Mówili...
![]() |
| fot. Sil |
![]() |
| fot. Sil |
Gdy miałam dwanaście lat, wzięłam udział w szkolnym konkursie literackim. Był to trochę inny konkurs niż byłam przyzwyczajona, gdyż zamiast napisać tekst w domu i go oddać do oceny, zostałam zamknięta wraz z kilkunastoma osobami w sali na dwie godziny lekcyjne i tam musiałam napisać wypracowanie. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałam, ale później przyszło mi do głowy, że już sama forma była bez sensu. Nie tylko dla dyslektyka i dysortografa, którym jestem, ale również dla "zdrowych" uczniów. A dlaczego tak myślę? Bo to nie był egzamin! To nie był nawet konkurs polonistyczny! To był konkurs dla dzieciaków, które lubiły pisać! Ale od początku...
Temat wypracowania, które mieliśmy napisać zamknięci w klasie na 90 minut brzmiał: "Książka, która zmieniła moje życie". Jedyny temat, bez możliwości wyboru. Dramat! Przecież nie każdy, kto ma talent pisarski, lubi czytać książki. Zresztą nawet, jeżeli naprawdę lubi, niekoniecznie mógł natrafić na książkę, która zmieniła jego życie w jakikolwiek sposób. Ja do dziś na taką książkę nie trafiłam... Podeszłam więc do tematu kreatywnie i, ponieważ miałam już za sobą kilka pseudoliterackich prób, opisałam "książkę", którą sama napisałam. Było to raczej opowiadanie niż książka, ale dla dwunastoletniej mnie była to książka. Pisałam ją odręcznie w grubym zeszycie a moja polonistka, która się z nią zapoznała, napisała do mnie bardzo miłą notatkę. Ta "książka" wraz z notatką od nauczycielki w pewnym sensie naprawdę zmieniły moje życie, bo uznałam, że pisanie jest jedną z tych rzeczy, które kiedyś będę chciała robić. Jednak moje wypracowanie konkursowe zostało przyjęte bardzo źle. Nauczyciele oceniający napisali w uzasadnieniu, że tylko cudza książka może zmienić życie a nie własna, więc moje wypracowanie napisane konkursowe jest nie na temat. Nie wiem, czy po tych kilkudziesięciu latach, które minęły, bardziej szokuje mnie dziwna formuła konkursu literackiego, czyli zamknięcie kilkunastu osób w sali na 90 minut, mało sensowny temat czy tak schematyczna i zamknięta opinia jurorów. Również brak wzięcia pod uwagę mojej dysleksji był dla mnie szokujący. Nauczycielka pilnująca uczestników uznała, że konkurs nie jest obowiązkowy, więc nie widzi powodu, dla którego miałaby mi dawać specjalne warunki. A teraz najciekawsze! Tym specjalnym warunkiem z mojej opinii, tym jedynym, na którym mi zależało, było... wydłużenie czasu na pisanie, abym mogła dokonać autokorekty. Nie pozwolono mi na to, gdyż wg pani pilnującej, byłoby to niesprawiedliwe wobec innych uczestników. Bardzo ciekawe, zwłaszcza, że byłam jedynym dzieckiem SPE (specjalne potrzeby edukacyjne) wśród konkursowiczów.
A teraz dlaczego uważam, że tego typu szkolne konkursy literackie bywają pozbawione sensu. Przede wszystkim warto zapamiętać, że szkolny konkurs to nie egzamin ósmoklasisty. Nie jest obowiązkowy i powinno się docenić uczniów, którzy chcą poświęcić swój czas i energię na coś więcej niż tyle, ile trzeba. Należy docenić kreatywność i oceniając nie opierać się na schematach. W przeciwnym wypadku stanie się coś strasznego, podetnie się młodej osobie skrzydła. Po drugie dzieci SPE też mają prawo brać udział w konkursach, ale ten udział nie wymazuje ich trudności. Będą się borykać z nimi nadal i, aby konkurs był dla nich sprawiedliwy, należałoby wziąć pod uwagę zalecenia z opinii poradni psychologiczno-pedagogicznej.
