłam tego, po co przyjechałam do Jelcza-Laskowic, niewielkiego miasteczka pod Wrocławiem. Panował upał ponad 30 stopni w cieniu, a ja szłam w słońcu wzdłuż jednej z przelotowych dróg. Dlatego, gdy mapy Google doprowadziły mnie do tabliczki "Ruiny Zamku na Wyspie" i oznajmiły, że dotarłam do celu, pomyślałam, że albo tym zamkiem jest stara stodoła, albo mapa się myli. W zeszłym roku, w upale nie miałam siły, by szukać dalej, gdy jednak wczoraj dotarłam do Jelcza-Laskowic i zobaczyłam przepiękny, odremontowany pałac, w którym ma obecnie siedzibę Urząd Miasta i Gminy, stwierdziłam, iż podejmę jeszcze jedną próbę odnalezienia ruin. Było warto, choć spod Urzędu czekał mnie godzinny spacer. Na szczęście pogoda sprzyjała. Było ładnie, ale nie za gorąco. Dotarłam na miejsce i cieszę się, że udało mi się odkryć ten zakątek historii. Żałuję jednak, że nikt nie zrobił do tej pory perełki edukacyjnej z miejsca z potencjałem.

    Do ruin zamku z centrum Jelcza-Laskowic idzie się dość prosto. Najpierw ulicą Oławską, później skręca się w Ogrodową i wchodzi się na Odrzańską. Od dworca idzie się mniej więcej 45 minut, od stawu jakieś 25. Po zobaczeniu tabliczki z napisem Ruiny Zamku na Wyspie, należy iść tak jak pokazuje strzałka w lewo, a następnie zejść z wału. Przez jakiś czas nie ma oznaczeń a następnie znów pokazują się strzałki do ruin. Przed samymi ruinami znaleźć można tablicę informacyjną z historią zamku. Całość nie jest najlepiej utrzymana, ale same ruiny są ciekawe. Są nawet jakieś podziemia, jednak nie odważyłam się tam wejść. Ścieżki są wydeptane, domniemywam więc, że ruiny dość często są odwiedzane, ale chaszcze świadczą o tym, że raczej nie przez kogoś, kto o miejsce ma zadbać a jedynie przez miłośników zabytków.

    Polecam odwiedzić Jelcz-Laskowice przy okazji wizyty np. we Wrocławiu. Od centrum Wrocławia pociągiem jedzie się około 50 minut. Samochodem nie będzie raczej szybciej. Po zwiedzaniu ruin można zrelaksować się nad całkiem ładnie utrzymanym stawem, choć większość punktów gastronomicznych działa tutaj tylko w weekendy.

Ściskam i pozdrawiam

Sil

fot. Sil
Urząd Miasta i Gminy Jelcz-Laskowice

















fot. Sil
Ruiny Zamku na Wyspie





fot. Sil
Staw i plaża w Jelczu-Laskowicach


czwartek, 21 sierpnia 2025

Miasto, które warto zwiedzić na Dolnym Śląsku, czyli Świdnica

 

    Nie miałam w planach na ten rok zwiedzania Świdnicy, jednak los zdecydował inaczej. Trzeba było załatwić tam pewną sprawę (niestety, nie bardzo się udało...), a skoro już poświęciłam te 65 minut na dojazd pociągiem z Wrocławia, postanowiłam przejść się po miasteczku. 

    Świdnica to urokliwe miejsce, pełne zabytków, zieleni i widoków na góry. Jest tu spokojnie i ładnie. Rynek tętni życiem - w każdej kawiarni zobaczyć było można pełno ludzi, są kwiaty i na każdym rogu fontanna, choć działały tylko trzy z czterech. Jest w Świdnicy bogato zdobiona Katedra (obecnie w remoncie) i słynny Kościół Pokoju, który jednak tym razem udało mi się obejrzeć tylko z zewnątrz. Niedaleko Rynku znajduje się ponadto słynna bycza kamienica - Dom pod Bykami a na jednym z rynkowych rogów zobaczyć można piękny budynek z Hermesem na szczycie. Można zwiedzić również wieżę ratuszową (10 zł bilet normalny, 6 zł ulgowy), choć uwaga na przerwę techniczną (wczoraj była w godzinach 13:30-14:10). Wieża nieczynna jest również w poniedziałki. W Świdnicy zobaczyć można ponadto kilka reliktów PRL, gdyby ktoś tęsknił do starych czasów ;). Całe miasteczko wydaje się dobrze skomunikowane i dość czyste, choć jest jeszcze wiele do zrobienia, jeśli chodzi o zabytkowe kamieniczki.