Ściskam i pozdrawiam
Sil
na twarzy, po latach ponad wszystko gorących
na skórze dłoni, gdy spracowane życiem
na wylewkach szarych, którym nieskazitelność
nie była dana przez brak cierpliwości
i są te, których przecież wcale nie widać
może tylko w oczach i w nagłej zadumie
jakiś znak, że nie wszystko kończy się szczęśliwie
lub, gdy niewinność skradziona spod stóp codzienności
Sil
![]() |
| fot. Sil |
Od jakiegoś czasu czytam niezliczoną ilość artykułów na temat handlu w Polsce i Europie. Sprzedawcy, rządzący itp. walczą z napływem tanich produktów z Chin i nie tylko. Czytam, że Polacy coraz częściej robią zakupy na platformach/w aplikacjach pozwalających kupować za ułamek ceny produkty, które w Polsce są drogie. Podobno przez to polski handel cierpi. A moim zdaniem nie do końca tak jest. To nie tylko tanie, chińskie platformy wpływają na mniejsze zyski polskich handlowców, lecz... robią to oni sami, ponieważ Polacy coraz częściej widzą, że są po prostu oszukiwani.
Nie korzystam z tanich, chińskich platform z kilku powodów. Jeden z nich jest obśmiewany przez znajomych, bo mówię, że nie korzystam z przyczyn etycznych. Dlaczego jest obśmiewany? Słyszę "Te same produkty, powstałe w ten sam sposób masz też na polskich platformach. Tylko drożej". Może i mają rację, ale wciąż jednak mam jakąś wewnętrzną barierę. Drugim powodem jest ekologia, trzecim zaś chęć wspierania rodzimych biznesów. I... szczerze? Powoli zaczynam się czuć jak wielka frajerka (wybaczcie kolokwializm), ponieważ polscy sprzedawcy, o których interesy tak dbam, z zimną krwią po prostu mnie oszukują. Poniżej tylko jeden z licznych przykładów nieuczciwych sytuacji, które mnie ostatnio spotkały.
Chciałam kupić klocki dla syna, dość drogie, bo kosztowały 230 zł. Miałam je w ofertach obserwowanych od dłuższego czasu i cena wynosiła dokładnie tyle, gdy wreszcie podjęłam decyzję, że już czas. To wczoraj w końcu chciałam sfinalizować transakcję, ale coś mi przerwało, więc dodałam produkt do koszyka i chciałam wrócić do zakupu dziś. Jakież było moje zdziwienie, gdy następnego dnia w koszyku wartość mojego zamówienia wzrosła do 298 zł, choć sklep wciąż miał te same, cztery sztuki na stanie. Zaczęłam zastanawiać się, dlaczego przez noc klocki podrożały tak znacznie? I niestety, już się domyślam. Za dwa tygodnie Mikołaj... Najbardziej zbulwersowało mnie to, że platforma zakupowa od razu podpowiedziała mi inną ofertę, rewelacyjną z SUPERCENĄ. Za 289 zł. Dziękuję, nie skorzystam. Klocki syn dostanie już po świętach, gdy ceny wrócą do normy. Lub, gdy napotkam na przedświąteczną "promocję"...
Dlaczego zdecydowałam się o tym napisać? Bo mam naprawdę już dość łzawych artykułów o tym, jak chińskie, tanie aplikacje zakupowe niszczą handel w Polsce. Otóż to nie tylko chińskie platformy. Robią to również sami, polscy sprzedawcy.
Ściskam i pozdrawiam
Sil
Kochani!
Zapraszam na moje kolejne mikro opowiaanko "Listopadowy szept". Treść to oczywiście wytwór mojej wyobraźni i nie jest oparta na faktach. Tematyka obyczajowa.
Ściskam i pozdrawiam
Sil
![]() |
| fot. Sil |
| fot. Sil |
Po raz kolejny zawiodła mnie polska szkoła. Może powinnam napisać, że tylko jeden, konkretny nauczyciel, ale jednak podobnych zdarzeń jest tak wiele, że nie mogę się do tego zmusić. Cieszyłam się na wybór z kanonu lektur książki "Psie troski" Toma Justyniarskiego. Nie, nie tak! Ja się nadal cieszę, że tak wspaniała opowieść trafiła w ręce znanych mi dziewięciolatków! Zawiodło mnie coś zupełnie innego. Omawianie lektury z nauczycielem. Podczas omawiania historii w klasie dzieci od nauczyciela dowiedziały się, że tylko psy są wartościowe, bo pomagają człowiekowi, koty zaś są zupełnie niepotrzebne. Na protesty i oburzenie młodych umysłów, uczniom odpowiedziano, że oczywiście trzeba koty szanować i tak dalej, i tak dalej. Następnie DOROSŁA OSOBA prowadząca lekcję zaczęła pogardliwie parodiować zachowanie kotów. Bardzo dojrzałe, prawda? I jakie edukacyjne?
A teraz mam szczerą propozycję dla szanownego grona pedagogicznego. Tym, którzy jeszcze tego nie zrobili, proponuję z całą stanowczością, aby przeczytali lekturę "Psie troski" ze zrozumieniem. Zwłaszcza zdanie z ostatniej strony książki, czyli "człowieka można ocenić poprzez jego stosunek do zwierząt". I nie, nie chodzi o to, żeby traktować zwierzęta przedmiotowo i cenić tylko te, które się człowiekowi do czegoś przydadzą. Oblana lekcja z empatii, wrażliwości i czytania ze zrozumieniem.
Ściskam i pozdrawiam
Sil
![]() |
| fot. Sil |
Powinnam ten post zacząć podobnie jak zaczęłam komentarz do CzaroMarownika na 2026, czyli... po rewelacyjnym Czarownym Kalendarzu autorstwa Joanny Laprus na rok 2025, przyszedł niewielki zawód. Mam wrażenie, że tym razem w moje ręce trafiła wersja budżet a nie ta pełnowartościowa. Oczywiście muszę uczciwie przyznać, że gdybym zobaczyła Czarowny 2026 nie wiedząc o istnieniu wersji na 2025 rok, pewnie byłabym całkiem zadowolona. Niestety jednak, wydany w 2024 roku Kalendarz Czarowny na rok bieżący był tak piękny i dopracowany, że trudno byłoby go przebić, więc najwidoczniej wydawca nawet się nie starał. Świat Książki wyraźnie nie chciał inwestować zbyt wiele w rewelacyjną tłoczoną okładkę, jak było w poprzednim numerze, ani w ilość ciekawych stron. A choć cena okładkowa nowego Czarownego jest o 20 zł niższa, chyba jednak wolałabym zapłacić nieco więcej i mieć powtórkę z rozrywki.
Kalendarz Czarowny na 2026 rok jest wydany poprawnie. Gruba, ładna okładka w fajnym odcieniu niebieskiego, kilka kolorowych akcentów, ładne grafiki w środku. A jednak widać, że jest to półka niżej niż wytłoczony awers poprzedniej wersji. Zeszłoroczna zieleń bardziej też kojarzyła się z naturą, do czego nawiązuje treść kalendarza. Tegoroczne wydanie wydaje się być bardziej... nienaturalne. Widać również gołym okiem różnicę w grubości książki (zdjęcie poniżej), co również troszkę mi przeszkadza.
Kalendarz Czarowny Joanny Laprus na 2026 rok, na pewno jest ładny, ciekawy czy inny. Świetnie nada się na prezent świąteczny, zwłaszcza dla kobiet (myślę, że tych dojrzałych). Cieszy oko, jest przejrzysty i jest w nim sporo miejsca na osobiste notatki. Dużym minusem w porównaniu do ubiegłorocznej wersji jest wygląd, który jest mniej atrakcyjny, mniej korespondujący z treścią. Oczywiście uboższa zawartość informacyjna również była dla mnie sporym zaskoczeniem i, gdyby nie to, że byłam ciekawa, co Świat Książki i Joanna Laprus mają do zaoferowania na rok 2026, na pewno bym go nie kupiła. Nie wiem, czy kupię w przyszłym roku.