    Polecam wycieczkę do Świdnicy - sądzę, że taka jednodniowa wystarczy. Dojazd jest dobry tak pociągiem, jak i samochodem. 

Ściskam i pozdrawiam

Silentia
























fot. Sil


środa, 20 sierpnia 2025

Z wizytą u Wielkiej Sowy, czyli krótki wypad na Przełęcz Jugowską

 

    Początkowo wydawało się, że nie wybrałam na wycieczkę najlepszego dnia, gdyż wczoraj po przyjeździe na Przełęcz Jugowską, przywitała mnie taka sobie pogoda. Było chłodno, wiało, było szaro i miało się wrażenie, iż zaraz spadnie deszcz. Parking tuż przy wejściu na czerwony szlak był nieco przeładowany i niestety płatny, a pani w barze nie za bardzo przyjazna. Gdy jednak zaczęłam swoją wędrówkę ku Wielkiej Sowie, humor mi się poprawił. Droga, choć bardzo kamienista, była całkiem przyjemna, widoki piękne a z minuty na minutę pogoda poprawiała się zamiast pogarszać. Nie spadła ani jedna kropla deszczu, niebo zaś stało się mniej szare a bardziej lazurowe. Minęłam nieczynny wyciąg, kilka przystanków, jak Niedźwiedzia Skała czy Kozie Siodło, a po około 90 minutach, znalazłam się na szczycie, gdzie można było bezpłatnie skorzystać z wieży widokowej. 

    Wielka Sowa to bardzo urokliwe miejsce, jest wiele palenisk, z których można skorzystać, przyzwoity kiosk z przekąskami, toaleta (nienajlepsza...) i sporo miejsca do siedzenia i wypoczynku. Jest oczywiście skrzyneczka z pamiątkową pieczątką i mnóstwo fajnych widoków. 

    Wracając wybrałam inny szlak, aby zobaczyć tutejsze schronisko, jednak tam czekał mnie zawód, gdyż po dwudziestominutowym spacerze, ujrzałam piękny, ale nieczynny budynek. Schronisko obecnie znajduje się w remoncie. Wróciłam na czerwony szlak, ale ostatecznie przy Rozdrożu zmieniłam go na żółty, aby zobaczyć Trasę Niedźwiedzi, czyli jedną z trzech tras, którą zimą można pojechać na nartach biegowych. Szlak niedźwiedzi był jeszcze bardziej malowniczy niż ten czerwony, którym wspinałam się na Sowę, nie żałowałam więc, że zmieniłam trasę. Schodziło się nim szybciej niż czerwonym, gdyż droga tutaj była gładka i szeroka. Niestety zawiódł mnie nieco taras widokowy, z którego... niczego nie było widać ;). Jednak sama trasa wynagradzała ten brak.

    Obecnie w obrębie Przełęczy Jugowskiej i na Wielkiej Sowie, prowadzone są jakieś prace. Pełno jest wyrębów, przy drodze leży mnóstwo pociętego drewna. Unosi się piękny zapach, choć oczywiście żal było mi drzew. Drogi bywają poprzecinane górskimi strumykami, co tylko dodaje uroku tej okolicy. Przyroda również jest bogata.

    Serdecznie polecam wyprawę na Wielką Sowę. Od Wrocławia do Przełęczy Jugowskiej samochodem jedzie się 90-120 minut.

    Poniżej krótka fotorelacja :).


Ściskam i pozdrawiam

Sil

















fot. Sil



Najpopularniejsze posty :)