Ściskam i pozdrawiam
Sil
![]() |
| fot. Sil |
w biegu i rozbłysku
księżyc w bobrzej pełni
tak, miałam nadzieję,
że wszystko się spełni
przegapione blaski
przez tak zwane życie
krążyły wokół cienie
by zniknąć o świcie
lecz gdy nie minęła doba
pełna światła, z mroku
pragnienie podziwu
pragnienie uroku
przeszyło niczym sny
choćby się nie chciało
gdy przez ręce przelało się
ukochane ciało
dziś, kiedy w oddali
wszystko zimno mija
już nie widzą te oczy,
które mgła spowija
i wśród mdłości chwili
zapomniane piękno
odciska na ciele
niewidzialne piętno
Sil
![]() |
| fot. Sil |
![]() |
| fot. Sil |
![]() |
| fot. Sil |
![]() |
| fot. Sil |
ze wszystkich znanych czarownic widzianych
i tych niewidzialnych duchów i upiorów
po wszystkie wampiry, zombi, szkieletory
nad wszystkie świata i wszechświata zmory
zaklęcia posłane formuły szeptane
by tak choć na niby
tak niepozornie
poczuć niezwykłości
czarów i magii
by los już na zawsze
uśmiechnął się do mnie
zapachy dymów i liści nad miastem
dynie ucierpiały, a jednak się śmieją
niech już zapłoną niezwykle lampiony
czy czary istnieją? czy nie istnieją?
Sil
![]() |
| fot. Sil |
![]() |
| fot. Sil |
Kochani!
Tak, jak obiecałam, poniżej znajduje się pierwsze (współcześnie) z moich mikro opowiadań "A gdy przyszła jesień...". Tematyka miłosna i obyczajowa. Historia oczywiście jest zmyślona a wszystkie fakty w niej zawarte są wytworem mojej wyobraźni. Miłej lektury!
Ściskam i pozdrawiam
Sil
A gdy przyszła jesień...
Silentia
Nie wiedzieć kiedy minął październik... A właściwie dopiero mijał, bo teraz, gdy Agata stała na moście wpatrzona w zieloną taflę długiego stawu, był jego przedostatni dzień. Nie tak miał wyglądać jej październik, nie tak miniony wrzesień. Jesień to miał być nowy początek, pełen radości i miłości, ale niestety. Nie było jej to dane.
Choroba przyszła cicho i podstępnie, gdy akurat Agata zaczynała układać sobie nowe życie po rozwodzie, po burzliwym rozwodzie, chciałoby się rzec. Tomek nie był łatwym mężem ani w ich wspólnym życiu, ani podczas rozprawy kończącej ich siedem lat małżeństwa, które ona uparcie nazywała "siedem lat nieszczęścia". Ale rozwód wreszcie orzeczono a wyrok uprawomocnił się wiosną. A latem? A latem spotkała miłość swojego życia, szkoda tylko, że tak szybko musiała z niej zrezygnować.
Adam nie rozumiał, gdy w połowie września, tuż przed tym, jak postanowili wyjechać razem na romantyczny weekend, Agata nagle zadzwoniła i odwołała wszystko. "Wybacz mi, nie gniewaj się..." - szeptała do słuchawki, chociaż on nie był zły. Zawiedziony? Tak. Zraniony? Oczywiście. Aż w sercu ją ścisnęło, gdy tylko przypomniała sobie ból w jego głosie. Próbował ją zrozumieć, czuła to. Chciał spotkać się i porozmawiać. "Aguś, coś wymyślimy, cokolwiek się stało damy radę" - zapewniał. I doskonale wiedziała, że tak by właśnie było. Oczywiście, że byłby przy niej, że nie porzuciłby jej w nieszczęściu. Ale ona nie mogła mu tego zrobić. Adam też był po przejściach, też miał za sobą zawód miłosny i ciężkie rozstanie. I tak, jak ona, pragnął teraz na spokojnie ułożyć sobie życie, założyć rodzinę. A ona? Nie tylko nie wiedziała, czy długo będzie jej dane żyć na tym świecie, ale jeszcze, czy w ogóle będzie mogła mieć dzieci. "Nie ma dużego zagrożenia, stadium jest wczesne. Miała pani dużo szczęścia, że tak szybko do nas trafiła. Prosty zabieg, kilka wlewek chemii. Za kilka lat zapomni pani, że w ogóle coś takiego się przydarzyło"- zapewniał lekarz, ona jednak nie była już taka pewna. Nowotwór to nowotwór. Nie ma pewności nigdy. Nie mogła więc obarczać takim ciężarem mężczyzny, którego pokochała. Adam byłby z nią bez względu na wszystko, ale zasługiwał na kogoś lepszego. Zdrowego, bez ryzyka.
Dziś była już po operacji, dochodziła do siebie. Spacerowała, gdy tylko miała możliwość, czytała książki. W listopadzie miała już wrócić do pracy, czekali na nią w przedszkolu, w którym pracowała. Dostała mnóstwo laurek od dzieci, chociaż była tylko sekretarką. "Jeszcze jutro, ostatnia chemia i mogę na razie zapomnieć o tym koszmarze..." - myślała, śledząc wzrokiem stado szarych kaczek - "Jeszcze tylko chwila i życie znów wróci na właściwe tory".
Nazajutrz dotarła na swoją ostatnią wlewkę chemii.
- Wreszcie kończymy. Cieszy się pani? - zagadnęła ją miła, starsza pielęgniarka. To była jedna z tych osób, która była we właściwym miejscu, we właściwym czasie. Ciepła, współczująca, z tym delikatnym uśmiechem, pełnym życzliwości dla pacjentów.
- Oczywiście - Agata również posłała uśmiech w stronę pielęgniarki - Tylko za panią będę tęsknić, pani Olu.
- A jednak nie powiem, że będę tu na panią czekać. Będę trzymać kciuki, byśmy w tym szpitalu więcej nie musiały się spotykać.
- Dziękuję - Agata skinęła głową na znak, że rozumie.
Poszły wykonać jeszcze jakieś badania, kilka standardowych pytań i Agatę podłączono do kroplówki z trucizną. Na szczęście zatruć miały się tylko komórki rakowe, nic więcej.
Kroplówka kapała powoli, w pokoju panował półmrok i nic nie mąciło ciszy przez dłuższą chwilę, lecz nagle po karku Agaty przeszedł dreszcz. Z oddali usłyszała rozmowę grupki osób, jeden mężczyzna zaśmiał się, ale to nie ten dźwięk sprawił, że serce Agaty zabiło mocniej. Chodziło o coś innego, o przytłumioną odpowiedź drugiego z mężczyzn. Agacie zdawało się, że zna ten głos, ale to nie było możliwe, aby rozpoznała tu Adama. Po pierwsze, co robiłby w szpitalu onkologicznym? Po drugie, nie było szans, aby rozpoznała jego głos przez przymknięte drzwi. Była niewielka szczelina zostawiona przez pielęgniarkę, ale i tak. Agata była pewna, że to jednak tęsknota przez nią przemawia. Tęsknota za utraconą miłością.
Głosy przybrały na sile, podobnie jak uderzenia serca w klatce piersiowej Agaty, bo głos mężczyzny zza drzwi wciąż niezmiennie kojarzył jej się z Adamem. Musieli być bardzo blisko, bo słyszała ich teraz lepiej. Wyglądało na to, że omawiane są kwestie administracyjne, nie medyczne. Coś o planach finansowych, o zakupach... Nagle drzwi do jej sali otworzył się na oścież, a pielęgniarka Ola o coś zapytała. Agata nie usłyszała o co, bo w tym momencie jej zszokowane oczy natrafiły na niemniej zaskoczone spojrzenie Adama.
- Agata?! Co ty tu robisz? Co się dzieje? - prawie wbiegł do środka.
- Przepraszam, panie Adamie, ale nie wolno tak wchodzić do pokojów pacjentów.
- Pani Olu, to mój... znajomy - Agata odchrząknęła cicho.
- Życzy pani sobie, żeby na chwilę został? Widzę, że jeszcze z kwadrans kroplówka będzie schodzić.
- Może na chwilę zostać...
Adam odwrócił się do starszego mężczyzny w białym kitlu i przeprosił na chwilę. Obiecał, że zaraz wrócą do rozmowy, a następnie odczekał aż pielęgniarka wyjdzie na korytarz i starannie, powoli zamknął drzwi.
- Aguś... - jęknął dokładnie obejmując ją wzrokiem, następnie delikatnie usiadł na brzegu łóżka, na którym półleżała.
- Cześć, Adam - spróbowała się uśmiechnąć - Skąd się tu wziąłeś?
- Pracuję w tym szpitalu. Po twoim nagłym odejściu musiałem coś zmienić, akurat tutaj szukali kogoś do księgowości. Dogadałem się z poprzednim pracodawcą i puścił mnie od października do nowej pracy. A teraz ważniejsze... - spojrzał jej głęboko w oczy - Co ty robisz na oddziale onkologicznym podpięta do kroplówki?
Zawahała się. Ufała mu i choć trzymała swoją chorobę w tajemnicy przed wszystkimi, przed którymi się dało, nie wątpiła, że jemu akurat mogłaby powiedzieć. Jednak co jeżeli skojarzy fakty? C, jeżeli zrozumie, że to był powód ich rozstania. Wciąż nie chciała być ciężarem. Nie chciała mu odbierać szansy na związek z kimś lepszym niż ona.
- Aguś... - ponaglił stanowczo - Co się dzieje? Co ci dolega?
- To, co może dolegać na onkologii - poczuła, że szklą się jej oczy.
- Masz raka? - zbladł lekko.
Milczała, ale gdy wziął ją za rękę, powoli przytaknęła.
- Kiedy się dowiedziałaś?
- Na początku września...
- A więc to dlatego? Dlatego odeszłaś! - stwierdził bez cienia wątpliwości.
- Wybacz - szepnęła - Nie mogę obarczać cię sobą.
- Obarczać mnie? Aguś - jęknął - Obarczyłaś mnie brakiem siebie!
- Nie rozumiesz? - Agata pokręciła głową i odwróciła wzrok - Nie wiem, czy będę mogła mieć dzieci. A przecież pragniesz rodziny.
- Pragnę - przytaknął - ale ta rodzina równie dobrze może być dwuosobowa. I ja również nie wiem, czy mogę mieć dzieci. Byłem pięć lat a związku, staraliśmy się... i jakoś moja była nie zaszła w ciążę. Nie jestem pewien, gdzie leżał problem. Może we mnie? Czy to mnie przekreśla a twoich oczach?
- Oczywiście, że nie! - oburzyła się.
- A jednak uznałaś, że przekreśla ciebie w moich. Tak złą masz o mnie opinię? - posmutniał.
- To nie tak - do oczu Agaty znów napłynęły łzy - Chodziło też o to... wiesz... że mogę umrzeć.
- Aguś - zniecierpliwił się - I ja mogę niedługo umrzeć. Nie dalej niż kilka dni temu, jakiś pirat drogowy skasował moje auto na parkingu. Gdybym akurat był a środku... Każde życie zakończy się kiedyś śmiercią! Nikt nie wie, ile komu pisane.
- Ale jednak nowotwory niosą za sobą większe ryzyko. Nie możesz zaprzeczyć.
- Nie mogę, ale mogę coś innego - przytaknął a następnie nachylił się, by złożyć na ustach Agaty delikatny pocałunek. - Ale mogę być z tobą szczęśliwy przez te wszystkie dni, które są nam pisane. Mogę też lepiej doceniać wspólne chwile wiedząc, że gdzieś tam istnieje to dodatkowe ryzyko.
- Więc chciałbyś, żebyśmy znów zaczęli się spotykać? - zapytała nieśmiało.
- Nie, chcę czegoś więcej. Ostatnie tygodnie to była pustka i smutek. Samo spotykanie to już dla mnie za mało. Właśnie uświadomiłaś mi kruchość naszego życia, Aguś, więc sądzę, że nie powinniśmy go już marnować. Chcę, żebyś wprowadziła się do mnie w trybie natychmiastowym. Co ty na to?
Agata uśmiechnęła się, gdy do pokoju weszła pielęgniarka. Pani Ola odłączyła kroplówkę, pożegnała się i wyszła z miłym uśmiechem na twarzy. Agata otarła łzy i powoli wstała ze szpitalnego łóżka.
- A wiesz? W sumie... czemu nie?
![]() |
| fot. Sil |
Kochani!
Zmieniliśmy czas na zimowy, poranki są nieco wcześniejsze, ale wieczory stały się dłuższe i przez najbliższe kilka miesięcy takie pozostaną. Z tej okazji postanowiłam wprowadzić nowość na read2sleep.pl. Oprócz moich komentarzy do książek i artykułów, oprócz wierszy i nieco dłuższych opowiadań, wprowadzę mikro opowieści. Roboczo będą się kryły pod etykietą #KrótkieOpowiadankaSil, ale będą występować również pod własnym tytułem. Najbliższe króciutkie opowiadanko już w tym tygodniu. Tematyka miłosna i obyczajowa. Zapraszam!
Ściskam i pozdrawiam
Sil
![]() |
| fot. Sil |
Fałszywe
po co nam, ludziom, fałszywe nadzieje,
których się trzymamy niczym wieka trumien
na raniącej brzytwie palce zaciskamy
byle jeszcze chwilę - ni godnie, ni dumnie
po co nam, drodzy, świata towarzysze
kopce, gdzie niczym pierwotne stworzenia
grzęźniemy po szyję czasem jeszcze niżej
od kogoś czekając byle wybawienia
są na tym globie fałszywe nadzieje,
jak ludzie, co z krzywym uśmiechem
przez całe plecy przeciągając ostrze
nad twoim pochylą się grzechem
Sil
![]() |
| fot. Sil |
Gdybym miała wyobrazić sobie idealną lekturę szkolną dla klas 1-3 szkoły podstawowej, pomyślałabym o czymś interesujący, nie za długim, z wartką akcją, prostym i zrozumiałym językiem a do tego niosącym za sobą wyjątkowe, aktualne przesłanie edukacyjne. Kochani Czytelnicy, to jest definicja książki "Psie troski" Toma Justyniarskiego i choć miałam już na razie nie pisać o książkach dla dzieci, po prostu nie mogłam przejść obojętnie wobec tej niezwykłej historii.
Książka "Psie troski" a właściwie "Psie troski, czyli o wielkiej przyjaźni na cztery łapy i dwa serca" Toma Justyniarskiego została wydana już kilkakrotnie. W moje ręce wpadło wydanie IV poprawione w roku 2024. Wydawcą są Najpiękniejsze Książki Sp. z o.o.. Mój egzemplarz jest w twardej oprawie, z dedykacją autora i odpowiednimi dla tej pozycji, uroczymi ilustracjami Darii Janiak-Nowak. Książka była nagradzana, stała się również bestsellerem i nic dziwnego. To właśnie takie książki powinny czytać nasze dzieci, a wraz z nimi i my - dorośli.
"Psie troski" to opowieść o chłopcu - Adamie, który otrzymał od rodziców psa ze schroniska. Ogromnego bernardyna o imieniu Betty. Betty, gdy zostaje adoptowana jest nieśmiała i apatyczna, nie chce jeść ani wstawać. Kiedyś została mocno skrzywdzona przez poprzedniego właściciele, który nie tylko nie dbał o jej dobrostan, ale również głodził ją i bił. Przed nową rodziną Betty stoi wyzwanie, jak przekonać skrzywdzoną istotę do ludzi i niestety, nie idzie to zbyt dobrze. Rodzice Adama powoli zaczynają przyznawać się do porażki, rozważają zwrot Betty do schroniska, jednak Adam walczy o jej przyjaźń do ostatniej chwili. W końcu zwycięża a między nim i Betty rodzi się przyjaźń i miłość.
"Psie troski" Toma Justyniarskiego to wspaniała opowieść pełna nadziei, emocji, walki o tych, których kochamy. To nauka! To próba uświadomienia dzieciom, że zwierzęta nie są rzeczami, że potrafią czuć, kochać, ale również bać się i cierpieć. To lektura, która w moim odczuciu powinna być obowiązkowa dla każdego ucznia w Polsce i żałuję, że została napisana tak późno.
Ściskam i pozdrawiam
Sil
![]() |
| fot. Sil |
może było tego więcej
może mniej - nikt nie wie
teraz patrzysz w drżące ręce
jeden krok i znów za siebie
blady uśmiech, zasłuchanie
taka niby jesień, szarość
dawne złości, zakochanie
młodość, młodość... nagle starość
zapatrzenie
zamyślenie
jeden czort to wszystko
ciągłe drżenie
ukojenie?
może już jest blisko
Silentia
![]() |
| fot. Sil |
W dzieciństwie większość dziewczynek chciała być księżniczkami, mieć swój zamek, księcia z bajki itp. Co prawda nie przypominam sobie, żebym i ja pragnęła być księżniczką (bardziej czarodziejką ;) ), ale jest inny powód, dla którego w dorosłym życiu tak uwielbiam zwiedzać zamki w Polsce. A zwłaszcza ich ruiny. Po moich wakacyjnych fotorelacjach pewnie nie trudno zorientować się, które podróże cieszą mnie najbardziej, jednak dziś przedstawię książkę, dzięki której zapragnęłam zgłębiać tajemnice zamków, pałaców i podziemi w naszym kraju. Jest nią wydana w 1998 roku pozycja Joanny Lamparskiej "Tajemnice, zamki, podziemia".
Książki pani Joanny nie kupiłam, lecz otrzymałam jako nagrodę za pracę w Szkolnej Sekcji Dekoracyjnej. Byłam bowiem pod koniec szkoły podstawowej zapaloną "dekoratorką klas i szkoły" i moja praca została dostrzeżona oraz nagrodzona. Przejrzałam pozycję "Tajemnice, zamki, podziemia" jeszcze w drodze do domu i pamiętam, jakby to było wczoraj, że choć nie była powieścią romantyczną ani książką fantasy, które wówczas czytywałam, to pochłonęła mnie bez reszty. Do tamtej pory poznałam niewiele zamków, niewiele ich historii. Znałam jak własną kieszeń Zamek Książ, zwiedzałam jako dziecko również Wawel, ale to z grubsza tyle. Po przeczytaniu, a naprawdę przeczytałam, choć książka Lamparskiej do cienkich nie należy, zapragnęłam więcej. Nagle obudziła się we mnie chęć zobaczenia tych wszystkich cudownych miejsc opisanych przez panią Joannę i świetnie zilustrowanym zdjęciami Krzysztofa Góralskiego. Niestety chęć została przytłumiona przez moich rodziców, którzy niespecjalnie mieli ochotę zwiedzać jakiekolwiek pałace czy ruiny. Ja zaś byłam tylko dzieckiem i sama w takie podróże udać się nie mogłam. Ale nie oznacza to, że na zawsze straciłam zapał. Gdy już sama stałam się mamą a mój starszy syn poszedł do szkoły, wakacje zaczęliśmy spędzać właśnie w ten sposób. Pociągiem do miejscowości, gdzie można zobaczyć zamek czy chociażby ruiny a tam, gdzie pociągi nie docierały staraliśmy się zabrać ze sobą kogoś z samochodem ;). Mój syn pasją się zaraził i nawet sam nie wie, że zawdzięczamy ją książce, którą otrzymałam jako nagrodę w szkole podstawowej.
"Tajemnice, zamki, podziemia" nosi podtytuł "Przewodnik jakiego nie było" i nie sposób nie zgodzić się z Joanną Lamparską. Faktycznie, miałam w rękach wiele przewodników, jednak pierwszy raz jakiś przewodnik aż tak nakłonił mnie do działania. Pani Joanna pisze w sposób niezwykły - fakty historyczne przeplata legendami, bogato ilustruje, dodaje bardzo ciekawe komentarze. Czytając książkę ma się ochotę biec i zobaczyć na własne oczy to, o czym pisze autorka. Osobiście czekam, aż będę mogła odhaczyć wszystkie zabytki wymienione w "Tajemnicach", ale pewnie trochę to jeszcze potrwa.
Książkę oczywiście polecam i to nie tylko na długie, jesienne wieczory. Może bardziej na zimowe, aby już zaplanować wycieczki na następne lato ;).
Wiem, że Joanna Lamparska wydała od 1998 jeszcze wiele interesujących pozycji tego typu i na pewno prędzej czy później sięgnę po chociaż część z nich.
Ściskam i pozdrawiam
Sil
![]() |
| fot. Sil |